Aleksandra Głowińska: Niedawno zaczął się rok ognistego konia według chińskiego kalendarza. Wierzysz w przesądy?
Katarzyna Gałązka: Na szczęście nie wierzę (śmiech).
Dlaczego „na szczęście”?
Przyjaciółka zabroniła mi myć włosy, a ja nie dość, że musiałam umyć, to jeszcze dwa razy (śmiech). Nie wiem, jak to się dla mnie skończy, liczę na to, że to się zeruje.
Dwa minusy dają plus?
Dokładnie. Zawsze warto mieć nadzieję.
Biorąc pod uwagę liczbę produkcji, w których bierzesz udział, można śmiało zakładać, że to może być rok Kasi Gałązki.
Oby. Przyznam szczerze, że od dawna nie miałam tyle pracy. Oczywiście zawsze jest takie poczucie, że można zrobić więcej, można starać się bardziej, ale jak patrzę na moje ostatnie pół roku, to cały czas jestem na wysokich obrotach. Razem z rolą Kaliny w „Na Wspólnej” zaczął się najbardziej intensywny czas w moim życiu. Przemieszczam się tylko z planu na plan.
Ale to chyba cieszy?
To jest oczywiście bardzo miłe, ale też wymagające – nie będę ukrywać.
Grasz równocześnie w dwóch serialach – Kalinę w „Na Wspólnej” i Monikę w „Młodych glinach”. Do kin wchodzi „Król dopalaczy”, w którym zagrałaś Cindy, jedną z istotniejszych ról dla fabuły. Z którą z tych postaci nie chciałabyś zamienić się na życia?
Na pewno łatwiej byłoby mi powiedzieć, z którą chciałabym (śmiech). Monika jest fajną, prawą, odważną dziewczyną. Dwie pozostałe postaci, czyli Cindy i Kalina, mają trudne życiorysy i mimo wszystko nigdy nie chciałabym się stać bohaterką z „Króla dopalaczy”.
Dlaczego wybór padł właśnie na nią?
Ona jest bardzo pokiereszowana wewnętrznie. W filmie spotyka ją tragiczny los, który z pewnością wynika z jakichś jej deficytów, kompleksów i potrzeby zapełnienia tej pustki. Mimo że jest bardzo kolorowa na zewnątrz, to w środku jest osobą głęboko nieszczęśliwą, dlatego nie chciałabym znaleźć się w jej butach.
A Kalina?
Na jej charakterze cierpią najbardziej osoby, które z nią przebywają, a ona wewnętrznie jest przekonana o słuszności swoich działań, więc będąc w jej skórze, nie miałabym poczucia, że coś jest ze mną nie tak (śmiech). Dlatego wolałabym być Kaliną.
Myślisz, że każdą z tych kobiet – metaforycznie – można spotkać na czerwonym dywanie?
W szeroko rozumianym show-biznesie jest pełen przekrój kobiet. Jest wiele inspirujących i autentycznych, od których można się wiele nauczyć i czerpać nie tylko pewność siebie, ale również te wszystkie cechy, których czasem człowiekowi brakuje. Ale nie będę ukrywać, że kobiet, które zainteresowaniem mediów rekompensują sobie jakieś braki, jest cała masa. I to jest bardzo przykre.
Z czego to może wynikać?
Myślałam o tym ostatnio. Kiedy idę na premierę czy jakiś event, zawsze widzę mnóstwo pięknych, mądrych i zdolnych dziewczyn. Niektórym powodzi się bardziej – w kontekście zawodowym oczywiście – innym mniej. I jestem głęboko przekonana, że te kobiety, które nie cieszą się tyloma ciekawymi propozycjami zawodowymi, wcale nie są mniej uzdolnione. Po prostu mają mniej szczęścia. To jest naprawdę jeden z najważniejszych czynników w tym zawodzie. A to, że nie dostają tylu ról, co ich koleżanki, sprawia, że często budzą się w nich kompleksy, odzywają wszystkie deficyty. Ciężko jest się sobą w tym show-biznesie zaopiekować, żeby nie przejmować się tym, że dla nas „nie ma miejsca”. A wartych uwagi aktorów jest dużo więcej niż widać w telewizji czy na sali kinowej.
Kiedy zrozumiałaś, że talent nie zagwarantuje kariery? Że to w dzisiejszym świecie za mało?
Będąc w liceum, nieskromnie przyznam, miałam silne przekonanie o swojej wyjątkowości. To na pewno wynikało z tego, że niewiele osób w moim gronie miało podobne zainteresowania. A że „konkurencja” nie była duża, to byłam najlepsza w tym, co robię. No a jak się dostałam do szkoły aktorskiej, to okazało się, że osób o takich samych zdolnościach i jeszcze większych jest… cała masa. Potem zaczęły się castingi. Szybko wyszło na jaw, że sam talent nie wystarczy. Trzeba ciężko pracować i mieć dużo szczęścia.
A czym jest to szczęście w pracy aktora?
Energią.
To znaczy?
To znaczy, że jak wchodzisz do pokoju castingowego, to musi się coś wydarzyć pomiędzy tobą a partnerem scenicznym, reżyserem, producentem, kimkolwiek, kto tam jest. Musicie się zgrać, a to nie jest łatwe, dlatego nie ma jednego przepisu na sukces. Po pierwsze każdy inaczej definiuje sukces, po drugie – droga do niego prowadzi wieloma szlakami.
Miałaś momenty zwątpienia?
Nigdy nie pomyślałam, że aktorstwo to nie jest moja droga. W zasadzie mam odwrotnie. Mam głębokie przeświadczenie, że muszę to robić, bo tylko to potrafię. Poza tym chcę być aktorką. Nie mam na siebie innego pomysłu. Nie szukam planu B.
Jest coś, czego zazdrościsz innym aktorom? I nie pytam w negatywnym kontekście.
To, co mnie uderzyło, to że inni mają więcej charyzmy ode mnie i lepiej wypadają podczas pierwszego spotkania. Jestem Kasią, która jest cicha, nie wychodzi przed szereg. Ludzie często mnie pytają, czy jestem smutna. A ja po prostu mam taki wyraz twarzy (śmiech). Brak tej przebojowości był i jest moim dużym kompleksem, ale uczę się tego, żeby to akceptować i traktować jako swój największy walor. Nie staram się na siłę wykrzesać czegoś, czego po prostu we mnie nie ma.
To jaka chciałaś być, zanim zaczął się etap akceptacji?
Długo mi się wydawało, że ten zawód wymaga ode mnie bycia bardziej ekstrawertyczną, uśmiechniętą, czarującą, energiczną, przebojową. Próbowałam się tego nawet nauczyć. I wydaje mi się, że potrafię sprawić wrażenie osoby, która idzie po swoje, ale bardzo długo miałam tak, że na planie nie mogłam wyjść z poczucia bycia niżej w hierarchii niż pozostali aktorzy. To mnie bardzo blokowało. Nie mogłam się do końca otworzyć, żeby móc swobodnie pracować i tworzyć postać. Czułam, że jestem taka mała i muszę wszystkim dziękować za to, że tu jestem. Starałam się nie poruszać i nie odzywać. A najlepiej nie oddychać.
I co ci pomogło to przełamać?
Powiedzenie, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy stanie się prawdą. Sama przed sobą udawałam, że jestem odważniejsza niż jestem naprawdę. I najpierw przekonałam siebie, a potem czekałam, aż inni w to uwierzą. I pewnie gdyby to było w 100 proc. naturalne i wypływało ze mnie, a nie było czymś wyuczonym, to mogłoby przynosić jeszcze większe korzyści.
Myślisz, że to niezwracanie na siebie uwagi, żeby tylko nie wyjść przed szereg, wynika z tego, że przez całe życie dziewczynki słyszą, co i jak powinny robić?
Na pewno. Ja może nie słyszałam, że powinnam być grzeczna, ale często powtarzano mi, że jestem bardzo mądra i szalenie dojrzała. I to zakorzeniło we mnie jakąś presję, że zawsze powinnam się zachowywać adekwatnie do sytuacji, radzić sobie ze wszystkim sama. To powodowało, że czasem ciężko było mi wyrazić swoje prawdziwe zdanie, nawet jeśli ktoś przekraczał jakoś moje granice. Wydawało mi się, że powinnam zachować spokój i się nie wychylać.
To się zmieniło?
Od jakiegoś czasu pozwalam sobie na to, żeby być niegrzeczną. I to jest bardzo uwalniające. Nawet w jakichś takich codziennych sytuacjach. Jadę tramwajem, ktoś mnie uporczywie szturcha łokciem. Nie udaję, że to się nie dzieję. Albo zagapię się, a jakaś starsza pani komentuje, że nie ustąpiłam jej miejsca. Kiedyś bym przeprosiła, a dzisiaj pozwalam sobie odpowiedzieć na takie komentarze i nie puszczam tego mimo uszu. Tak samo w pracy. Jeśli zdarza się sytuacja, w której muszę postawić granice, robię to, chociaż nadal nie przychodzi mi to z łatwością. Odzywa się wtedy we mnie wewnętrzny krytyk: o Jezu, może lepiej tego nie mówić, bo jeśli to powiesz, to może ktoś nie będzie chciał już z tobą pracować.
Ale to błędne koło.
I błędne przekonanie. Staram się sobie wytłumaczyć, że ludzie chcą pracować z osobami pewnymi siebie i przekonanymi o swojej wartości. Ta energia przyciąga. Pozwalam sobie na złość na rzeczywistość.
Anita Sokołowska przyznała, że zapłaciła wysoką cenę zawodową, za postawienie granic, bo poszła fama, że jest trudną aktorką, ale mimo to – nigdy nie żałowała tej decyzji.
I ja wiem, że może tak się wydarzyć, ale bardzo chcę wierzyć, że będzie inaczej. Na szczęście starsze koleżanki przetarły szlaki i dziś jest nam trochę łatwiej – panują trochę inne standardy i ludzie nie oczekują od nas tego, czego oczekiwano wcześniej.
Na przykład?
Na planie zawsze są koordynatorzy scen intymnych, więc nie musimy komunikować swoich granic bezpośrednio reżyserowi, bo on robi to za nas. Brak bezpośredniej konfrontacji z pewnością jest korzyścią dla obu stron. Może miałam dużo szczęścia, ale dotąd nie zdarzyło mi się być niezaopiekowaną na planie. I podobnie jak Anita Sokołowska uważam, że warto i trzeba stawiać granice, bo te decyzje zostają z tobą na zawsze. To ja jestem z nimi, kiedy kładę się spać i nie ma gorszego uczucia niż to, że zrobiło się coś wbrew własnym wartościom. Trudno jest po czymś takim spojrzeć w lustro.
O czym się nie mówi, a co jest przysłowiowym kamykiem w bucie kobiety-aktorki?
Stres związany z ciągłym wystawieniem na ocenę. To jest trudne. Pojawiają się różne wiadomości. Nie wszystkie są przychylne. Brak stabilności zatrudnienia i planowanie finansów, bo nie wiesz, czy zagrasz, czy nie zagrasz. Patrzenie na konto i to, jak szybko topnieją oszczędności. Bo co sobie zarobię, to za chwilę muszę wydawać. Ciągłe życie z oszczędności jest trudne. Każdego dnia towarzyszy ci ogromny wewnętrzny niepokój. Był czas, że nie pracowałam pół roku i to jest ekstremalnie wyczerpujące, bo nie chodzi tylko o pieniądze, ale o cel, żeby wstać z łóżka, którego brakuje.
W filmie „Król dopalaczy” zagrałaś scenę intymną, w której kobieta jest potraktowana w sposób instrumentalny. Czy trudno było zagrać taką scenę?
W tej sytuacji, w tym kontekście i w tym filmie ten seks jest szalenie poniżający dla kobiety. Film kręciliśmy cztery lata temu i wtedy funkcja koordynatora scen intymnych nie była jeszcze tak popularna, więc takiej osoby na planie nie było, ale Pat Howl i Kasia Samson byli do mnie bardzo przyjaźnie nastawieni, poświęcili mi dużo czasu i wyjaśnili, jak to wszystko ma wyglądać. Od razu powiedzieli mi, że zrobimy to tak, żebym czuła się komfortowo, że scenę ogramy kątem kamery, więc nie musiałam w żaden sposób nawet dotknąć Tomka.
Nie miałaś przed nią oporów?
Nie miałam żadnych oporów, bo uważałam ją za niezbędną dla mojej postaci. Cindy upada jako człowiek. Nie ma ceny, której nie zapłaci, by osiągnąć cel i spełnić pragnienia. Wiem, że jest kontrowersyjna, ale to ważna scena. Dlatego się na nią zdecydowałam. Jej waga i istota pomagały mi w tym procesie.
Scena, którą odegraliście z Tomkiem Włosokiem w aucie, była najmocniejsza z całego filmu. Bardzo symboliczna dla naszych czasów. Kiedy rozmawiamy o filmie, cały czas mam ją przed oczami.
Ta scena była wymagająca na wielu płaszczyznach – również technicznie. Po pierwsze: nagrywaliśmy późno, a plany nocne są niełatwe dla wszystkich, szczególnie kiedy zmęczenie bierze górę. Po drugie: nagrywaliśmy w samochodzie, który brał udział w ruchu. Ulice nie były zamknięte, więc musieliśmy lawirować między samochodami, cały czas być na łączach z ekipą, której nie było z nami w samochodzie i wszystko odbywało się przez krótkofalówkę, żeby wiedzieć, kiedy możemy ruszać i zacząć grać. Po trzeci: robiliśmy bardzo dużo zdjęć.
Po czwarte w tej scenie wymiotujesz. I żeby nie spoilerować naszym czytelnikom, zapytam wyłącznie o aspekt techniczny. Jak to się robi?
Do każdego ujęcia musiałam włożyć do ust tabletkę musującą – elektrolity, magnez, witamina C i ją rozgryźć, żeby zaczęła się pienić. Te tabletki bez wody są tak jednocześnie kwaśne i słodkie, że zaczynają boleć cię zęby. W pewnym momencie myślałam, że za chwile wszystkie mi wypadną (śmiech). Ale chciałabym w tym miejscu ukłonić się Tomkowi Włosokowi, który jest wspaniałym aktorem, niezwykle zdolnym, profesjonalnym i opanowanym. Nie graliśmy na lawecie, więc musiał naprawdę prowadzić samochód, brać udział w ruchu drogowym i jednocześnie grać emocjonalną scenę. Bardzo go podziwiam, to było naprawdę trudne zadanie.
(cisza)
I wiesz co? Mogę zdradzić ci sekret.
Kocham sekrety.
Patowi tak spodobała się postać Cindy, że dopisał mi scenę i zaprosił mnie po raz kolejny na plan. A potem zrobił to jeszcze raz. Między scenami był mniej więcej rok przerwy. I tu kolejna ciekawostka. W scenach kręconych na Zanzibarze to nie jestem ja.
Jak to?
Nie mogłam z nimi lecieć. Twarz dogrywaliśmy na green screenie w Warszawie, a w scenach na plaży zagrała jedna z kobiet obecnych na planie, na którą pasował biały strój kąpielowy (śmiech). Bardzo żałowałam, że ominęła mnie ta przygoda, ale kręciłam wtedy inny projekt i nie było opcji na przerwę w zdjęciach.
Jesteś niewątpliwie jedną z najpiękniejszych polskich aktorek. Uroda bywa w tym zawodzie przeszkodą. Usłyszałaś kiedyś, że jesteś za ładna?
Uroda na pewno ma znaczenie. Może zarówno pomóc, jak i przeszkodzić. Często ładni ludzie angażowani są wyłącznie do projektów komercyjnych, czyli do filmów i seriali dla szerszej grupy odbiorców. A w kinie artystycznym szuka się kogoś wyjątkowego, kto wygląda inaczej, wychodzi poza kanon, a nawet jest może trochę „dziwny”. No ale co ja mogę zrobić z tym, jak wyglądam? Kiedyś jeden z reżyserów skomentował, że my, młode aktorki, jesteśmy wszystkie takie same: prostujemy zęby, regulujemy brwi i trudno nas rozróżnić.
I co ty na to?
Pomyślałam sobie wtedy o swoich zębach (śmiech). Wyprostowałam je ze względów zdrowotnych: przez wadę ścierałam jedną stronę, zaciskałam zęby. Nie podoba mi się takie ocenianie kobiet. Niech każdy robi to, co lubi. Wygląd nie powinien być przedmiotem dyskusji.
Jak podchodzić w takim razie do swojego ciała, które jest narzędziem pracy aktora.
Wydaje mi się, że przede wszystkim nie można wyzbyć się tego wstydu, który pojawia się na początku. Wstyd jest moją granicą. Bardzo długo się go – nomen omen – wstydziłam. Nigdy go jednak nie przekroczyłam. Kiedy wstyd był zbyt duży – nie robiłam pewnych rzeczy.
Nie myślałaś czasem: Kaśka, czego ty się wstydzisz? No dawaj!
Wiele razy tak myślałam! I uważałam, że ten wstyd jest bez sensu, a ja powinnam być wyzwolona. A zamiast wyzwolenia krępowały mnie sceny w piżamie, pod którą nie mogłam mieć stanika. Nie lubiłam tego w sobie, dziś też już tak bardzo się nie wstydzę, ale wiem na pewno, że to nie było i nie jest złe. Cieszę się, że nie pozwalałam na więcej, niż w danym momencie byłam w stanie dać. To jest kwestia dojrzałości. Nie byłam gotowa, dziś jestem. Cieszę się, że nie wywierałam sama na sobie presji, by robić coś bardziej. Okazało się, że nie trzeba. Problem jest nie w ludziach, którzy się wstydzą, tylko w tych, którzy ten wstyd powodują i oceniają. Wstyd to zawsze komunikat do środka. Mam dla niego dużą wyrozumiałość. Warto go słuchać.
Kobiety w show-biznesie są zawstydzane każdego dnia. Ich nazwiska serwisy plotkarskie odmieniają przez wszystkie przypadki, a internauci prześcigają się w dostrzeganiu niedoskonałości. „Przytyła, schudła, jest w ciąży, jest po ciąży, robiła botoks, nie zrobiła botoksu” i długo by wymieniać całą listę przewinień. Łapiesz się na tym, że przed wyjściem na czerwony dywan myślisz o tym, dobierając stylizację, czy nie przykleją ci jakiegoś epitetu?
Na razie nie czuję presji. Nie jestem na świeczniku i nie jestem na tyle popularna, żeby w ten sposób o mnie pisano. Ale… Czuję presję, żeby dobrze wyglądać, bo ścianka też jest elementem mojej pracy. Chcę wypaść profesjonalnie. Ale uprzedmiotawianie kobiet w mediach to jest okropne zjawisko i nie mam słów, żeby to opisać. To jest po prostu straszne, jak traktuje się kobiety. Jak się analizuje każdy fragment ich ciała. Nie chcę, żeby tak było. I tak naprawdę nikt nie chce. Wierzę, że nawet dziennikarze, którzy tworzą takie treści, też nie chcą być ich autorami, ale piszą to, bo to się klika. To jest kontrowersyjne. A dysproporcja pomiędzy kobietami a mężczyznami jest ogromna. Magda Lamparska padła ostatnio jej ofiarą. Dziesiątki nagłówków, że „zostawiła dziecko, pojechała do pracy i jak sobie tata poradzi”. O mężczyźnie nikt by nie napisał w ten sposób. Nie mam jeszcze swoich dzieci, ale mam matki w swoim najbliższym otoczeniu i widzę, ile pracy wkładają każdego dnia w to, by pogodzić życie rodzinne z życiem zawodowym, a na koniec i tak są oceniane jako niewystarczające na którymś polu.
Łączą pracę z macierzyństwem – źle, bo nie ma ich w domu, dzieci wychowuje żłobek, a ona jest w oczach ludzi egoistyczną karierowiczką. Zostają w domu z dziećmi – też źle, bo kura domowa, nie ma ambicji, utrzymanka. Matki stały się łatwym celem do ataku bez względu na wybory, które podejmują.
Wiesz, długo myślałam, że kariera jest dla mnie najważniejsza. Jeszcze z początku studiów mam w głowię taką wizualizację scenariusza swojego życia, że gdzieś jadę i myślę o tym, co się wydarzy.
Trochę jak w tym memie z psem, że słuchasz piosenki, przyglądasz się kroplom deszczu na szybie i grasz w teledysku.
Dokładnie tak. I ja w tym teledysku zawsze widziałam siebie na planach, na ściankach, w Hollywood. I nic więcej. Marzyłam o zdobyciu Oscara.
Już nie marzysz?
To była bardzo duża część mojej osobowości, która z wiekiem się zmieniła. I to nie było łatwe, bo sama przed sobą musiałam przyznać, że może jestem inną osobą niż wydawało mi się, że jestem. Albo że po prostu się zmieniam. I początkowo myślałam, że akceptacja tej zmiany wiąże się z tym, że coś stracę. Dziś patrzę na to inaczej – wiem, że mogę zyskać dużo więcej.
To jak wygląda dziś teledysk, w którym grasz?
Dziś gram w teledysku, w którym nie ma ról do odegrania. Jest dom, pełna rodzina, czas z najbliższymi. Moim największym marzeniem w tej chwili jest założenie rodziny. Bardzo tego pragnę i gorąco liczę na to, że mi się uda. Praca jest moją pasją, jest ważną częścią mnie, ale gdybym miała wybierać, nie zastanawiałabym się, co jest ważniejsze. Byłabym w stanie poświęcić aktorstwo, jeśli musiałabym zdecydować albo, albo.
Nie boisz się, że jeśli „wypadniesz” z tej karuzeli na jakiś czas, to trudno będzie wrócić do gry?
Wierzę w to, że nie musi tak być. Basia Garstka, moja serdeczna koleżanka, jest świetnym przykładem, że macierzyństwo można łączyć z aktorstwem. Jest już w zaawansowanej ciąży, a cały czas gra z nami w spektaklu Boeing Boeing. Co utwierzdza mnie w przekonaniu, że kariera nie musi zatrzymać się z drugą kreską na teście i nie musi odradzać się dopiero po zakończeniu karmienia piersią.Wiem, że będzie dobrze, a jak nie będzie dobrze, to i tak sobie poradzę. Mam bliskich, na których wsparcie mogę liczyć – to ogromny przywilej. I musimy pamiętać o tym, że dzieci mają też ojców. A ojciec jest równoprawnym rodzicem.
Czyli, jak to się mówi „po matkowemu”, wszystko jest kwestią organizacji.
Dobra logistyka na pewno pomaga. Wiadomo, że są rzeczy, na które nie mamy wpływu, ale skoro nie mamy na coś wpływu, nie warto się tym przejmować. A na pewno nie na zapas.
Żałuję, że czytelnicy nie zobaczą, jak zmieniła ci się twarz, kiedy zaczęłaś mówić o rodzinie. Promieniejesz.
Teraz tak jest. Ale ta zmiana była bardzo duża i jeszcze bardziej przerażająca. Długo nie chciałam zaakceptować tego marzenia o rodzinie, bo czułam, że jeśli to zrobię, to okaże się, że moje wcześniejsze życie było fałszywe. Dziś wiem, że nie było fałszywe. Było prawdziwe na tamten moment. Ale ten moment minął i dziś mam już inną prawdę, bo jestem na innym etapie życia. I wierzę mocno w to, że te wszystkie prawdy składają się na mnie, a akceptacja tych zmian przyniosła mi ogromną ulgę. I wiem, że aktorki czekają na dobry moment, żeby zajść w ciążę. Chcą mieć te swoje pięć minut, ale nigdy tak naprawdę nie wiesz, czy to pięć minut jest już i więcej niż teraz nie będziesz grać, czy ten pik kariery jeszcze przed tobą.
I nigdy nie ma dobrego momentu na dziecko. Zawsze jest „coś”.
Dlatego nie ma co czekać i odkładać wiecznie swoich planów na przyszłość, bo to nie ma sensu. Nie przyjdzie dzień, w którym stanę przed lustrem i powiem: o, teraz jest idealny moment, by zostać mamą. Zawsze jest jakaś sfera życia, w której można coś dokręcić. Nigdy nie wiemy, co się wydarzy. Jeśli marzymy o macierzyństwie, to warto te marzenia realizować.
Uprawianie zawodu, który jest trochę nierzeczywisty, utrudnia budowanie relacji w życiu prywatnym? Ludzie patrzą na ciebie jak na aktorkę, a nie jak na Kasię? Liczą na jakieś profity związane ze znajomością z tobą?
Nie miałam takich sytuacji, ale to wynika z tego, że wszystkie bliskie znajomości zawarłam, zanim zostałam aktorką. Oczywiście mam kilka koleżanek ze szkoły teatralnej, ale potem nie zawierałam już kolejnych przyjaźni.
Trudno ci zaufać czy nie potrzebujesz nikogo więcej w swoim życiu? Albo nie chcesz zdjęć paparazzi (śmiech).
Chyba ani jedno, ani drugie. Nie wiem, może nie potrafię po prostu. To wynika z mojego charakteru. Cenię swoje najbliższe osoby i nie szukam nowych wrażeń; wszelkie znajomości, które teraz zawieram, są na stopie zawodowej. A jeśli ktoś daje mi pracę, to nie oceniam jego intencji (śmiech). Od lat jestem w stałym związku, więc też nie groziły mi zdjęcia paparazzi w prasie brukowej.
Jak twój narzeczony radzi sobie z twoją pracą? Bo wydaje mi się, że bez względu na profesjonalne podejście, oglądanie swojej drugiej połówki w objęciach innej osoby – nawet na niby – musi być dość trudne.
Ja bym nie mogła być w związku z aktorem (śmiech). Naprawdę. Podziwiam i szanuję mojego partnera za to, że to dźwiga. Szczerze uważam, że jest to niełatwe i w ogóle się nie dziwię, że jest to niekomfortowe dla partnerów, którzy nie są aktorami. Mimo że pocałunki w scenie nic nie znaczą, nie mają podłoża romantycznego i są „udawane”, to jest to jednak przekroczenie barier cielesnych. Może działać na wyobraźnię. Dla mojego narzeczonego jest to pewnego rodzaju dyskomfort. Rozumiem to. Jestem przekonana, że czułabym to samo w jego sytuacji.
I jak sobie z tym radzicie?
Na szczęście mój narzeczony jest bardzo mądry i wyrozumiały, więc akceptuje mój zawód ze wszystkimi plusami i minusami jego wykonywania. Wspiera mnie w tym wszystkim.
Myślałam, że powiesz, że po prostu nie ogląda scen, w których się całujesz.
Ogląda wszystkie produkcje, w których biorę udział, ale jak są sceny mniej lub bardziej intymne, to oglądanie ich nie jest najprzyjemniejsze. Dla mnie również, bo wiem, że on nie czuje się dobrze. Ale radzimy sobie jakoś.
Nie jesteście specjalnie wylewni w mediach społecznościowych. To celowy zabieg czy tak po prostu wychodzi?
Cały czas się zastanawiam nad tym, ile prywatności pokazywać w mediach społecznościowych. Czy wszystko ukrywać, czy wszystko podać na tacy. Słucham swojej intuicji, staram się zachowywać naturalnie. Nie chcę tworzyć jakiejś alternatywnej rzeczywistości bez niego. Mam narzeczonego, jest bardzo ważną częścią mojego życia, więc pojawia się na moim profilu we wszystkich chwilach, którymi chcę się podzielić ze światem. Mam koleżanki, które pilnie strzegą życia prywatnego i koleżanki, które dzielą się wszystkim ze szczegółami. Jestem gdzieś pomiędzy. Nie oceniam ani jednego, ani drugiego podejścia. Każdy musi znaleźć swoją drogę. Może to, że tak bardzo nie kalkuluję, co wrzucić, a czego nie wrzucać, wynika z tego, że nie jestem na językach wszystkich. Może jeśli kiedyś będę, więcej z życia prywatnego będę starała się zachować dla siebie. A może nagle pozwolę sobie na więcej. Na razie balans jest spójny ze mną.
Zabierzesz narzeczonego na ściankę?
Na premierę tak, ale na ściankę nie. Jestem tam zawodowo. Reklamuję produkcję, w której zagrałam. On oczywiście będzie ze mną, będzie obok, będziemy trzymali się za ręce, obejrzymy razem film i nie będziemy udawać, że przyszliśmy osobno, ale wspólne pozowanie do zdjęć? Dla mnie to bez sensu. Nie wiem, co by to miało nam dać.
Na przykład rozgłos. Wielu partnerów znanych gwiazd, i kobiet, i mężczyzn, rozpoczyna własne kariery w mediach społecznościowych.
Mam silną potrzebę, żeby ludzie kojarzyli mnie z aktorstwem i to jest to, co chcę robić i z czego się utrzymywać. Oczywiście byłoby cudownie, gdyby Instagram przynosił jakieś korzyści finansowe, ale chciałabym, żeby to była konsekwencja tego, że stworzyłam silną markę jako aktorka. Nie chcę wstawiać rolek jako Kasia Gałązka, w których pokazuje swoje stylizacje, albo powielam viralowe trendy. Chętnie zrobię kampanię czy wejdę z kimś we współpracę, ale dlatego, że ludzie kojarzą mnie z kinem, nie dlatego, że nagrywam zabawne rolki. Algorytmy pokazują jasno, że to najkrótsza droga do zdobycia obserwatorów, ale to nie jest po prostu moja droga. Gdyby mój partner pracował w podobnej branży i chciał rozwijać media społecznościowe, żeby je zmonetyzować, pewnie rozważyłabym taką opcję, ale na ten moment nie bierzemy tego w ogóle pod uwagę.
A jak podchodzisz do tego, że często role w filmach dostają influencerzy, bo producenci liczą na to, że ich followersi kupią bilet do kina?
Miałam jedną taką sytuację. Grałam z panem Stiflerem. I mimo że ja oczywiście szanuję pana Stiflera, to jest to fatalne doświadczenie dla aktora. Nie ma w ogóle mowy o profesjonalnej pracy i nie ma mowy o jakości, jaką chcielibyśmy osiągnąć. Prywatnie, życiowo - to było fascynujące spotkanie. Ale aktorsko? Żadne.
Wracając do tematu relacji. Cały czas pojawia się hasło „narzeczony”, na twoim palcu połyskuje pierścionek. Ślub jest w trakcie przygotowań czy w dalekich planach?
Jest w planach w niedalekiej przyszłości.
Boisz się obecności paparazzi?
Na pewno nie wyślę im zaproszenia (śmiech). Będziemy mieli prywatnego fotografa, który nam zrobi zdjęcia, ale nie zdecydowaliśmy jeszcze, czy podzielimy się nimi ze światem.
Jak się będziesz nazywać po ślubie?
Będę miała podwójne nazwisko, ale w przestrzeni publicznej nadal będę posługiwać się swoim. Pracowałam na nie, wydaje mi się, że dziś mogę już mówić, że jest to jakaś marka i nie chiałabym zaczynać od początku.
Autorka/Autor: Aleksandra Głowińska
Źródło zdjęcia głównego: MW MEDIA