Olaf Lubaszenko i Anna Próchniak w "interAKCJA. Starcie pokoleń" o tym, jak zmieniło się aktorstwo. "Za każdym razem to odrzucenie kosztuje"
- jak wyglądały zawodowe początki Olafa Lubaszenki i Anny Próchniak;
- czego Lubaszenko nauczył się od Krzysztofa Kieślowskiego, a Próchniak od Grzegorza Królikiewicza;
- dlaczego podczas pracy nad „Tatuażystą z Auschwitz” ze wsparcia psychologów korzystała także ekipa;
- jak zmieniło się podejście do scen intymnych i granic aktorów;
- co Olaf Lubaszenko mówi o alkoholu na dawnych planach filmowych;
- jak Anna Próchniak poradziła sobie z serią 12-13 przegranych castingów.
Olaf Lubaszenko i Anna Próchniak. Dwa pokolenia polskiego kina
Olaf Lubaszenko jest aktorem i reżyserem, którego zawodowa droga rozpoczęła się jeszcze w dzieciństwie. Jako nastolatek zagrał w serialu „Życie Kamila Kuranta”, później pracował m.in. z Krzysztofem Kieślowskim i Andrzejem Wajdą. Jako reżyser stworzył filmy, które zdobyły ogromną popularność, w tym „Chłopaki nie płaczą” i „Poranek kojota”. Za pierwszoplanową rolę w „Zabić Sekala” otrzymał Polską Nagrodę Filmową Orzeł i Czeskiego Lwa.
Anna Próchniak ukończyła Wydział Aktorski łódzkiej Szkoły Filmowej. Na dużym ekranie zadebiutowała w „Bez wstydu” Filipa Marczewskiego, a szerokiej publiczności dała się poznać m.in. jako Kama w „Mieście 44” Jana Komasy. W kolejnych latach pojawiała się także w międzynarodowych produkcjach, m.in. „Baptiste”, „Tatuażyście z Auschwitz” czy „Showtrial”.
Aktorzy byli gośćmi podcastu Małgorzaty Czop "interAKCJA. Starcie pokoleń", gdzie opowiedzieli o początkach swojej kariery, a także doświadczeniu, które zbierali na planach filmowych.
Anna Próchniak nie planowała iść na casting. Tak dostała pierwszą rolę
Anna Próchniak była na drugim roku szkoły filmowej, gdy dostała rolę w „Bez wstydu”. Jak wspominała, ówczesny dziekan Bronisław Wrocławski niechętnie pozwalał studentom podejmować pracę zawodową. Ona sama na casting wcale się nie wybierała.
Zauważył ją jednak reżyser Filip Marczewski.
Ja siedząc na korytarzu w szkole filmowej w Łodzi widziałam, że w jednej z sal odbywa się casting do filmu Filipa Marczewskiego, zresztą absolwenta szkoły, ale nie wybierałam się na ten casting. Jednak Filip tak przychodził, wychodził, wracał i tak mijał mnie parę razy i zapytał w pewnym momencie, czy bym może nie chciała wejść na castingwspomina Próchniak
Ostatecznie weszła. Po kolejnych etapach zdobyła rolę Irminy. Do filmu przygotowywała się m.in. z Romami, którzy opowiadali jej o swojej społeczności i uczyli języka.
Próba okazała się również początkiem doświadczeń, które przydały jej się później przy zagranicznych produkcjach.
Jeżeli grasz w języku, którego nie znasz aż tak dobrze, to to jest wręcz łatwiejsze i to wręcz cię więcej uczy o tym, czym w ogóle jest język i czym w ogóle jest wypowiadanie zdań. Musisz po prostu bardzo dobrze znać swój tekst. Musisz bardzo znać te swoje kwestie i nie myśleć o tym, jak to mówisz, tylko myśleć o tym, co mówisz, co masz do powiedzenia
Olaf Lubaszenko miał 12 lat, gdy pierwszy raz stanął przed kamerą
Początki Olafa Lubaszenki wyglądają zupełnie inaczej. Jak wspominał, jego pierwszy dzień zdjęciowy przypadł na 8 marca 1981 roku. Miał wtedy 12 lat. Jego formalny debiut przypadł na serial „Życie Kamila Kuranta”.
Zostałem wyrwany, powiedzmy, ze szkoły podstawowej i musiałem się odnaleźć w tym świecie. Ale chyba ten pierwszy raz i to zaufanie, którym mnie obdarzył Grzesiek Warchoł, reżyser serialu „Życie Kamila Kuranta”, brało się na pewno nie z moich umiejętności, bo te były zerowe (...) ale raczej z wiary w to, że taki pewien rodzaj zagubienia, dezorientacji i ciekawości patrzenia na świat (...) sprawdzi się w rolimówił Lubaszenko
Po ponad czterech dekadach pracy zauważa, że podstawowe reguły planu wcale nie zmieniły się tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Zmieniły się przede wszystkim technologia, sprzęt i tempo .Dawniej, jak wspomina, sześć czy siedem prób przed zarejestrowaniem ujęcia nie było niczym niezwykłym. Dziś często nie ma na to czasu.
Próchniak również nie chciałaby jednak, by próby zniknęły z planów. Jej zdaniem pozwalają aktorowi tak dobrze poznać przestrzeń, ruch kamer czy światło, aby później nie musiał już o nich myśleć.
– A żeby ciało mogło żyć i żeby nie czuło się ściemy czy jakiegoś spięcia, to z jednej strony właśnie musisz mieć poczucie tego, co się na tym planie dzieje i jak to światło będzie na przykład się zmieniać albo gdzie stoją kamery. I musisz się do tego przyzwyczaić, żeby to ciało mogło żyć naturalnie w danej sytuacji – tłumaczyła.
Krzysztof Kieślowski dał Lubaszence ważną lekcję
W rozmowie pojawił się także temat mistrzów, których spotyka się na początku zawodowej drogi. Dla Lubaszenki szczególne znaczenie miała współpraca z Krzysztofem Kieślowskim. Aktor nie wskazał jednak jednej konkretnej rady. W pamięci zostało mu przede wszystkim to, jak reżyser odnosił się do ludzi.
Pewna uważność, taka ekstremalnie duża uważność, to był jego znak rozpoznawczy. Jeśli myślę o Kieślowskim, to od razu przychodzi mi ta uważność do głowy i pewnego rodzaju nawet czułość w odnoszeniu się do ludzi. Nie czułość czułostkowa, tylko czułość w tej uważności. I właśnie szacunek
Lubaszenko zdradził też zasadę, którą sam stara się dziś kierować jako reżyser. Zamknął ją w skrócie „PUSZ”:„Prawdziwie, uczciwie, szczerze”.
Próchniak zapamiętała z kolei wskazówkę Grzegorza Królikiewicza. Reżyser powiedział jej, żeby o granej postaci mówiła w pierwszej osobie.
– To było niesamowite, jaka wolta się wykonała, że przestałam mówić o niej jako o niej, tylko o niej jako „ja”. I to bardzo mocno mnie za każdym razem zbliża do postaci i czasami muszę być na to gotowa. Czasami nie jestem w stanie tego zrobić od razu, bo byłoby to nieuczciwe – opowiadała.
Psycholog na planie „Tatuażysty z Auschwitz”. Pomocy potrzebowała także ekipa
Jedna z największych zmian dotyczy bezpieczeństwa psychicznego aktorów i ekip. Próchniak nie ma wątpliwości, że szkolenia antymobbingowe czy dotyczące nadużywania pozycji władzy są potrzebne.
– Wydaje mi się, że jesteśmy w stanie tworzyć filmy i jesteśmy w stanie opowiadać historie bez tego rodzaju przekroczeń – podkreśliła.
Szczególnym doświadczeniem była dla niej praca nad „Tatuażystą z Auschwitz”, w którym wcieliła się w Gitę. Produkcja zapewniła ekipie dostęp do psychologów.
Na planie „Tatuażysty z Auschwitz” z racji tego, że pracowaliśmy ponad pięć miesięcy w scenografii obozowej, te kostiumy były obecne na co dzień i okazywało się często, że aktorzy radzili sobie z tym nieźle, ale członkowie ekipy nie radzili sobie z tym w ogóle w pewnym momencie. I to właśnie oni potrzebowali wsparciawspominała aktorka
Próchniak wspominała, że po kilku miesiącach pracy niektórzy członkowie ekipy mówili rano, że nie mają już siły kolejny raz wracać do obozowej scenografii.
Aktorka sama korzystała w tym czasie z własnej terapii. Produkcja miała respektować godziny spotkań online i zapewniać jej wówczas prywatność w kamperze.
– To było naprawdę coś, co można byłoby wprowadzić na stałe, żeby można było się dogadywać w takich kwestiach – oceniła.
Sceny intymne kiedyś i dziś
Zmianę doskonale widać także przy scenach intymnych. Dziś coraz częściej towarzyszą im koordynatorzy intymności. Olaf Lubaszenko wspominał własne początki, kiedy o podobnej funkcji nie było jeszcze mowy. Jedną z pierwszych scen nagości zagrał w latach 80.
Musiałem się rozebrać do naga i ona była naga. I siedzieliśmy i o czymś rozmawialiśmy, nie wiem, całowaliśmy się. To było dla mnie piekielnie trudne doświadczenie. Oczywiście żadnych koordynatorów wtedy nie było, bo to był osiemdziesiąty szósty rokmówił Lubaszenko
Do dziś pamięta ogromny stres i reakcję reżysera po zakończeniu sceny.
– Reżyser, pamiętam, podszedł i mówi: „No gratuluję, dałeś radę”. Nie wiem, co dokładnie miał na myśli i wolę tego nie analizować – żartował.
Lubaszenko przyznaje, że sam nie zawsze potrzebowałby obecności koordynatora, ale rozumie, dlaczego dla innych aktorów takie wsparcie może być istotne.
– Z całym szacunkiem podchodzę do tego, że są ludzie, którzy naprawdę mogą od nich uzyskać wsparcie i pomoc. (...) Jeśli są, to dobrze. Niech są i niech robią dobre rzeczy dla innych – stwierdził.
Próchniak uważa podobnie. Przy „Mieście 44” formalnej funkcji koordynatora jeszcze nie było, ale Jan Komasa miał wcześniej omawiać z aktorami granice przy trudniejszych scenach. Aktorka uważa, że w pewnym sensie wyprzedził w ten sposób dzisiejsze standardy.
„Nie chcę wymieniać nazwisk”. Lubaszenko o alkoholu na dawnych planach
Kiedy rozmowa zeszła na używki, Lubaszenko przyznał wprost, że standardy pracy kiedyś były zupełnie inne. Nazwisk jednak podawać nie zamierzał.
Obowiązuje mnie przyzwoitość, także nie będę wymieniał nazwisk. Musiałbym też zacząć od siebie to wymienianie
Aktor nie ukrywał, że alkohol na planach rzeczywiście był obecny.
Takie picie na przykład w czasie nocnych zdjęć było przyjęte ogólnie. W dzień to różnie, zależy w jakim mieście, czy film wyjazdowy, czy w tym mieście, w którym wszyscy mieszkali. (...) Myślę, że jeśli film był ciężki psychologicznie, to wtedy trochę bardziej. Ale oczywiście on nie pomagał w niczymmówił Lubaszenko
Dziś widzi pod tym względem ogromną zmianę.
– Od, nie wiem, dziesięciu lat praktycznie nie widuje się osób po alkoholu. (...) Kiedyś proporcja osób trzeźwych do osób nietrzeźwych w pracy była odwrotna, ogólnie to było przyjęte. Istniało jakieś takie nieme przyzwolenie. Teraz proporcja się dokładnie odwróciła – stwierdził.
Próchniak przyznała z kolei, że sama potrzebuje podczas pracy pełnej kontroli i koncentracji. Określiła siebie mianem „control freaka”.
Zapytana, jak w takim razie radzi sobie w zawodzie, w którym na ogromną część zdarzeń nie ma wpływu, odpowiedziała bez upiększania:
– Źle. Kto powiedział, że sobie radzę? Źle sobie radzę. Nie radzę sobie. (...) Pracuję nad tym, ale to jest ciężka praca. Dwadzieścia cztery na siedem.
Anna Próchniak przegrała kilkanaście castingów z rzędu
Brak kontroli szczególnie boleśnie daje o sobie znać podczas castingów. Próchniak przyznała, że w ubiegłym roku przeżyła wyjątkowo trudną serię .Nie chodziło przy tym o odpadanie na pierwszych etapach. Aktorka wielokrotnie dochodziła niemal do samego końca.
W zeszłym roku miałam taką czarną serię, chyba dwunastu czy trzynastu takich właśnie spotkań na najwyższym szczeblu, gdzie byłam ja i dwie aktorki albo ja i jedna aktorka. Wszystkie przegrałam. To było wszystko w Polscepowiedziała aktorka
Czy kolejne odrzucenia zaczynają z czasem boleć mniej?
– Można by przypuszczać, że po szóstym razie będzie łatwiej albo że około dziesiątego będzie jeszcze łatwiej, bo to będzie już jakiś rodzaj przyzwyczajenia czy otępienia. Ale nie jest łatwiej, jest trudno. I za każdym razem to odrzucenie kosztuje. I bywa tak, że wszystkiego ci się odechciewa – mówiła.
Aktorka potrzebuje wtedy, jak sama to nazywa, około dwóch dni „żałoby”. Później miłość do zawodu pozwala jej zaczynać od nowa.
Lubaszenko również przyznał, że ma na koncie wiele odrzuceń. Przestrzegł przy tym przed mechanizmem obronnym, który obserwuje w środowisku: udawaniem, że kolejne niepowodzenia nie mają znaczenia.
Bardzo łatwo jest, broniąc się przed rozpaczą potencjalną, która może nadejść, popaść w przesadę cynizmu. I strasznie pilnuję tego, żeby mi się to nie przytrafiło. Żeby się nie ustawiać w pozycji człowieka, któremu jest to w gruncie rzeczy obojętnedodał Lubaszenko
Całą rozmowę z Olafem Lubaszenko i Anną Próchniak zobaczycie na górze strony.