Aleksandra Głowińska, tvn.pl: Wracają do pani obrazy z dzieciństwa?
Barbara Bursztynowicz: Często. Jest ich wiele i są różnorodne.
A ten ulubiony?
Widzę siebie w ogrodzie przy moim rodzinnym domu. Siedzę w kącie i po dziecinnemu kontempluję życie. W tych rozważaniach wyobraźnia miesza się z prawdą. Zwyczajne przedmioty, takie jak kamień, czy patyk nabierają w moich zabawach nowych znaczeń. Wymyślam świat. Moja wyobraźnia nie zna granic. Rzeczywistość miesza się z bajką. Chłonę i przetwarzam to, co jest dookoła mnie.
Brzmi bajkowo. Często uciekała pani do świata ze swojej wyobraźni?
Takich chwili było dużo. Byłam wrażliwym dzieckiem o bardzo bogatej wyobraźni. Nigdy się ze sobą nie nudziłam. Mogłam sobie ten świat sama budować i być w nim szczęśliwą. Mama mówiła, że zawsze chodziłam swoimi drogami.
Jaka ona była?
Moje dzieciństwo to był inny czas i inny sposób wychowania. Trudno mi teraz mówić o niej jako o kimś surowym, bo przecież nakładają mi się obrazy z całego jej życia. Choć pewnie była surowa. Z wiekiem łagodniała i dzisiaj widzę ją zupełnie inaczej niż wtedy, gdy byłam małą dziewczynką.
Czym się różni?
Kiedyś wydawało mi się, że jest wymagająca, bo była bardzo konsekwentna w swoich oczekiwaniach. Wprowadzała twardą dyscyplinę w domu. Dziś myślę o niej tylko ciepło. Wiem, że to wszystko dobrze nas ukształtowało. Sprawiło, że jesteśmy porządnymi ludźmi. Ja i moja siostra.
A brat?
On był zupełnie inaczej wychowywany i traktowany. W sposób charakterystyczny dla tamtej epoki. Był wyróżniany i zwolniony ze wszystkich obowiązków, podczas, gdy ja z siostrą musiałyśmy wykonywać wiele prac domowych. I są tego konsekwencje. Nadal jest rozpuszczony jak dziadowski bicz, mimo że to dorosły mężczyzna. Żona ma z nim utrapienie (śmiech).
Rozmawiała pani o tym z mamą? Że halo, że jak to? Dlaczego on jest inaczej traktowany niż my?
„No bo on jest chłopcem”. To było jedyne wytłumaczenie. Nie rozumiałyśmy tego wtedy i ja w zasadzie nadal tego nie rozumiem. Myślę, że w niektórych domach do dzisiaj trwa ten potworny patriarchat.
Tata też był zwolniony z obowiązków?
A skąd! Mój ojciec, w przeciwieństwie do mojego brata, był inaczej traktowany przez mamę i świetnie znał, i wypełniał swoje obowiązki. Był podział i równouprawnienie. Właśnie to wyniosłam z domu. Kiedy stałam się już taką pełną kobietą, czyli matką, żoną, synową, to zaczęłam wymagać od mojego męża, który też był rozpieszczony (śmiech) pełnego uczestnictwa we wszystkich pracach domowych. On dodatkowo jest jedynakiem, co tylko utrudniało mu zaakceptowanie niektórych obowiązków. Wielu rzeczy musiałam uczyć go od podstaw.
I jak poszło?
Do dzisiaj są takie czynności, których on nie robi. To znaczy… robi, ale na mój logiczny kobiecy rozum w sposób trudny do zaakceptowania. Ale przynajmniej się stara. I to już jest ogromna zaleta.
Co o kobiecości wyniosła pani z domu?
Słyszałam przez całe dzieciństwo, że dziewczynki muszą być grzeczne i ustępować. Że dziewczynki nie mogą się za głośno śmiać. Że dziewczynki muszą być ładne. Mama zawsze chwaliła się nami, była dumna, że jesteśmy takie ładne i szukała dla nas księcia z bajki.
Akceptowała wasze wybory?
Przeważnie nie podobali jej się chłopcy, których wybierałyśmy. Pilnowała nas bardzo. Dzisiaj już wiem, że chciała dla nas dobrze.
"Musiałam nauczyć się stawiać granice"
Jaką dziś jest pani kobietą?
Bardzo wrażliwą. Pewnie po części to kwestia wychowania, a po części cech dziedziczonych. Na przykład moją skłonność do płaczu mam po tacie, bo on też wzruszał się przy każdej okazji. Nie lubię tego. Czasami czuję się wręcz ograniczona przez swoją wrażliwość. Są sytuacje, w których żałuję, że nie umiem być tą modną teraz wojowniczką. Bywa też, że hamulcem jest moje wychowanie. No cóż, każda epoka ma swój wzór, swój ideał kobiecości. Chociaż ja nie staram się jakoś szczególnie dopasować do obowiązujących standardów. Jestem czułą i empatyczną kobietą. Mama mówiła, że w dzieciństwie byłam przylepką i przytulałam się non stop. Nie lubiłam być sama. Wszyscy musieli być w zasięgu mojego wzroku, żebym miała pewność, że w każdej chwili będą mogli mi pomóc. Teraz też zawsze potrzebuje kogoś bliskiego, w kim mogę znaleźć oparcie.
Ale w ostatnim czasie podjęła pani bardzo odważne decyzje.
Pożegnałam się z produkcją, w której trwałam bardzo długo i która mnie ograniczała we wszystkim. Nawet w sposobie myślenia i patrzenia na świat. "Taniec z gwiazdami" wyzwolił we mnie siłę przebicia. Rozpoczął rewolucję, której się nie spodziewałam i która jest dla mnie nowym wyzwaniem. Jako nadwrażliwiec musiałam odpowiadać na pytania, które nigdy przedtem nie zostały mi postawione. Musiałam penetrować swoje wnętrze, pamięć, wyobraźnię, wystawiać na próbę wrażliwość i nieśmiałość. Musiałam znajdować odpowiedzi na tematy trudne i nieoczywiste. Wydobywałam z siebie coś, co było nigdy niewypowiedziane i głęboko ukryte.
Jakie to uczucie powiedzieć na głos to, co przez wiele lat było skrywane?
Czasem wypowiedzenie tego głośno sprawiało mi ból. Czasem zastanawiałam się, czy to nie jest przekraczanie barier. Musiałam nauczyć się stawiać granice i pogodzić się z tym, że taki dzisiaj jest świat. Otoczenie, media, ludzie, którzy chcą nas słuchać, wymagają od nas coraz więcej. Bywa, że jestem skrępowana tym, że opowiadam o sobie po raz kolejny i po raz kolejny powtarzam te same rzeczy. Czasami żałuję, że mówię o wszystkim otwarcie. Ale mówię. I to jest krok milowy w moim życiu. Otwieram się przed sobą. Przed panią. Przed ludźmi, którzy to przeczytają.
Żałuje pani czasem, że zdecydowała się na postawienie tego kroku zbyt późno?
Trudno mi sobie wyobrazić, że wcześniej zdecydowałabym się wywrócić swoje życie do góry nogami. Robiąc ten krok, wiele ryzykowałam. Być może dlatego kiedyś nie byłam na to gotowa. To była wtedy taka mała stabilizacja.
Ale jednak coś uwierało jak ten przysłowiowy kamyk w bucie.
To był ten rodzaj stabilizacji, w której czujesz się niewygodnie, ale daje poczucie bezpieczeństwa. Rezygnacja z tego, to był odważny krok, który bałam się postawić. Bałam się nawet nie tyle samego kroku, co jego konsekwencji. Jak zareaguje moje otoczenie zawodowe? Czy będę miała szansę na pokazanie się z innej strony? Czy będę mogła odkryć swoje nowe możliwości? Niektórzy twierdzą, że zdecydowałam się na to wszystko za późno, ale jak się okazuje – nigdy nie jest za późno.
Kiedyś nie lubiła pani być sama, a dziś – kiedy wokół jest zawsze dużo ludzi – pojawi się tęsknota za czasem, kiedy można było pobyć samemu ze sobą?
Bardzo mi tego brakuje. Zawód aktora to praca wśród ludzi. Na każdym planie mamy do czynienia z całą rzeszą współtwórców. I w domu też nie jestem sama. Wracam z pracy do domu, w którym jest mój mąż. Przyznam się, że czasem lubię ten czas dla siebie, kiedy się mijamy. I moja mama też taka była. Szukała samotności.
Dom był zawsze pełen ludzi?
Zawsze był duży ruch. Mama była krawcową, więc każdego dnia przychodziły do niej panie-klientki, panował gwar i harmider. Może dlatego jako dziecko uciekałam do ogrodu.
Nie lubiła się pani bawić z dziećmi?
Bardzo lubiłam! Tylko że dzieci wykorzystywały moją nieśmiałość. Ale w końcu znalazłam na to sposób.
Jaki?
Starałam się zwrócić na siebie uwagę, zainteresować ich, wzbudzić podziw.
To znaczy?
Wymyślałam zabawę w teatr. A ponieważ umiałam doskonale udawać, byłam najlepsza, grałam pierwsze skrzypce. I to udawanie przerodziło się w pasję. Można powiedzieć, że dzięki temu jestem aktorką – dzięki nieśmiałości i tej dziecięcej zabawie w teatr.
Wiemy już, jaką mamą była pani mama, ale ciekawi mnie – jaką była kobietą?
Moja mama była bardzo kobieca, bardzo piękna. Miała piękny śmiech. Uśmiech i śmiech. Ja ten śmiech odziedziczyłam po niej, ale czasami – wbrew zasadom dobrego wychowania – lubię się tak głośno zaśmiać, że aż wstyd. Mama była w tej radości bardzo szczera. Miała ogromne poczucie humoru, które kiedyś mnie potwornie denerwowało.
Dlaczego?
Bo to było takie dziewczęce poczucie humoru. Jakby ciągle była małą dziewczynką. Czasem miałam wrażenie, że ona tak jakoś się pieści, czy sztucznie odmładza. To mnie denerwowało. A okazuję się, że mam tę samą cechę, która z kolei irytowała moją córeczkę.
Barbara Bursztynowicz o córce: Kiedyś ona uczyła się ode mnie, a dziś to ja uczę się od niej
Na jaką kobietę chciała pani wychować córkę?
Założyliśmy z mężem, że wychowujemy córkę, starając się nie powtarzać błędów naszych rodziców.
Jakich?
Przede wszystkim nigdy niczego nie wymuszaliśmy na córce. Wychowywaliśmy ją po partnersku. To był czas, kiedy autorytetem był Benjamin Spock, amerykański pediatra, który z jednej strony zalecał dyscyplinowanie dzieci – głównie w kwestii jedzenia, a z drugiej strony sugerował dawanie im swobody. Powtarzał, że z dziećmi trzeba rozmawiać. I my stosowaliśmy się do tej rady. Bardzo dużo rozmawialiśmy we trójkę. Może dzięki temu Małgosia jest inteligentna, ma szeroki wachlarz zainteresowań, jest kapitalnym partnerem w towarzystwie. Kiedyś ona uczyła się ode mnie, a dziś to ja uczę się od niej, bo ma rozległą wiedzę, a poza tym jest moją stylistką i przede wszystkim przyjaciółką.
Jesteście do siebie podobne?
Jej kobiecość jest zupełnie inna. Małgosia bardziej przypomina ojca – jest zachowawcza, lubi minimalizm – w przeciwieństwie do mnie. Ja zawsze chciałam więcej. Optymizm odziedziczyła jednak po mnie.
Patrzy pani na nią czasem i widzi siebie sprzed lat?
Nie. Patrzę na nią i zawsze patrzyłam jak na osobnego człowieka. Jeżeli już, to staram się widzieć świat jej oczami. Kiedyś, gdy była mała, chodziłam razem z nią na czworakach. Zaglądałam tak jak ona znad blatu. Bawiłyśmy się na jej poziomie. Patrzyłam na świat z jej punktu widzenia i zastanawiałam się, co ona może myśleć teraz o tym, co się przed chwilą wydarzyło.
Czego nauczyła panią ta perspektywa?
Szanować jej wybory, chociaż nie zawsze się zgadzałyśmy. Owszem, wypowiadałam głośno swoje zdanie, które często spotykało się z krytyką, ale przetrwałyśmy różne gorące spory. I uważam je za normalne. Każda z nas jest inna, a te drobne sprzeczki czy głębsze dyskusje zbudowały nas. Inny punkt widzenia pozwalał nam dowiedzieć się więcej o sobie nawzajem. Mój mąż jest bardzo łagodny. On nigdy złego słowa nie powiedział na temat jej wyborów, zawsze wszystko przyjmował z pokorą i zrozumieniem. Ale on jest po prostu zakochany po uszy w Małgosi. Gdy tylko pojawia się na horyzoncie, zmienia mu się twarz.
Narodziny córki były cezurą? Od tego momentu postrzegała pani siebie jako prawdziwą kobietę?
Tak, nie miałam wyboru. Ale tak naprawdę nigdy nie chciałam być dorosłą. Świat dorosłych był zbyt wymagający i głośny. Do tej pory mam w sobie bardzo dużo z dziecka. Wszyscy mamy, tylko większość zagłusza to, zatupuje, nie chce tego dziecka w sobie. To mi uświadomił Tadeusz Łomnicki, nasz rektor i profesor w szkole teatralnej, który mówił, że musimy hołubić w sobie dziecko. To ono pozwoli nam ciągle być pięknie naiwnymi, zadziwionymi i ciekawymi świata. Proszę zauważyć, że dziecko, dopóki nie stanie mu się krzywda, jest bardzo otwarte i przyjazne. Niewinność w jego oczach jest niesamowita. My tego najczęściej już nie mamy, myśmy to zatracili. My jesteśmy w pozorach, coś ukrywamy, buntujemy się, czy mamy rację, czy nie. Dzieci są szczere i naturalne. Myślę, że takie dziecko jest we mnie. Mimo upływających lat.
Barbara Bursztynowicz o aktorstwie, kompleksach i dojrzałości
Mama pielęgnowała w pani dziewczynkę. Chwaliła, powtarzała, że jest pani ładna. To pozwoliło zbudować taką pewność siebie, że kompleksy odbijały się od niej jak od tarczy?
Chyba każdy ma kompleksy . Choćby nie wiem, jak byłby ładny.
Pani czuła się ładna?
Nie miałam przeświadczenia, że jestem… (cisza). Owszem, wiedziałam, że się podobam, ale… (cisza).
(cisza)
No dobrze, teraz już mam odwagę powiedzieć, że byłam ładną dziewczyną, miałam ogromne powodzenie, ale miałam też kompleksy.
Co się pani nie podobało w sobie?
Myślałam, że mam za grube uda. Poza tym ciągle mi się wydawało, że coś jest nie tak w mojej budowie, że powinnam się odchudzać... W zasadzie ciągle się odchudzałam. Zawsze znajdowałam w sobie jakiś defekt. No i ta nieśmiałość. Przez nią nie w pełni uczestniczyłam w życiu towarzyskim, a przecież chciałam robić to, jak inni. Prawie nic nie mówiłam, a głównie słuchałam. Mój mąż mówi, że dzięki temu wiele się nauczyłam.
A mimo nieśmiałości i kompleksów wybrała pani aktorstwo.
Na pewno to jest bardzo trudny zawód, szczególnie dla kobiety. Musimy się właśnie często mierzyć z różnymi niepochlebnymi opiniami dotyczącymi naszego wyglądu, czy sposobu myślenia. Wielokrotnie są to rzeczy, na które nie mamy wpływu.
Ale uroda też w drugą stronę może być stygmatyzująca.
Tak było ze mną. Bardzo nie chciałam być obsadzana w rolach amantek. Chciałam grać charakterystyczne role, które wydawały mi się ciekawsze. A ciągle dostawałam role dobrych, szlachetnych, ciepłych kobiet.
"Po warunkach".
Tak, a ja miałam naprawdę ogromny potencjał charakterystyczny. Dopiero profesor Bardini to we mnie odkrył i obsadził mnie w takiej roli. To był mój debiut aktorski, w Teatrze Powszechnym, jeszcze za czasów szkoły teatralnej. Spotkało mnie wielkie szczęście, bo potem dzięki temu dostałam angaż w Teatrze Ateneum. Pomogła mi w tym moja profesorka i opiekunka Aleksandra Śląska, bo poleciła mnie dyrektorowi Januszowi Warmińskiemu, który był jej mężem. Ale on także widział mnie na scenie, więc nie kupował kota w worku. A wracając do tematu urody, to wtedy byłyśmy wychowywane tak, że ona jest nieważna – ważne jest wnętrze, ekspresja, emocje i intelekt. Zmuszano nas do myślenia w szkole, zmuszano do myślenia w teatrze. Praca nad rolą zawsze rozwijała nas intelektualnie. Nie bazowałyśmy na urodzie, chociaż – tu paradoks – w szkołach był taki wymóg, że studentki muszą być ładne.
Ładnemu w życiu łatwiej?
To prawda. Niestety, to prawda. Na szczęście czasy się zmieniły i dziś do szkoły teatralnej przyjmuje się studentów o różnym typie urody. I nawet seplenienie nie przeszkadza. Prezentujemy świat takim, jakim jest. Bez zakłamania i upiększania. Kobieta nie musi wpisywać się w kanon piękna, żeby ktoś się w niej zakochał. I to jest cudowne. Oczywiście ten etap (ról amantek) mam już dawno za sobą, więc obserwuję wyłącznie z boku, co dzieje się na scenie, i uważam, że to jest wspaniałe, że wszyscy mamy jednakowe szanse bez względu na wygląd. Zresztą dzisiaj jest tyle możliwości…
Żeby być ładnym?
No tak. I to do późnego wieku. I nie mówię o medycynie estetycznej czy chirurgii plastycznej. Mówię o wnętrzu. Bo jeśli wnętrze jest piękne, to ono się maluje na naszej twarzy i ciele, bez względu na to, ile mamy lat.
Ale ten piękny wygląd nie tylko panią zaszufladkował na początku kariery, ale też przysporzył problemów. Jeden z reżyserów oferował rolę w zamian za seks.
To były takie czasy. Albo się wybroniłaś, albo nie, albo chciałaś, albo nie. Ja nie chciałam.
To było wówczas największe zagrożenie dla kobiet w świecie filmu?
Bo ja wiem. To nie był odosobniony przypadek, ale nie chcę już do tego wracać.
Zdarzyło się pani odrzucić jakąś rolę?
Oczywiście. Często odmawiałam już na etapie czytania scenariusza. Jeśli mi się nie podobał, nie bałam się powiedzieć „nie”. Jeśli moja postać miała się rozebrać, a sceny te absolutnie nic nie wnosiły do fabuły i ta nagość była nieuzasadniona, odmawiałam. Na takie sceny mówiło się „momenty”.
Momenty?
Tak. Scenarzyści i reżyserzy traktowali to jak wabik. Ludzie pytali: „Są momenty"? Jak tak, to film albo sztuka miały powodzenie. Ja nie jestem jakaś strasznie pruderyjna. Jeżeli nagość i namiętność są pięknie pokazane, nie z taką czasami odpychającą wręcz dosłownością, to ja to przyjmuję. Widz jest inteligentny i ma wyobraźnię – czasem wystarczy ją pobudzić. W jednej ze sztuk, w której grałam, mieliśmy scenę rozbieraną. W teatrze. To były lata 80. Nie wyobrażałam sobie tego. Mała scena. Reżyser powiedział: jak wymyślisz coś innego, to fajnie, ale jeśli nie – będziesz musiała się rozebrać.
I wymyśliła pani?
Całą noc nad tym siedziałam i w końcu wpadłam na pomysł, żebyśmy założyli długie męskie koszule. I ja, i mój partner. Potem zdjęliśmy tylko dół i zaczęliśmy się tulić. To wystarczyło. Widzowie myśleli, że nie mamy nic pod spodem i jesteśmy nadzy. A przecież mieliśmy bieliznę.
Świat show-biznesu od tamtej pory bardzo się zmienił. Ma pani poczucie, że dziś i media, i fani, lustrują kobiety w show-biznesie i oglądają je niemal pod mikroskopem, żeby wychwycić wszelkie niedoskonałości?
Biorą nas pod lupę, ale co z tym zrobić? Wszędzie panuje kult młodości. Kobiety nie chcą się zmieniać, więc pomagają swojej urodzie. Nie mam nic przeciwko. Ja niestety jestem alergikiem i w związku z tym niczego nie mogę sobie poprawić, jestem skazana na naturalne starzenie się (śmiech). Moim zdaniem, dopóki kobiety robią to w sposób łagodzący defekty, a nie zmieniające je w kogoś innego – to mi się to podoba i nie mam nic przeciwko temu. A poza tym to przecież świat wymaga od nas tej wiecznej młodości.
Jest coś, co panią zaskoczyło w kobiecości po „70”?
Mnie zaskakuje to, że ciągle mi się chce. Że nie mam zamiaru poprzestać na tym, co zrobiłam dotychczas. I jakoś tak jest, że świat mi w tym pomaga. Żyć nie umierać po prostu. Otoczenie o mnie dba. Ciągle mam w sobie chęć rozwijania się. Chęć bycia. Ciągle chcę pracować.
W jednym z wywiadów powiedziała pani, że ma pani zbyt niską emeryturę, by za nią przeżyć. Teraz mówi pani wprost, że ciągle ma pani w sobie chęć nieustannego rozwoju. Ale czy wizja pracy do końca życia nie bywa przytłaczająca?
Od razu chciałabym wytłumaczyć temat emerytury. Media wyjęły z moich ust jedno zdanie. Nie dołączyły uzasadnienia. Ja mam taką emeryturę, na jaką zapracowałam. Ludzie winią nas za to, że na pytanie, jaką mamy emeryturę, odpowiadamy, że niską. Robią z nas biednych, użalających się, biorących na litość. A ja pracuję, bo chcę i mam takie możliwości. Nie jest to kompletnie zależne od emerytury. Pracowałabym także, gdybym miała bardzo wysoką emeryturę. Aktor pracuje do końca życia. Kiedyś mówiło się, że umiera na scenie. Ten zawód najczęściej wiąże się z prawdziwą pasją, a jego uprawianie daje szczęście i radość.
(cisza)
Coś pani powiem.
Tak?
Kiedy sprawdzono sondaże, kto głosował na moją parę w "Tańcu z Gwiazdami", okazało się, że najliczniejszą grupą były młode kobiety. Nie panie w moim wieku, jak można by zakładać. Wie pani dlaczego?
Dlaczego?
One mówią: „Pani Basiu, Pani nam pokazuje, że przed nami jest taka piękna perspektywa. Bo nam się czasami wydaje, że my już nic nie możemy. Mając 40 lat, boimy się, że już nie ma niczego przed nami, że już się kończymy. A to nieprawda. Pani pokazuje, że my możemy jeszcze bardzo długo być aktywne i to jest cudowne”.
Pani w ogóle odczarowała czarną dziurę, przez którą zostały wciągnięte dojrzałe kobiety.
Ciekawe główne role dla kobiet są rzadkością. I to w każdym wieku, nie tylko dojrzałym. Zawsze to jest żona przy mężu albo matka przy synu. Albo kochanka. Zawsze kobieta jest tylko dodatkiem do czegoś. Do czyjejś historii. Rzadko pisze własną. Dlatego tak się ucieszyłam, kiedy dostałam rolę w „Szpitalu św. Anny”, w którym gram postać skomplikowaną psychologicznie.
Jaka jest Irena w pani oczach?
Irena mierzy się z samotnością i to właściwie przez nią ucieka w alkohol, ponieważ znikąd nie ma pomocy i wsparcia. Ona jest idealnym przykładem na to, że trzeba szukać bodźców w ciągu całego życia, które nas odciągną od złych myśli, które nam pozwolą znajdować cel. Cel jest w życiu najważniejszy. A ona nie ma celu. Irena jest w oczach większości negatywną postacią. A ja jej serdecznie współczuję.
Irena Bursztyn jest symbolem niewidzialności kobiet?
Dokładnie tak. Zapominamy o kobietach. Zostają samotne. Nikt im nie poda ręki, a nawet jeśli już ktoś wyciągnie pomocną dłoń – to jest chwilowa pomoc. Wie pani, co się dzieje z kobietami na prowincji? Jesteśmy zamknięci w kloszu dużych miast. Kobiety z małych miejscowości piszą: my nic tu nie mamy. Nikt tu nie dociera. Nie mamy dokąd pójść. Te kobiety są zamknięte w domu. A to jest najtrudniejszy krok: wyjść z domu. Bo jak już się wyjdzie, pójdzie do parku, spotka z kimś, porozmawia, pojawia się szczęście i satysfakcja, że się udało. Wiele kobiet tego nie potrafi. One krzyczą, że są samotne. Dlatego pochwalam i powtarzam wszystkim, że ten, kto wymyślił Uniwersytet Trzeciego Wieku, powinien dostać nagrodę Nobla. Zresztą to jeden z powodów, dla których uciekłam od granej przeze mnie przez lata Elżbiety.
Przez samotność?
Ona była strasznie samotna, mimo że otoczona wielką rodziną. Nikt nie zapytał jej, jak się czuje. A czy my pytamy swoich bliskich, jak się czują? Czy im czegoś potrzeba? Czy ich zachęcamy, żeby zrobić coś wspólnie?
Pani się czuła niezauważona?
Ja się czułam niezauważona w roli, jako Elżbieta. I czułam taką jej przezroczystość. Czułam choćby dlatego, że nikt jej nie pytał, co chciałaby wyrazić intelektualnie, co ze swojej wrażliwości chciałaby sprzedać światu. Jako nadwrażliwiec widzę więcej. Więcej czuję. Ale nikt, poza najbliższymi, tego nie rozumie. Chciałam wyzwolić Elżbietę, ale większości odpowiadało to, że ona jest pokorna. Widzowie chcieli ją taką widzieć i scenarzyści również. A ja nie chciałam być pokorna, jako Elżbieta i jako aktorka grająca Elżbietę.
Krok, który pani wykonała, udowodnił to.
Nikt się tego nie spodziewał. Tak jak ja nie przewidziałam, że będzie takie zainteresowanie moją osobą. Stało się coś niebywałego.
Rola w „Szpitalu św. Anny”, udział w tanecznym show, występ na kanapie u Kuby Wojewódzkiego, zaproszenie do „Dzień Dobry TVN”, można by długo wymieniać ostatnie aktywności. Czuje się pani dziś najbardziej popularna w całej swojej karierze?
Nie czuję się gwiazdą, chociaż ten tytuł „gwiazdy” bardzo nam spowszechniał. Dzisiaj już każdy jest gwiazdą. Ale czuję się popularna. Czuję się zauważona. Czuję, że jest zainteresowanie i skupienie na mojej osobie.
Barbara Bursztynowicz będzie drogowskazem dla kobiet, które przez lata wkładały czapkę-niewidkę?
Nie chcę być dla nikogo wzorem. Ja naprawdę nie mam żadnej misji. To podkreślam z całą stanowczością. Każdy jest kowalem własnego losu, ale jeżeli mogę wpłynąć na jakieś jedno czy dwa życia, a wiem, że tak się dzieje, to odbija się to w drugą stronę i wpływa to też na mnie. Cieszę się, kiedy ktoś mi dziękuję, że zauważył dzięki mnie problem. I cieszę się, kiedy odkrywa w sobie odwagę, by sięgnąć po nieznane.
Tak jak pani, przyjmując kompletnie inną rolę w „Szpitalu św. Anny”?
Nie ma przypadków. Bursztyn i Bursztynowicz. Irena to imię mojej mamy. To z pewnością dar od losu. Nie ma przypadku. To musiało tak się skończyć. A może zacząć.
Myśli pani o przyszłości?
W zasadzie rzadko o niej myślę. Albo inaczej. Nie myślę o tym, jak będzie wyglądała. Żyję tu i teraz, i planami, które mam w najbliższym czasie do zrealizowania. Nie myślę o tym, co się wydarzy, czy zachoruję, czy będę zdrowa – to by mnie ograniczało. Zresztą – cieszę się dobrym zdrowiem, czasem boli mnie kręgosłup (śmiech).
Mnie też (śmiech).
Na szczęście nie odziedziczyłam jakichś chorób, które by spowalniały mój dalszy rozwój, albo by uniemożliwiały wykonywanie zawodu, więc jestem szczęśliwa. Naprawdę jestem szczęśliwa. Nie planuję za dużo wprzód, żadnych awaryjnych planów nie snuję. Nie chodzę do wróżki. Staram się żyć zdrowo, czerpać pełnymi garściami.
A zawodowo?
Mam mnóstwo planów do zrealizowania. Mam nadzieję, że moja rola w „Szpitalu św. Anny” będzie się rozwijała, chciałabym dać Irenie Bursztyn troszeczkę spokoju. Przede mną fantastyczne sceny, zespół jest kapitalny, gra się naprawdę bardzo dobrze. Cieszę się tym, chociaż gram osobą uzależnioną od alkoholu, a nigdy w życiu się nawet nie upiłam.
Naprawdę?
Naprawdę. Wystarczyła mi obserwacja i wyobraźnia. Każdy przecież w swoim życiu spotkał kogoś pijanego. Wiemy, jak się zachowują.
Ma pani mnóstwo planów do zrealizowania. Mąż nie mówi pani czasem „Basiu, daj już spokój, zostań ze mną, odpocznij”?
Czasami mu smutno. Pyta mnie: czy na pewno dam radę, czy podołam, kiedy wezmę kolejny projekt. Powtarza: Basiu, uważaj, ty się zastanów. A ja nie mogę odmówić. Oczywiście, jak propozycje pokrywają się terminowo – wtedy jestem zmuszona powiedzieć „nie”. Ale jeśli kalendarz mi pozwala przyjąć propozycję, która jest ciekawa, to ją przyjmuję i cieszę się z nowego zadania. Z nowego celu.
Który łatwiej się realizuje, mając wsparcie bliskich.
Mam ogromne szczęście w życiu. Mam Jacka i Małgosię. Z ich wsparciem wszystko jest o wiele łatwiejsze. Jestem zdrowa. Uprawiam zawód, który jest moją pasją. Mam przyjaciół, którzy mnie wspierają. Zwiedziłam kawałek Europy i Ameryki. Wszystko, co piękne, mnie zachwyca: architektura, przyroda, teatr. Zachwycam się światem. Uwielbiam patrzeć na dobre rzeczy. Jest we mnie bogactwo, różnorodność i chcę tego więcej. I jeszcze, i jeszcze, i Uwielbiam patrzeć na dobre rzeczy. Jest we mnie bogactwo, różnorodność i chcę tego więcej. I jeszcze, i jeszcze, i jeszcze. Nie zamierzam się zatrzymywać.
Autorka/Autor: Aleksandra Głowińska