|

Anita Sokołowska o stawianiu granic, macierzyństwie, sławie i miłości. "Nie uzależniam swojego życia od tego, co o mnie napiszą" [WYWIAD]

#CoZaKobieta! Anita Sokołowska
#CoZaKobieta! Anita Sokołowska
Źródło: MW MEDIA
Jest rozpoznawalna, ale nie pozwala, by popularność dyktowała jej życie. O macierzyństwie mówi bez lukru, o miłości - bez złudzeń, a o stawianiu granic jak o konieczności, nie przywileju. Wracamy do doświadczeń nadużyć w teatrze i mediach, do ceny rozpoznawalności oraz momentów, w których trzeba było powiedzieć „dość” - nawet jeśli kosztowało to bardzo wiele. To szczera opowieść kobiety, która wie, kim jest i czego już na pewno nie chce. Poznajcie perspektywę Anity Sokołowskiej w cyklu Aleksandry Głowińskiej #CoZaKobieta.

Aleksandra Głowińska: "Dalej jazda" czy "Dalej jazda 2"? 

Anita Sokołowska: Ja jeszcze nie widziałam drugiej części (śmiech).

(śmiech). Jak to?

Zawsze byłam w pracy, kiedy produkcja organizowała pokazy i nie udało mi się na żaden dotrzeć, ale widziałam fragmenty i cieszę się, że sposób kręcenia zmienił się na bardziej filmowy. Ale jeśli mam wybierać, to przy drugiej części pracowało mi się zdecydowanie lepiej, bo wiedziałam już, w jakiej konwencji operujemy, znałam reżysera jego sposób pracy.

Kiedyś jedna z bohaterek mojego cyklu powiedziała mi, że po przekroczeniu magicznej piątki z przodu zmienia się zakres ról. A tu bach: 50. urodziny i rola babci. Przypadek?

Nowy typ ról to w moim przypadku to ani przypadek, ani kwestia wieku, tylko świadoma praca i decyzja, którą podjęłam już jakiś czas temu, rezygnując z gry w popularnym serialu. Potrzebowałam tej zmiany dla samej siebie. Owszem była to odważna i ryzykowna próba przekonwertowania myślenia na mój temat. Chciałam grać inne role.

Ale nikt nie zaglądał do szufladki, do której wrzucono Anitę Sokołowską?

Rynek w Polsce jest dosyć surowy dla aktorów. Jeśli jesteśmy rozpoznawalni w jednej roli, trudno jest przejść do grania innych typów postaci. Niektórym się to oczywiście udaje, ale można na palcach dwóch rąk policzyć aktorki, które mają możliwość przeskakiwania pomiędzy konwencjami. W teatrze zawsze grałam trudne, niejednoznaczne postaci, w filmie czy serialu zaczynam je dostawać. 

Dlaczego?

Wydaje mi się, że patrzono na mnie przez pryzmat tego jak wyglądam - miła i sympatyczna. I w takich rolach mnie obsadzano. Nieliczni widzieli mnie na deskach teatru, bo najciekawsze role robiłam w teatrze w Bydgoszczy, czyli daleko od stolicy. Myślę, że nam aktorkom dość trudno jest się odnaleźć w dzisiejszym świecie, który zdominowany został przez filtry na Instagramie. A uważam, że w zawodzie aktora trzeba jednak być w zgodzie ze sobą. Dotyczy to moim zdaniem zarówno doświadczenia wewnętrznego, ale również akceptacji zmian związanych z dojrzewaniem. Media społecznościowe wytworzyły presję, że wszystko musi być piękne i idealne. Te okoliczności nie są przychylne dla dojrzałych aktorek. W wieku czterdziestu lat nie można grać dwudziestolatki. Głos jest inny, oko się zmienia – jest w nim coś więcej, jakaś historia, zapis życiowego doświadczenia. Kamera operuje zbliżeniami, w których widać każdą zmianę na twarzy. I nie da się tego upływu czasu oszukać. Można to zrobić w teatrze – ja grałam, mając 38 lat, nastoletnią Izabelę Łęcką, w „Lalce” w reżyserii Wojtka Farugi. Film by mi na to nie pozwolił. Ogromnie cieszę się na ten rozdział mojej drogi zawodowej. Mam chęć sięgać głębiej siebie i pokazywać swoje nieoczywistości widzom. A ten rok jest obfity w tego rodzaju propozycje. 

Anita Sokołowska
Anita Sokołowska
Źródło: MWMEDIA

Presja, że wszystko musi być piękne i idealne jest wpisana w szeroko pojęty show-biznes i jednocześnie sprzeczna z aktorstwem, bo przecież twarz, która opowiada jakąś historię, jest bardziej wiarygodna. 

Tak, każdego dnia, jako aktorzy, jesteśmy poddawani krytycznemu spojrzeniu. W jakimś sensie jesteśmy uzależnieni od tego, czy się spodobamy reżyserowi, bo od tego zależy, czy dostaniemy rolę, potem oceniają nas widzowie, czy dobrze tę rolę zagraliśmy i od ich oceny często zależą kolejne angaże. To jest bardzo złożona historia. Z jednej strony producenci oczekują od nas pięknego wyglądu, a z drugiej naturalności. 

No i jak to pogodzić?

Nie będę mówić nikomu jak żyć i co robić, bo to jest trochę śmiesznie w dzisiejszym świecie, w którym każdy ma konto na Instagramie i jest tam autorytetem dla czterech osób. Ale wydaje mi się, że to, na ile ingerujemy w swój wygląd zewnętrzny, zależy w dużej mierze od tego, co czujemy w środku.

A co ty czujesz?

To nie jest tak, że jestem pozbawiona myśli: „O Jezu, co to będzie?” (śmiech). Widzę, że moja twarz się zmienia, zmarszczki pogłębiają, a ja wyglądam inaczej. Od dawna pracuję nad akceptacją tej zmiany i tego, że ktoś te matki i babki musi grać (śmiech). 

No ale jakby wszystkie babki wyglądały tak, jak Baśka w scenie, w której odkrywa swoją kobiecość na nowo i rzuca się w wir namiętności… (śmiech). Co się robi, żeby tak wyglądać? 

Odpowiedź raczej nie będzie interesująca, bo nie wiem, jak to się robi. To nie jest moja celowa praca. Po prostu od lat stawiam na aktywność fizyczną, trenuję wspinaczkę, lubię łazić po górach, jeżdżę dużo rowerem. Mam w sobie bardzo dużo energii i umiejętność cieszenia się z małych rzeczy, które się w życiu wydarzają. Czerpię tę energię, by żyć dobrze i spokojnie. Naprawdę nic więcej. 

Nic a nic?

No oczywiście rano zimnym kamieniem czy rollerem przejadę buzię, żeby trochę pobudzić te mięśnie, ale był też czas, kiedy nawet to nie działało. Byłam tak zmęczona trybem pracy, że budziłam się spuchnięta do tego stopnia, że nie było widać moich oczu, więc na planie szłam do barobusa i prosiłam o zamrożone piersi kurczaka i przykładałam je do twarzy, kiedy dziewczyny robiły mi włosy. Dlatego podkreślam to zawsze: wygląd w bardzo dużym stopniu zależy od głowy i tego, jak się ze sobą czujemy. 

W scenie bliskości z Mariuszem Drężkiem zrzucasz ubranie i choć w filmie pokazane jest niewiele, ciekawimnie czy z biegiem czasu, wraz ze wzrostem świadomości własnego ciała, łatwiej jest zrzucić ubrania przed kamerą?

Nie mam zbyt dużego doświadczenia w scenach intymnych, bo w serialach są one mocno okrojone i opowiedziane w wielkim skrócie: dwa ruchy pod kołdrą, partnerka opada i jest radość z wielkiego przeżycia seksualnego. I podobnie jest z tą sceną w „Dalej jazda 2”. Mariusz Kuczewski nie zakładał w żadnym momencie, że to ma być zagrane i nakręcone inaczej. Ten rodzaj kina zresztą nie potrzebuje nagości, tylko pobudzenia wyobraźni. 

Często w produkcjach pojawia się nieuzasadniona prośba o nagość?

Zdarza się, ale jeśli mam bardzo dobrze przemyślaną rolę, uargumentowaną potrzebę pokazania ciała, czuję, że to jest sensowne i nie jest użyciem mnie jako obiektu, tylko podporządkowane jakiejś idei, to ten wstyd jest mniejszy. W filmie „Mile kobiety” gram dosyć odważną scenę erotyczną, ale zanim doszło do jej nagrania, kilka razy spotykałam się z Marią Wojtyszko, współreżyserką filmu, żeby omówić to, jak tę namiętność pokazać. I bardzo nam zależało na tym, żeby to była perspektywa kobiety i żeby moja postać nie została przedstawiona instrumentalnie – a niestety w polskim kinie bardzo często tak są pokazywane kobiety. 

Czym się różni ta perspektywa? 

Kobiety potrzebują czasu, spojrzenia, dotyku, przepływu emocji. Miłość w dorosłym życiu jest inna niż ta szczeniacka. To oddawanie siebie drugiej osobie nie jest takie impulsywne. Ale nie zawsze są tak komfortowe warunki pracy. Kiedyś w czasie próby i pracy nad spektaklem usłyszałam od znanej reżyserki „zdejmij to, zdejmij bluzkę” - odpowiedziałam „mogę, ale po co?” 

To dlatego zrezygnowałaś z tego ze spektaklu?

Też. Ale w czasie tych prób były również inne napięcia związane z władzą i hegemonią w teatrze. Postawiłam swoją granicę i uważam to za moje wielkie zwycięstwo.

Dużo cię to kosztowało? 

Zapłaciłam za to wysoką cenę zawodową, ponieważ rozeszło się, że jestem trudną we współpracy aktorką. 

Żałowałaś kiedyś tej decyzji?

Nigdy. Świadome stawianie granic pozwoliło mi zbudować siebie. I pewnie dziś, gdyby nie to, nie byłabym tu gdzie jestem. 

Usłyszałaś kiedyś, że jesteś za ładna do roli? Albo że talent to za mało?

Kiedyś, podczas pracy nad jednym filmem, kiedy byłam już na etapie przygotowawczym nagle usłyszałam, że jestem za stara. I było to dla mnie bardzo trudne doświadczenie, szczególnie że to był czas, kiedy bardzo szeroko komentowano ageizm w przestrzeni medialnej. To było moje pierwsze duże odrzucenie zawodowe. I bardzo je przeżyłam. Tych różnych złych doświadczeń troszkę mam, ale przez lata nauczyłam się nie brać tego do siebie. Bo na to, czy dostanę rolę, wpływa nie tylko talent i umiejętności, ale również szereg innych składających się na dobór obsady rzeczy. 

Jak nie obwiniać się o przegrane castingi?

Do tego trzeba dojrzeć. Po prostu. Niestety w szkołach aktorskich nikt nie uczy nas, jak radzić sobie z odrzuceniem na castingu albo z tym, że nie masz pracy. Aktorzy powinni pracować z psychologiem, bo ten zawód jest bardzo trudny, kiedy telefon milczy, nie masz nowych propozycji, ktoś wyrzuca cię ze spektaklu albo mimo podpisania z tobą kontraktu wybiera kogoś innego. Ta wrażliwa strona wymaga zaopiekowania. 

Kobiety mierzą się z jeszcze jedną trudnością: urlop macierzyński. Po narodzinach dziecka ciężko im jest wrócić do pozycji, którą miały, zanim zdecydowały się na powiększenie rodziny. 

To się bardzo zmieniło na przestrzeni ostatnich lat. W ogóle myślenie o kobietach w tym zawodzie bardzo się zmieniło. Ja nigdy nie byłam przerażoną myślą o przerwie, ale to dlatego, że pracowałam w teatrze w Bydgoszczy i wiedziałam, że mogę tam wrócić. Dyrektor Paweł Łysak, kiedy powiedziałam o ciąży, a byłam wtedy w próbach do „Wiśniowego Sadu” i grałam Raniweską zapewnił, że zaczekają na mnie. Był naprawdę super. Powiedział po prostu: Anita, zrobimy chwilę przerwy i wrócimy do spektaklu. A ja miałam to szczęście, że mogłam pracować do 7 miesiąca ciąży. Ale doświadczenie macierzyństwa na pewno mocno mnie zmieniło.

To znaczy?

Bardzo mocno wspieram kobiety w macierzyństwie, ponieważ, co by nie mówić, ono ogranicza nasze możliwości zawodowe, jeśli chce się sensownie wychowywać dziecko i być z nim w tych jego najważniejszych dniach, miesiącach i latach, kiedy tworzy się ta wyjątkowa więź rodzicielska. Pogodzenie tego z pracą jest wielkim wysiłkiem. Mogę powiedzieć, że dopiero po 9 latach od narodzin Antosia poczułam, że mogę wziąć oddech. Dopiero wtedy czułam, że on sobie poradzi, a ja mogę zadbać o siebie w przestrzeni zawodowej. Bo mądre macierzyństwo nie polega na tym, że skupiamy się wyłącznie na dziecku, ale też dbamy o siebie. Dziecko przecież w końcu wyjdzie z domu, będzie miało kumpli i zacznie przychodzić do domu tylko na obiad. Dlatego ważne jest, by nie zostać na końcu pozbawioną wszystkiego, co nam dawało radość. I to odnosi się nie tylko do pracy, ale też do ludzi wokół nas.

Co jest najtrudniejsze w macierzyństwie w kontekście pracy?

Patrząc teraz z perspektywy już dla mnie łatwiejszej, myślę, że macierzyństwo jest bardzo trudne samo w sobie. Oczywiście jest też piękne, ale niesie dla kobiety wiele ograniczeń. Na przykład wyjazd z Warszawy by reżyserować spektakl czy zagrać w filmie nie jest już dla mnie taki oczywisty. Mężczyzn rzadko ten dylemat dotyczy. 

A co z tym "późnym macierzyństwem"? Wiem, że definicyjnie to pierwsze dziecko urodzone po 35. rż., ale mam wewnętrzną niezgodę z tym terminem w tej postaci. 

To jest ogólnie bardzo skomplikowana sprawa. Późne macierzyństwo jest super, bo jestem świadomą kobietą, która może trochę inaczej wychować i poprowadzić swoje dziecko.

Ale?

Ale energia się kurczy i tego się nie oszuka. 

Miałaś kiedyś myśli, że podjęłaś decyzję zbyt późno?

Odpowiem Ci tak - jakiś czas temu jechałam przez Park Morskie Oko z synem: on na rowerze, ja na hulajnodze i nie była to elektryczna hulajnoga . Przeciągnął mnie po tych wszystkich kocich łbach, kamieniach i trudnych dróżkach. I zrozumiałam jedną ważną rzecz. Jeszcze długo się nie zestarzeję, bo mój syn mi na to nie pozwoli. Poginanie z plecaczkiem na hulajnodze, trampoliny i sale zabaw. Musiałam być dzieckiem. I nadal muszę. Bo do tej pory, kiedy wyjeżdżamy gdzieś, gdzie jest basen, muszę wskoczyć do wody i udawać rekina albo imitować postaci z „Gwiezdnych Wojen”. Ale wiadomo, energii jest coraz mniej…

Czym ładujesz baterie?

Momentami ciszy. Bardzo lubię czas, kiedy nie muszę wychodzić z domu, nie muszę iść do pracy, nie muszę się z nikim spotykać. Jestem sama ze sobą. Kumuluję wtedy energię, którą potem wykorzystuję w pracy albo podczas spędzania czasu z synem.

(cisza)

Gdybym ja dziś, przy swojej świadomości i doświadczeniu, miała w domu dwudziestokilkulatka, który już totalnie żyje swoim życiem, to ja bym po prostu zmieniła układ planetarny, tyle mam w sobie odwagi i chęci na rewolucję.

Wiek stał się dla ciebie ograniczeniem czy uwolnieniem? 

Nie odczuwam tego ani jako ograniczenia ani jako uwolnienia. Jestem w swoim procesie wewnętrznym i ta „50” to tylko kolejna liczba w moim procesie.

Wkurzasz się o to wyciąganie metryczki przy każdej możliwej okazji?

Wkurzam się. To świadczy o tym, że cały czas żyjemy w totalnie patriarchalnym świecie. Bo mężczyzn nikt nie rozlicza z wieku, z tacierzyństwa, z ilości pracy. Patriarchat jest wpisany w nasze społeczne DNA i nawet osoby, które dużo gadają o feminizmie, kobiecości, zrównania rynków pracy, mają swój ciemny rewers w tej materii. 

Co się musi zmienić, żeby coś się zmieniło?

Zmiany pokoleniowe muszą nastąpić. Muszą przyjść nowi młodzi ludzie. I głęboko wierzę, że umiemy wychować takie pokolenie, które będzie traktowało równorzędnie pracę kobiet i mężczyzn i ich prawo do samostanowienia. 

Jaką prawdę o kobietach w tym zawodzie znasz, a o której nie mówi się głośno? 

Że naprawdę istnieją przyjaźnie i głębokie relacje między kobietami. 

Czyli możemy zdementować plotki o interesownych znajomościach w show-biznesie?

Nie, nie mogę zdementować tych plotek, bo one są prawdziwe (śmiech). I faktycznie jest tak, że kobieta kobiecie rzadziej prawi komplementy i trudno jest usłyszeć: świetnie zagrałaś. Ale mimo wszystko udało mi się stworzyć takie relacje i znaleźć kobiety, które są świetnymi aktorkami i nie mają problemu z powiedzeniem dobrego słowa, docenieniem czy wsparciem. 

Anita Sokołowska i Małgorzata Socha
Anita Sokołowska i Małgorzata Socha
Źródło: MWMEDIA

W dzieciństwie z jednej strony byłaś ułożoną i grzeczną dziewczynką, z drugiej biegałaś po czołgach i chodziłaś na szaber na działki za poligonem. No kłóci się ta pierwsza część z drugą. Zawsze byłaś pełna sprzeczności?

Absolutnie tak. Teraz też drzemią we mnie dwa wilki. Mój zawód powoduje, że muszę myśleć nieszablonowo i niestandardowo. To jest twórcze. Lekki pierwiastek krejzolkijest fajny (śmiech). Oczywiście są momenty, kiedy jestem uporządkowana, jak na przykład w wychowaniu dziecka, przynajmniej staram się być (śmiech), ale lubię czasem odpiąć wrotki i być poza schematem, skacząc ze spadochronem, podróżując w nieodkryte i nie do końca turystyczne miejsca. Wracam myślami do podróży, kiedy nie było telefonów komórkowych i internetu. Musieliśmy polegać tylko na sobie i przewodniku Pascal (śmiech). Lubię ryzyko. To zawsze mnie ekscytowało. 

Wyczułam nutkę nostalgii. Tęsknisz za tymi czasami, kiedy człowiek nie był cały czas „pod prądem”? 

Tęsknię za tym w kontekście mojego syna. Miałam beztroskie dzieciństwo. Wyjeżdżałam na miesiąc na wieś, latało się z dzieciakami od świtu do nocy i robiło najróżniejsze rzeczy: kąpało w rzece, spało w stodole na sianie, robiło domki w stogach siana jak dzieci z Bullerbyn. Piłam mleko od krowy, którą samodzielnie wydoiłam, prowadziłam traktor w czasie sianokosów. I tego mi brakuje. Próbuję zapewnić tę beztroskę mojemu synkowi. Cyfrowy świat oczywiście dużo nam daje, ale bardzo nas ogranicza jako ludzi. Nieustannie jesteśmy online. Zawsze jesteśmy dostępni. Ciągle musimy odbierać telefony, odpowiadać na wiadomości. Trudno jest w pewnym momencie odróżnić, co jest twoją myślą, a co przeczytaną. Zapominamy o prostocie, która jest wspaniała. A w zasadzie była, bo już jej nie ma. 

Ale można dostrzec pewne plusy. Kiedyś zupełnie inaczej wychowywano dzieci. Co słyszałaś najczęściej w dzieciństwie, z czym dziś kompletnie się nie zgadzasz?

Oczywiście byłam wychowywana na grzeczną dziewczynkę, która za wszystko musi podziękować, za wszystko być wdzięczna. Musi się schować, nie wychodzić przed szereg, nie może być inna i musi stosować się do obowiązujących norm. I dla mnie to jest trudne w tym sensie, że wszyscy jesteśmy pokłosiem naszych rodziców, czyli pokolenia, które nie przeszło terapii. Wynika to z czasów, w których żyli i trudno odmówić im chęci do wychowania nas dobrze. Tylko ja jestem dzieckiem późnej komuny. Wtedy bycie nieprzeszkadzającym było najważniejsze. Ale jestem teraz na etapie, w którym nie chcę za wszystko zrzucać winy na rodziców. Po prostu tak było. A moją mądrość polega na tym, że bardzo dużo rozmawiam z moim synem. Pokazuje mu różnice i tłumaczę, na czym polega zło i czym jest dobro oraz jakie są konsekwencje różnych wyborów, pomagam mu budować jego świat wartości. 

Warto pamiętać, że nasi rodzice nie mieli takich narzędzi, jakimi my dysponujemy. Podręczniki, poradniki, podcasty, publikacje, konta parentingowe na Instagramie. Jest gdzie szukać inspiracji i podpowiedzi.

Dokładnie. Nasi rodzice nie mogli inaczej, bo nie umieli i nikt ich nie poprowadził. Bardzo się starali. Jestem przekonana, że bardzo się starali. 

Nasze dzieci nie będą mogły już ot tak zrzucić na nas winy (śmiech). 

Mam nadzieję, że wychowamy je mądrzej, dysponując wszystkimi narzędziami, które są dostępne. 

Odcinając się od tego, co było nam narzucane… Czego na pewno nie zrobisz, nawet jeśli tak wypada?

Nie przeprowadzę dłuższej, życzliwej rozmowy z kimś, kto skrzywdzi moje dziecko. 

Jaką część siebie traci się, będąc silną przez wiele lat?

Dziecięcą naiwność i szczerość. Kiedy cały czas musimy coś przykrywać, tracimy te cechy bezpowrotnie. 

Co byś powiedziała kobiecie, która jest w ciemnym i zimnym miejscu, z którego ty wróciłaś. 

Oddech po oddechu. Krok po kroku. Codzienna walka o dobry dzień. Wszystko się wyrówna. Będzie w porządku. Nie da się zmienić całego świata na trzy cztery. Zaufaj sobie. 

Kim jesteś, kiedy nikt nie patrzy?

Anitą Sokołowską. Bez makijażu. Z zapuchniętymi oczami. Krojącą warzywa na zupę ogórkową, bo jak wyjdę do pracy, to dziecko musi mieć co zjeść. Robiącą jajecznicę synkowi na śniadanie w piżamie. Jestem leniuchem. Lubię długo spać i pozwalam sobie na to, kiedy tylko mam okazję. Jem popcorn w łóżku. Uwielbiam, kiedy nikt na mnie nie patrzy, dlatego jestem fanką zagranicznych podróży, podczas których mogę usiąść na krawężniku i jeść bułkę z serem zakupionym w lokalnym sklepie. Po prostu jestem normalna. 

Rozpoznawalność cię meczy?

Była trudna, ale teraz – mówiąc kolokwialnie – mam to gdzieś. Nauczyłam się z tym żyć, przyjęłam to jako część mojego zawodu. To jest konsekwencja pracy w przestrzenipublicznej. Nie kłócę się z tym. Mogłabym nie być aktorką, podejmować w życiu inne decyzje i wieść inne życie, ale nie robię tego, więc chcę być też uczciwa wobec siebie i wszystkich w tej sytuacji. Oczywiście są rzeczy, które nadal mnie wkurzają. 

Na przykład?

Udzieliłam wywiadu pewnej redaktorce przy okazji promocji filmu „Dalej jazda 2”. Wywiad się nie ukazał, ale nagłówki w serwisach plotkarskich, że Sokołowska jest samotna, już tak. I tu jest moja granica. Czerpanie zysków ze sprzedaży nazwiska – na to mam wielką niezgodę.

"Sokołowska jest samotna". Brakuje na okładce czarnych wron, które dziobią porozrywane szare szaty i głębokiego dołu w czarnej ziemi. Taki ma to wydźwięk.

(śmiech). Dzisiejsze gazety wyścielą jutrzejsze kosze. To powiedzenie pasuje tu idealnie. Nie uzależniam swojego życia od tego, co o mnie napiszą, ale cieszę się, że mam dużą życzliwość dziennikarzy i najczęściej piszą fajnie.

Jesteś otwarta na miłość?

Oczywiście, że tak. Moje serce jest w tym temacie spokojne.