"Kocham z wzajemnością, dzieci są szczęśliwe". Piotr Stramowski szczerze o miłości, rodzinie i męstwie [WYWIAD]

#CoZaFacet! Piotr Stramowski
#CoZaFacet! Piotr Stramowski
Źródło: MWMEDIA
Nie krzyczy o sile, ale pokazuje ją w codziennych wyborach. Bez zadęcia, bez póz, za to z uważnością na drugiego człowieka. W tej rozmowie męskość ma twarz odpowiedzialności, bliskości i partnerstwa, które zaczyna się tam, gdzie kończą się slogany. Jest miejsce na patchworkową rodzinę, na doświadczenia wyniesione z domu i szkoły, na pracę hartującą charakter i pasje, które uczą dystansu. Jest humor, autoironia i szczerość, która nie potrzebuje maski. W cyklu Aleksandry Głowińskiej #CoZaFacet o dojrzałej sile i męskości bez nadęcia opowiada Piotr Stramowski.

Aleksandra Głowińska, tvn.pl: "Dorastaliśmy w świecie, w którym męska słabość była piętnowana. Codziennie 13 osób odbiera sobie życie, z czego 11 z nich to mężczyźni. Według mnie prawdziwa siła zaczyna się tam, gdzie przestajemy grać rolę, a zaczynamy być sobą". Wiesz, kto to napisał?

Piotr Stramowski: To podpis pod jedną z moich ostatnich rolek.

To nie jest najpopularniejszy temat do rozmów w mediach społecznościowych. Dlaczego zdecydowałeś się o tym mówić?

Byłem w szoku, kiedy poznałem statystyki. Ludzie nie zdają sobie sprawy ze skali problemu. Moją intencją jest skłonienie ludzi do refleksji. Żyjemy sobie w tym świecie, chodzimy po tej planecie, oceniamy siebie nawzajem i wszystko przyjmujemy takie, jakim jest. A rzeczywistość wokół nas bywa przerażająca. Życie w nieświadomości, brak znajomości tych faktów to największe zło.

A mówi się, że im mniej wiesz, tym lepiej śpisz.

Tkwiąc w nieświadomości pozwalamy innym ludziom decydować za nas. I nie chcę użyć tego słowa, ale… dajemy przyzwolenie na rządzenie nami. Pływamy w zupie, którą ktoś gotuje według własnego przepisu, a my w środku ścinamy się coraz bardziej jak te kraby w wielkim garze. Nie widzę w tym nic fajnego. Świadomość jest ważna. Uznałem, że trzeba mówić o tym głośno. Pogubienie wśród mężczyzn jest coraz bardziej powszechne. Jesteśmy przebodźcowani. Świat zwariował. Żyjemy w natłoku informacji, żyjemy szybko - zwłaszcza w dużych miastach. Jesteśmy zalewani informacjami zewsząd. Te skoki dopaminowe o takim natężeniu są po prostu nieprzyswajalne dla ludzkiego mózgu. Musimy się adaptować do nowych, ekstremalnych warunków i to oczywiście wpływa na nas jako społeczeństwo; na nasz układ nerwowy, który bywa przeciążony. A to wszystko łączy się z męskością. Ale nie tą „prawdziwą”, tylko tą, o której uczyli nas nasi rodzice.

Czyli?

Z pokolenia na pokolenie przekazujemy to, czego nauczyliśmy się od swoich rodziców, jak zostaliśmy wychowani. To były inne czasy; one się na szczęście zmieniają. Ale… Mężczyźni musieli być tymi, którzy dają radę. I te stereotypy były utrwalane wszędzie. W mediach, w filmach, w książkach. Te dzieła zostały z nami do dzisiaj. Wychowaliśmy się na nich, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, o czym one tak naprawdę są. Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które chce coś zmienić. Które czuje, że coś jest nie tak w ogólnym rozumieniu nie tylko męskości, ale i świata. Przecieramy szlaki, jeszcze po omacku, ale odważyliśmy się to zrobić.

Co zmieniło się w twoim podejściu?

Jeśli nie rozumiemy, dlaczego z czymś czujemy się niekomfortowo, nie mamy oporów, by sięgnąć po pomoc. Rozmawiamy z psychologiem i szukamy źródła. Tego kamyka w bucie, który nas uwiera. Kiedyś dzieci słuchały rodziców, dziś my, jako rodzice, słuchamy naszych dzieci. To ogromny przeskok.

I dobra zmiana?

Eksperci twierdzą, że nie do końca. Rodzic powinien być autorytetem. Tylko teraz trzeba mądrze wybrać. Albo wybieramy to, co znamy, ale przez lata nie funkcjonowało, albo chcemy coś zmienić i dać dzieciom wolność wyboru, nie mając pewności, że to zadziała. Bo o tym, czy to faktycznie ma sens, przekonamy się za parę lat.

Czyli jest haczyk.

Dzieci potrzebują dyscypliny i rutyny. Trzeba znaleźć złoty środek. Być tym mądrym rodzicem, który wie, co dla dziecka jest najlepsza. To trudne. Jesteśmy w pewnym sensie pionierami takiego wychowywania dzieci. I nadal jest w nim masa błędów.

Na przykład?

Ostatnio czytałem o Chinach i ich sposobie wychowywania dzieci. Dyscyplina jest u nich na pierwszym miejscu. Na drugim podążanie za trendami. Dzieci w szkołach uczą się wykorzystywania sztucznej inteligencji. Bezkompromisowo idą za postępem technologicznym. A w tym samym czasie w Polsce toczymy dyskusję o tym, czy dzieci powinny korzystać z telefonów komórkowych i w jakim wieku mogą dostać swój pierwszy aparat. Chińczycy mają to już rozpisane od A do Z. To jest przepaść. Oczywiście możemy się zastanawiać, czy to dobrze, czy niedobrze, ale dyscyplina to dobra baza do budowania bezpiecznego życia.

Ale czy to nie jest ograbianie z dzieciństwa?

Ale my tylko teoretycznie nie traktujemy dzieci jak maszyny, które programujemy. Bo praktycznie i tak to robimy. Tylko w inny sposób. Pokazuję mojemu dziecku, że może sobie wybrać, co chce dziś na siebie włożyć, jaki chce zjeść posiłek i czego ma ochotę się napić. Tylko zastanawiam się, czy nie będę za parę lat pluł sobie w brodę, że nie nauczyłem dziecka dyscypliny, przez co nie potrafi doceniać tego, co ma. Czy dziecko wychowane w Chinach, które zostało nauczone ogólnie przyjętych norm i zasad, zostało „ukarane” za nieprzestrzeganie ich, nie będzie lepiej funkcjonowało w społeczeństwie? Dzieci mają coraz większy problem z odnalezieniem swojej tożsamości. Sięgają po używki. Czy to jest pokłosie „bezstresowego” wychowania? To są pytania, na które nie znam odpowiedzi. A chciałbym poznać. Uważam, że na dużo rzeczy pozwalamy naszym dzieciom.

Za dużo?

Na pewno. Patrzę po moich dzieciakach. One mają wszystko. Oczywiście staram się wyznaczać granice, ale to jest trudne. Nie ukrywam, że to mój największy problem.

Jest teoria, że wynagradzamy naszym dzieciom własne dzieciństwo. Dajemy im to, czego sami nie mieliśmy.

Tak się mówi. I trochę tak jest. Podejrzewam, że nasi rodzice też nam dawali to, czego sami nie mieli.

Co dostałeś od swoich rodziców?

Masę miłości. Bardzo, bardzo dużo miłości.

I mama, i tata umieli ją okazywać?

Mama na pewno. Od taty zawsze ją czułem. Czuję nadal. Zresztą nawet dzwonił przed chwilą (śmiech).

Mamy to nagrane (śmiech).

Mamy bardzo fajną relację. Jest w niej miłość. Chociaż jesteśmy zupełnie różni.

Co was różni?

Mój tata jest bardzo poukładany. Uważa, że dyscyplina jest bardzo istotna. Zawsze starał się mnie tego nauczyć. Ale nie udało mu się (śmiech). Żyję po swojemu, rozumiem i wprowadzam chaos, w którym świetnie się odnajduję. Mam oczywiście świadomość, że może być on niewygodny dla osób współegzystujących ze mną.

Twój tata był twoim pierwszym wzorem męskości?

Tak. Chyba każdy tata jest. Pierwszy mężczyzna pojawiający się w życiu chłopca jest jego wzorem do naśladowania. Albo dziadek.

Dziadkowie byli ważni w twoim życiu?

Moi dziadkowie zmarli, kiedy miałem trzy albo cztery lata. I niesamowite jest to, jak dobrze ich pamiętam.

Naprawdę?

Dzieci odczuwają energię. Zeskanowałem moich dziadków, wiedziałem, jakimi są ludźmi. Nie musiałem rozumieć, co mówią, ale po gestach, zachowaniu, sposobie bycia, czułem, że są mi bliscy. I wiem, że nadal mi towarzyszą. Czuję ich energię cały czas, odkąd ich nie ma. Przez całe życie idą ze mną. Pamiętam, jak poszedłem do teatru w Bydgoszczy. To był rok 2012. Miałem poczucie, że prowadzą mnie za rączkę. Nagle ten uścisk się rozluźnił. Puścili mnie. „Dobrze, Piotruś, teraz idź sam”. Zawsze byli obecni w moim życiu.

Myślisz, że puścili twoje ręce, bo poczuli, że jesteś gotowy na dalszą drogę w pojedynkę?

Wierzę w takie rzeczy. I wierzę, że nadal się mną opiekują. Zawsze są obok mnie.

Wzruszyłeś się.

Zawsze się wzruszam, gdy mówię o nich.

"Mężczyźni rządzą światem"

Czego o męskości nauczyłeś się w rodzinnym domu?

W domu nie zastanawiałem się nad męskością. Zacząłem eksplorować ją dużo później. Jak byłem właśnie w szkole aktorskiej, to zawsze słyszałem: o, ty jesteś taki męski. Nie wiedziałem, co to znaczy. Zresztą mam wrażenie, że mam w sobie dużo kobiecej energii.

To znaczy?

Mam w sobie dużo ciepła.

Mężczyźni go w sobie nie mają?

Może właśnie mają. To jest ciekawe, bo mimo że mam w sobie bardzo dużo miękkości, szeroko rozwiniętej empatii, to mam też w sobie taką bardzo mocną stronę.

Kiedy ją odkryłeś?

Grając w „Pitbullu”. Świetnie się dogadywałem ze środowiskiem twardzieli: policjantów, gangsterów. Bardzo z nimi rezonuję.

Piotr Stramowski - plan filmu "Pitbull. Nowe początki"
Piotr Stramowski - plan filmu "Pitbull. Nowe początki"
Źródło: MWMEDIA

Dziś już rozumiesz, czym jest męskość?

Szczerze? Do dzisiaj do końca nie wiem. Eksploruję, czym jest ta męskość. Możemy patrzeć na nią, jak na tego gigachada: wysokiego, z wielką szczęką, mięśniami, zarostem. Ja taki nie jestem. Dla mnie męskość to równowaga. Ying-Yang jest wszechobecny i do tego powinniśmy dążyć w każdym aspekcie życia: wychowaniu dzieci, używkach, relacjach. Skrajne przekonania są zawsze niezdrowe i prowadzą do konfliktów, podziałów pomiędzy społeczeństwem. To się nigdy nie kończy dobrze. Zresztą – wystarczyć spojrzeć na naszą arenę polityczną. Nie wyciągamy wniosków. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego nie jesteśmy w stanie się dogadać. Dlaczego nie spróbujemy chociaż być mądrzejsi?

Szukałeś odpowiedzi na to pytanie?

Nawet znalazłem. Ludzie myślą o sobie tu i teraz, i g*wno ich obchodzi tak naprawdę, co będzie za rok. Ważne, że ja mam w tym momencie i na tym mi zależy. A to czy inni mają – to jest nieistotne. A gdybyśmy myśleli o innych… Wiem, że to nie jest łatwe…

Nie tylko niełatwe, ale myślę, że na wielu płaszczyznach nierealne.

A wyobraź sobie obrady okrągłego stołu, podczas których mówimy sobie: ok, nie lubimy się, ale znajdźmy rozwiązanie, które będzie dobre dla wszystkich, spróbujmy się dogadać. Ale tu wkracza kolejna przeszkoda. Ego. Mężczyźni rządzą światem.

Myślisz, że świat byłby lepszy, gdyby rządziły nim kobiety?

Nie, absolutnie nie.

Dlaczego?

Bo mężczyźni i kobiety są pod tym względem tacy sami, dlatego powinni działać razem. Ja w ogóle mam dosyć idealistyczną wizję świata, w której jest dialog, zrozumienie empatia, chęć rozwiązywania problemów, pomoc drugiej stronie.

Całego świata nie zmienisz, ale swój możesz. Jak ci idzie?

Mam super relację z eksmałżonką. Jestem z tego dumny. Jesteśmy w stanie się śmiać za każdym razem, jak do siebie dzwonimy. Dużo żartujemy. Ostatnio przyszedłem do niej, do mojego starego domu, byli moi starzy teściowie i Kaśka żartuje: o, patrz Hela, ojciec wrócił po trzech latach (śmiech). Później pyta: gdzie ty idziesz? Odpowiadam: do innej baby. Potrafimy się z tego śmiać. 

Dużo was to kosztowało?

Dużo. Rozstania są ciężkie. Patchwork jest trudny. A dzieci zawsze są na pierwszym miejscu.

Nie wszyscy, choć zdecydowana większość, zrozumieli przekaz twojego nagrania w mediach społecznościowych.

Są osoby, które zareagowały na to nagranie wytykaniem jakiegoś egoizmu. „O, wy to zawsze ja, ja, ja”. Ale to kompletnie nie o to chodzi. W rodzinie jest jak w samolocie. Najpierw zakładasz maskę z tlenem sobie, a dopiero potem dziecku. Musisz zadbać o siebie, żeby stworzyć nowe, dobre środowisko dla twojego dziecka. I to mnie bardzo dużo kosztowało. Ukrywałem te emocje, żeby dzieci ich nie zauważyły.

A było ich dwa razy więcej. Bo i rozstanie je generowało, i nowy związek.

Nie wiem, czy to była odwaga, czy głupota, żeby od razu wejść w nowy związek, bo statystycznie – raczej powinno się nie udać.

Badania Instytutu Gallupa pokazują, że 60 proc. mężczyzn po rozwodzie żałuje, że nie zawalczyło jednak o swoje małżeństwo.

Ja też przez to przechodziłem. Zresztą bardzo dużo z Kasią o tym rozmawialiśmy. Przechodziliśmy przez różne etapy, ale no stało się, jak się stało. Z perspektywy czasu uważam, że tak miało być. Wytworzyła się magiczna przestrzeń, w której spotkałem osobę, z którą wspaniale się rozumiemy. Ewidentnie jesteśmy lepiej dopasowani niż ja z Kasią.

Co cię najbardziej uwierało?

Strasznie się kłóciliśmy. Mieliśmy bardzo intensywną relację.

Dwa mocne charaktery, oboje jesteście artystami… Myślisz, że to nie zagrało?

Można o tym mówić w ten sposób, ale nie wiem, czy tylko o to chodziło. Natalia, chociaż jest niepozorna, też jest bardzo mocnym charakterem, a jakoś się dogadujemy. Znalazła na mnie sposób, a ja nie jestem łatwym partnerem do życia. Wszystko dzieje się po coś. Nie wchodzi się drugi raz do tej samej rzeki. Chyba że się wejdzie (śmiech). Raz albo drugi. Nie jestem w stanie ci powiedzieć, co będzie za rok czy dwa. Na to pytanie nie znam odpowiedzi.

A szukasz?

Szukam odpowiedzi na wiele pytań.

Na przykład?

Co to jest wszechświat? Czym jest rzeczywistość? Fascynuje mnie to, że atomy powietrza nie spotkają się już nigdy w tej samej konfiguracji i to, że jedyną pewną rzeczą jest tu i teraz. Nie odtworzymy tego. Możemy wrócić do nich wspomnieniami, ale te sytuacje już się nie wydarzą. Tak naprawdę wszystko, o czym chcesz powiedzieć, już było. Nazywamy przeszłość, przyszłość, ale tak naprawdę jedyną rzeczą, którą mamy i której możemy być pewni, jest teraz. I jak odpuścisz myślenie o tym, co było i martwienie się tym, co będzie, to zmieni się cały twój świat. Oczywiście to cholernie trudne, ale warto jest próbować kwestionować rzeczywistość. Oglądałaś „Matrixa”?

Oczywiście.

To chyba najlepszy film, jaki widziałem. Daje do myślenia. Jest wielopoziomowy. Genialny. Wychodzenie z własnej strefy komfortu, ze świata, który wydaje nam się, że go znamy, jest najtrudniejsze do zrobienia. Ktoś nazwał i określił pewne rzeczy. My w to uwierzyliśmy. Kiedy zaczynamy coś kwestionować, mają nas za wariatów. Mówią: coś im się odkleja. A to nie tak. Ja po prostu zacząłem sprawdzać, czy na pewno ktoś mnie nie oszukał, czy powiedział mi prawdę.

Kwestionowanie poglądów to część eksploracji.

Tak, ale ja dotąd byłem ufny i wszystko przyjmowałem za pewnik. Teraz już tak nie robię. „Tata, a Marcin powiedział”, był kiedyś taki serial. Wszystko, co powiedział przysłowiowy tata Marcina, brałem za prawdę. To jest automat. Teraz moje życie w dużym stopniu polega na wyrabianiu sobie nowych mechanizmów w ciele, które sprawią, że będę bardziej świadomy. Czym jest rzeczywistość? Czym jest życie? Co to k*rwa jest? Ludzie o tym nie myślą na co dzień. Przyjmują za pewnik i idą dalej.

Przeciętny Kowalski może być zbyt zajęty ogarnianiem rzeczywistości wokół, żeby zajmować się metafizycznymi aspektami świata. Trudno go za to winić, że martwi się przeżyciem od pierwszego do pierwszego, zamiast ułożeniem atomów. Jego głowa jest gdzieś indziej.

Powiem ci coś, czego jeszcze nie mówiłem. Kiedyś miałem gigantyczny dług do spłacenia. Wszystko, co zarobiłem, szło na jego spłatę. Wpieprzyłem się w strasznie słabą sytuację. Dzisiaj to sprawa zamknięta i nie brakuje mi oczywiście na życie, ale był czas, kiedy musiałem stawać na rzęsach, żeby ogarnąć „od pierwszego do pierwszego”. I zrobiłem to. Wiem, jakie to wyniszczające, ale wiem też, że jak sobie powiem: ogarnę, to ogarnę. Dzięki mamie jestem tak skonstruowany, że zawsze widzę szklankę do połowy pełną i wierzę, że wyjdę obronną ręką z każdej sytuacji. Przez kilka lat żyłem w permanentnym stresie. Nie było dnia, żebym nie wstał rano i nie zastanawiał się, czy komornik nie wejdzie mi na konto. To było ogromne obciążenie.

Patrzysz dziś na to jak na kosztowny błąd czy cenną lekcję?

To najcenniejsza lekcja. Bardzo dużo się nauczyłem przez te cztery lata. Wiem, że to jest nic w porównaniu do nagłej choroby, wypadku czy straty najbliższej osoby. Ale nie była to łatwa sytuacja.

Ostatnio była głośna dyskusja na temat biedy jako stanu umysłu. Afirmacja twoim zdaniem działa?

Jeżeli robimy coś w zgodzie ze sobą, wkładamy w to serce i czujemy, że coś się wydarzy, to to się wydarzy. Ale jeśli mam wątpliwości, to pojawia się lęk i to on nas hamuje. Jeśli w coś nie wierzysz, nie zrobisz tego na tyle dobrze, na ile byś chciał. Często brniemy w rzeczy, które nie są dla nas. Tkwimy w związkach, które nie mają przyszłości. Chodzimy do pracy, która nie daje nam satysfakcji. Ale boimy się coś zmienić.

Kiedy ostatnio miałeś tak, że powiedziałeś sobie: tak będzie i tak było?

Zawsze, jak idę na casting i podoba mi się rola, to po prostu wiem, że go wygram. Ostatnio było nawet tak, że poszło mi świetnie, dostałem feedback, faktycznie wygrałem. Po jakimś czasie odebrałem telefon i usłyszałem w słuchawce, że przepraszają, ale jednak wybrali kogoś innego.

I co wtedy zrobiłeś?

Powiedziałem, że to niemożliwe (śmiech). I nie wierzyłem w to. Po miesiącu zadzwonili drugi raz. „Masz tę rolę” – usłyszałem. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale jest jakaś siła, która pomoże ci przyciągnąć to, w co wierzysz, jeśli to wypływa z serca. I nie chodzi o magię, tylko o fokus. Twoje decyzje i ruchy są ukierunkowane w tę stronę, i każda z nich cię przybliża do celu. Ale wszystko jest pracą do wykonania. Mnie ona kosztowała niesamowicie dużo energii.

Przez sytuację finansową zdarzało ci się grać w rzeczach, w których nie chciałeś brać udziału?

Zdarzało mi się grać w rzeczach, których normalnie bym nie brał. Na 30 dni w miesiącu, przez dwadzieścia dziewięć byłem na planie. I naprawdę, gdybym mógł, zrezygnowałbym z czegoś.

Wierzę. Nie da się tak żyć.

A ja tak żyłem.

Dzieci nie tęskniły?

To akurat plus tego zawodu, że czasem możesz spróbować ustawić plan pod siebie. Korzystałem z tego przywileju i starałem się kończyć zdjęcia maksymalnie o 18, żeby chociaż kilka godzin wieczorem spędzić z dzieciakami. Brakuje mi słów, żeby opisać to, co wtedy przeżywałem. Chodziłem jak zombie, a musiałem cały czas emocjonalnie pracować na planie.

Ale dałeś radę.

Jestem tak skonstruowany. Uodporniłem się na to. A może nawet to lubię? Mama mi zawsze mówiła, że od małego musiałem się czymś zajmować, a kiedy brakowało mi zajęć, wpadałem w stany lękowe. Musiałem mieć zajętą głowę. Jestem do tego przyzwyczajony. Ale to nie jest zdrowe i gdybym miał wybór, to zdecydowałbym inaczej. Dwa seriale i film w tym samym czasie to za dużo.

Jak nie zwariować?

Na pewno siłownia i medytacja. Niestety, w pewnym momencie mój organizm się zbuntował i medytacja przestała działać. Zapominałem, nie znajdowałem czasu albo po prostu mi się nie chciało. Zrobiłem wtedy challenge na Instagramie. Od siebie dla siebie. 10 dni medytacji. Wiedziałem, że jak to pójdzie w eter, to będę się tego trzymał. Słowo się rzekło. Medytowałem codziennie przez 20 minut. Chodziło o to, żeby pobyć z ludźmi. I udało się. Poza tym staram się wysypiać. Kiedyś odskocznią było wyjście na imprezę, ale teraz tego nie robię.

Nie pomaga czy ci się znudziło?

To nigdy nie robi dobrze. Imprezy są złudne. Nawet jak człowiek nie pije, ale posiedzi do trzeciej nad ranem, to następnego dnia jest gorzej. Od stycznia do maja żyłem w abstynencji. Nie wypiłem nawet grama alkoholu. Ale po każdej imprezie i tak czułem się jak na kacu. Zauważyłem, że mi to nie służy. Teraz w ogóle to odrzucam. Chcę być jak najbardziej efektywny, a że mam bardzo dużo zobowiązań na wielu poziomach, to nie chcę dać ciała. Skupiam się na tym, co ważne.

Przeskanowałam twój profil na Instagramie i od razu widać, co jest ważne. Rodzina, miłość i praca, która jest pasją. Ale dałam się złapać w medialną narrację o „nowym związku Piotra Stramowskiego”. A potem ułożyłam sobie wszystko na osi czasu i nie wiem, czy po trzech latach nadal to jest „nowy związek”.

Wszyscy tak piszą. „Nowa partnerka” Piotra Stramowskiego. A my żyjemy razem od trzech lat. I od trzech lat czytamy to samo.

"Jeden krok za daleko"

Twoje reakcje są raczej humorystyczne na wszystkie przytyki, ale na jeden z komentarzy, który dotyczył twojej córki, odpowiedziałeś ostro. To ten rodzaj pierwotnej męskości, który każe stawać w obronie najbliższych?

Zdecydowanie tak, chociaż dzisiaj bym już pewnie tak nie zareagował. Te słowa były wtedy potrzebne, żeby wyznaczyć jakąś granicę. To był jeden krok za daleko.

Myślisz, że to przez te wszystkie role przypięto ci łatkę amanta, który co chwilę żyje z inną kobietą?

To jest najzabawniejsze w tym wszystkim. Z Kaśką byłem 8 lat. Poprzedni związek trwał trzy lata. Z Natalią jestem trzy lata. Jestem długodystansowcem. Nigdy nie miałem Tindera.

Nigdy?

O, przepraszam. Miałem, dwa dni. Siedziałem w domu, zachorowałem na COVID-19. Ściągnąłem aplikację i uzupełniłem profil. Potem wyrzucili mnie za podszywanie się pod Piotra Stramowskiego (śmiech). Ale tydzień później poznałem Natalię. I serio, zastanawia mnie to, z czego wzięło się to przekonanie. Wiesz, ja widzę, kto pisze te wszystkie komentarze. Mam wrażenie, że ci ludzie są niepełnosprawni umysłowo. I nie żartuję. To są grube braki inteligencji emocjonalnej i to na poziomie dziecka. Rozumiem dyskusje na temat związków – chętnie podejmuję rękawice i gadam o tym. To jest ciekawe. Nie ma jednak zgody na obrażanie czy ocenianie sytuacji, której się nie zna i wciąganie w to dziecka. Masz treść tego komentarza?

„Co 5 minut nowa miłość, to nie jest miłość! I jeszcze oznajmiana w mediach, żenada. Co za świat, ciekawe, jak się czuje córka, jak na to patrzy”.

Że ja nie myślę o dziecku? Pierwsze, o czym myślę, to dziecko. I wszystko robię z myślą o dziecku. Zdecydowaliśmy z Kasią, że ona i Helena zostaną w naszym starym domu. Zrobiliśmy to dla niej. Trzy razy obchodziłem całe mieszkanie, głaszcząc je rękami po ścianach, kiedy się z nim żegnałem. Dokładnie pamiętam moment, kiedy zamknąłem za sobą drzwi. Nie płakałem. Ryczałem. A potem wyłem w samochodzie, bo wiedziałem, że już tam nie wrócę. To był bardzo trudny etap w moim życiu. I wtedy zjawiła się Natalia.

I rozświetliła mrok.

Była dla mnie ogromnym wsparciem. Jestem jej wdzięczny za to, jaka była w stosunku do Helki, ile miała do mnie cierpliwości i ile sama dźwignęła. Miała swój biznes, robiła swoje rzeczy, budowała markę osobistą i nagle stała się „dupą Stramowskiego”. W dodatku „osiem lat młodszą”. To jest ch*jowe, że portale prowadzą taką narrację. Przepraszam, że nazwywam to po imieniu, ale niech to wybrzmi.

Wkurzałeś się o te nagłówki?

Nie wiem, co mam ci powiedzieć. To jest masakra. Portale plotkarskie starają się być politycznie poprawne, ale tak naprawdę mają to w dupie, bo dla firmy liczą się tylko kliknięcia. Natalia miała ciężko, bo ona nigdy nie była medialną osobą, nawet nie chciała nią być, a dostało jej się bardzo. Ona się do mnie nie pchała. To ja do niej napisałem i kliknęło między nami.

Narracja była tak poprowadzona, jakby Natalia rozbiła twoje małżeństwo.

A to jest totalna bzdura. Kaśka się wstawiła za Natalią, jestem jej wdzięczny za to, że napisała wprost, że to nieprawda. Ale ludzie i tak wiedzą swoje. Do dzisiaj myślą, że wychowuję Alexa i zostawiłem swoją córkę, chociaż mam opiekę naprzemienną i Hela mieszka ze mną tyle samo czasu co z mamą. Dzisiaj mnie to nie rusza, ale na początku dotykało bardzo. Było we mnie poczucie niesprawiedliwości. Ale teraz? Co mnie to obchodzi. Ci ludzie mają problemy ze sobą, bo jeśli piszą takie rzeczy obcym osobom, to jak traktują swoich bliskich? Ten jad nie bierze się znikąd. Tu jestem zero-jedynkowy. Albo ktoś jest dobrym człowiekiem, albo złym. To się czuje od razu.

No i Internet zapłonął po tym, jak opublikowaliście wspólne zdjęcie. Czyj to był pomysł?

Życie pisze najciekawsze scenariusze. Spotkaliśmy się w dość codziennej sytuacji. Musieliśmy wyrobić paszport Helence, bo lecimy na wakacje za granicę, Natalii paszport z kolei stracił ważność, więc wybrała się z nami do urzędu, by wyrobić nowy, Kasia była po operacji kolana, więc po drodze zajechałem też po nią, bo nie można wyrobić paszportu dziecku bez obecności i podpisu obojga rodziców. Dziewczyny są w dobrych relacjach, więc kiedy zaproponowałem wspólne zdjęcie, obie się zgodziły i wyszło to bardzo naturalnie.

Miałeś jakieś oczekiwania względem publikacji?

Nie mieliśmy żadnych oczekiwań, po prostu powiedziałem, że publikuję i zaprosiłem dziewczyny do współtwórstwa.

To w takim razie niechcący zrobiliście dużo dobrego.

Śmialiśmy się, że pamiątkowym zdjęciem możemy pokazać światu i wszystkim rodzinom w podobnej sytuacji, że można. Szczególnie przed świętami. To dla wszystkich bardzo emocjonalny czas, a dla rodzin patchworkowych zwłaszcza: zderzenie się ludzi, emocji, różnych światów. Nie zawsze jest to przyjemne. Często te konfrontacje wywołują ogromne napięcia. I dlatego chcieliśmy pokazać, że nam się udało znaleźć nić porozumienia, do czego — oczywiście nie nachalnie — ale zachęcamy, bo warto rozmawiać.

I ten piękny przekaz poszedł w viral.

Nie spodziewałem się, że to zdjęcie zostanie wyświetlone 2 miliony razy. Ale cieszę się. Oczywiście portale to wykorzystały jako gorący temat do kliknięć, ale mam nadzieję, że internauci wyniosą z tego coś więcej niż pojawienie się trzech osób w jednym miejscu, które normalnie w tej konfiguracji nie miałyby możliwości się spotkać.

Przejrzałam komentarze i ludzie nie tylko wam gratulowali, ale pisali też, że dajecie nadzieję, że ich relacje też mogą tak wyglądać.

I to jest piękne. Nam też się nie udało od razu. Minęły trzy lata, zanim mogliśmy opublikować zdjęcie w mediach społecznościowych, na którym wszyscy jesteśmy szczerze uśmiechnięci i mieć z tym luz. I to tak naprawdę. A nie tylko udawać, że mamy luz. To nasz ogromny sukces, ale był okupiony ciężką pracą. Rok temu jeszcze nie byłbym w stanie tego zrobić. Pojawiły się też głosy ludzi, którzy są dużo, dużo dalej niż my i spędzają wspólnie święta.

Myślisz, że wam się też kiedyś uda?

Do tego dążymy. Chciałbym, żebyśmy mogli pojechać razem na wakacje. Na dwie rodziny. I być tą rodziną naprawdę. Bo chociaż nie jesteśmy nadal, to rodziną będziemy już zawsze. Zawsze chciałem mieć dużą rodzinę. Może to jest czas na jej powiększenie?

Piotr Stramowski i Natalia Krakowska
Piotr Stramowski i Natalia Krakowska
Źródło: MWMEDIA

"Czasem ciężko mi się odnaleźć"

Czytając te wszystkie wyssane z palca artykuły o Piotrze Stramowskim, nie masz czasem wrażenia, że to nie o tobie? Że jest twoje zdjęcie, twoje nazwisko, ale to nie ty?

Czasem ciężko mi się odnaleźć. Czasem nie wiem, kim jestem po tych wszystkich rolach. Naprawdę. Ciągle zmieniam stroje, fryzury, jestem przypięty do konkretnego wizerunku z danego projektu. Nie mogę ingerować w swój wygląd tak, jakbym chciał. Chodzę w ubraniach swoich postaci, bo jestem na planach non stop. Jak wracam „do siebie”, to lubię założyć dres, bo jest wygodny i jest mój. Jestem instrumentem. Czasem trochę wyeksploatowanym instrumentem. Czasem bywam rozstrojony. I czasem rola Piotra Stramowskiego schodzi na drugi plan, ale ostatnio zacząłem grać więcej serialach – przedtem starałem się być zupełnie inny do każdej roli, a ostatnio dużo więcej przemycam siebie. Kiedyś byłem temu przeciwny. Tworzyłem postaci od zera. Lubiłem to u Vegi. Każdy z moich bohaterów inaczej mówił, inaczej się poruszał, miał inny głos, był zupełnie innym człowiekiem. Dzisiaj w moich postaciach jest więcej Piotra Stramowskiego, ale ma to też swoje plusy, bo korzystam z naturalnych odruchów.

W Maćku Bilewiczu ze „Szpitala św. Anny” też jest więcej ciebie?

W Maćku Bilewiczu jest dużo Piotra Stramowskiego.

"Szpital św. Anny": drugi sezon serialu potwierdzony! Piotr Stramowski w obsadzie!
"Szpital św. Anny": drugi sezon serialu potwierdzony! Piotr Stramowski w obsadzie!
Źródło: TVN

A którą drogę częściej wybierają aktorzy?

Większość aktorów przemyca siebie. To jest łatwiejsze, a ja chciałem sobie za wszelką cenę utrudnić. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi na mnie za to porównanie, ale Marcin Dorociński jest Marcinem Dorocińskim, gra świetnie, jest genialnym aktorem, ale to jest Marcin Dorociński w różnych rolach i sytuacjach. On nie jest aktorem-kameleonem, który się zmienia w każdym projekcie. Nawet fryzurę ma zazwyczaj taką samą.

No i musi tu paść to nazwisko. Clint Eastwood. Jedna mina, sto filmów, więcej niż tysiąc słów.

I podobnie jest z Robertem De Niro, tylko on na początku bardzo się zmieniał. Każdą postać grał zupełnie inaczej. A później był już Robertem De Niro w różnych rolach.

Bo nie musiał się zmieniać?

Nie musiał i pewnie mu się nie chciało (śmiech). Nawet mi się czasem nie chce, a mam 38 lat.

Jesteś młodym rodzicem, a młodym rodzicom może się czasem nie chcieć (śmiech). Powiedziałeś kiedyś, że inaczej wychowujesz syna niż córkę. Co się różni?

Mam słabość do tych malutkich dziewczynek, które się słodko uśmiechają. Serce mi mięknie. Mniej wymagam od Heli niż od Alexa, chociaż oczywiście staram się traktować ich tak samo. Ale wiem, że mi nie wychodzi. Dla Heleny potrafię być bardziej łaskawy. Alex zresztą jest do mnie podobny w wielu kwestiach. Natalia często to podkreśla. Zresztą sam to czuję. Czytam w jego oczkach, co on tam sobie kombinuje. Świetnie go rozumiem. A to jest straszny cwaniak i często przeciąga strunę. On myśli, że ja tego nie widzę i mnie to denerwuje (śmiech).

Jest taki mit, że kobiety szukają partnerów na wzór ojców. Cieszysz się, że potencjalnie Helena będzie spotykała się z kimś podobnym ciebie?

Na pewno się nie smucę, ale zastanawiam się, czy tak faktycznie jest. Chłopcy też podobno szukają partnerek na wzór własnych matek, ale u mnie się to nie sprawdziło.

Natalia nie przypomina Twojej mamy?

W ogóle! Ani krzty. Moje pierwsze dziewczyny faktycznie miały wspólny mianownik z moją mamą, ale potem coś się zmieniło. Kaśka była pierwszą kobietą, która to odczarowała i wystrzeliła gdzieś w kosmos (śmiech). Kiedyś podobały mi się brunetki, teraz wolę blondynki. Wiążę się z kobietami, które mają zupełnie inny charakter. Chyba odciąłem pępowinę. Byłem bardzo długo związany z mamą.

Teraz nie jesteś?

Jestem! I nadal bardzo. Ale wcześniej byłem synusiem mamusi, a nie partnerem. Odcięcie pępowiny było dosyć bolesne w skutkach. Rok nie odzywaliśmy się do siebie. Ale teraz mamy zupełnie inną relację. Rozumiemy i szanujemy, że jesteśmy kompletnie niezależnymi od siebie jednostkami. Dużo im zawdzięczam i bardzo ich kocham.

Dużo zawdzięczasz swoim rodzicom, ale wychowujesz dzieci inaczej niż oni ciebie. Jak to jest?

Wiesz, czasem włącza mi się atawistyczna wizja rodzicielstwa i te wszystkie teksty, które słyszałem, sam chce wygłaszać. „Przestań się mazać, musimy to ogarnąć, nie ma czasu na rozklejanie się”. Wstydzę się tego, bo to jednak są dzieci, ale no mam taki odruch. Automat. Epigenetyka. Natalia mi opowiadała, że w okolicy 40. roku życia zaczynamy się upodabniać do swoich rodziców i dziadków. Tak jak mamy w genach zapisane traumy pokoleniowe, tak mamy zakorzeniony jakiś schemat zachowań. I jest to potwierdzone badaniami, więc to nie jest żadne ezo-fezo.

I jak ci z tym?

Nie podoba mi się to. Mój mózg mówi: przestań, to jest dziecko! Nie wymagaj od niego, jakby był piętnastolatkiem. Nie wiem, czy to jest dobre czy złe. Nie chcę tego oceniać. Na pewno jestem wymagający i więcej wymagam od Aleksa, ale staram się to kontrolować. Teraz zastanawiam się, czy to, że poproszę ich o poskładanie ubrań, to nie jest przekroczenie granic (śmiech). Więc chyba w złą stronę idziemy. Mówiąc: wymagam, mam na myśli: sprzątanie po sobie. Z kolei nie chcę powielać schematów moich rodziców, bo byłem niesubordynowany i na mnie te metody kompletnie nie działały. Można było mi sto razy mówić, a ja i tak robiłem swoje. I dlatego mnie to tak wkurza, bo Aleks ma tak samo. On dobrze wie, na ile może sobie pozwolić i wie, że nie wyciągnę konsekwencji. Popatrzy mi w oczy, powie „dobrze, zrobię”, ale wiem, że nie zrobi. Karma wraca (śmiech). Robiłem dokładnie to samo swoim rodzicom. Wiem, że to nie pomaga, ale…

Ale?

Ale wyszedłem na ludzi. Czy dzięki moim rodzicom? Na pewno. Mimo że nie robiłem tego, czego ode mnie oczekiwali, to jednak sam fakt, że ode mnie wymagali, spowodował, że jestem, jaki jestem. Gdyby nie to, może byłoby dużo gorzej. Może miałbym na wszystko wywalone. A teraz mam chęć udowadniania sobie i światu. Dużo aktorów to ma i to wynika z niskiego poczucia własnej wartości.

Z czego ono wynika u ciebie?

Słaby byłem w szkole. I chyba przez to mam zakodowane, że muszę coś udowodnić. I udowadniam cały czas. Jestem za to wdzięczny, bo dzięki temu osiągnąłem masę rzeczy, których normalnie bym pewnie nie osiągnął. Widzę po swoich znajomych, że ci, od których nigdy nie wymagano, mają duży problem z realizacją. Mają pomysły, chcą coś zrobić, ale to jest słomiany zapał. Za szybko odpuszczają.

Ty nigdy nie odpuszczasz?

Nie mam diagnozy, ale wydaje mi się, że jestem w spektrum. Jak się na czymś zafiksuję, to zamknę temat, choćby nie wiem co. Prosty przykład: kostka Rubika. Półtora roku temu nauczyłem się ją układać. Po dwóch czy trzech miesiącach zamówiłem największą dostępną na rynku kostkę Rubika 21x21. I ułożyłem to gówno (śmiech). Zakładam, że jestem jedyną osobą w Polsce, która ją ułożyła.

Czułeś satysfakcję, kiedy się udało?

Jak ją ułożyłem, to miałem takie: wow! Nie jestem taki głupi, skoro udało mi się ją ułożyć.

Myślałeś o sobie w ten sposób?

Tak, moim wstydem była moja wiedza, a raczej jej brak.

Przez szkołę?

Od tego się zaczęło. Nie byłem uczniem jedynkowym czy dwójkowym, raczej trójkowo-czwórkowym, co dzisiaj jest dla mnie w porządku, ale wtedy nie było. Jak mi zależało na jakimś przedmiocie, to miałem piątki czy szóstki. Ale pamiętam, jak mówiłem tacie, że chciałbym zostać fizykiem, to on zawsze ucinał temat: „żebyś ty był fizykiem, to ty byś najpierw musiał cokolwiek zrozumieć z tego”. Jak próbowałem wzlecieć, to dostawałem kopa. To był mój największy kompleks. Bardzo się tego wstydziłem i to mnie hamowało w życiu.

A co na to mama?

Mama z jednej strony mówiła: dobrze, Piotruś, chcesz być fizykiem, to bądź, a z drugiej Daniel umie, Sebastian i Adam tez potrafią, Olek ma piątkę, a ty masz trójkę. Podwójne komunikaty sprawiały, że czułem się jeszcze gorzej. Przychodziłem do szkoły z założeniem, że niczego nie umiem i niczego się nie nauczę. Czułem, że ten system nauczania nie jest dla mnie. Wkuwałem na pamięć i wyrzucałem z głowy. Nie umiałem się uczyć, nie lubiłem tego. I teraz wraca moja trauma, kiedy mam w perspektywie odrabianie lekcji z dziećmi.

Ale dziś jesteś aktorem. I w sumie twoja praca polega na tym, żeby uczyć się na pamięć. Więc jednak umiesz.

Ale też uczę się kwestii i wyrzucam ją od razu z głowy po nagraniu scen. Może to wszystko było właśnie po to, żeby wygimnastykować tę część mózgu.

Kiedy zmieniło się twoje postrzeganie siebie?

Kasia mnie odblokowała. Była pierwsza osobą w moim życiu, który spojrzała mi w oczy i powiedziała: „Jesteś mądry. Nie jesteś głupi. Wszystko, co o sobie myślisz, to słowa innych ludzi. Przestań. Spójrz na siebie. Jesteś bardzo wartościowym, inteligentnym gościem”. Rozryczałem się wtedy. Nigdy nie zapomnę tego momentu. Jestem jej niesamowicie wdzięczny, bo dzięki niej dużo w moim życiu się zmieniło. Rozwinąłem się świadomościowo. Jestem lepszym człowiekiem.

A dziś?

Jestem dumny z tego, że znalazłem się w miejscu, w którym patrzę na moje dzieci i widzę, że są szczęśliwe. Mam u swojego boku osobę, którą kocham z wzajemnością. A co będzie dalej? Tego nigdy nie wiemy.