Piotr Polk szczerze o popularności, porażkach i chorobie. "Dziś mam większy dystans do zawodu" [WYWIAD]

Piotr Polk
Piotr Polk
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Przez lata był obsadzany w rolach amantów, choć sam chciał przede wszystkim udowodnić, że potrafi grać. Popularność nigdy nie była dla niego celem, a czerwone dywany nie są miejscem, w którym czuje się najlepiej. Piotr Polk w rozmowie z Aleksandrą Czajkowską opowiada o cenie sukcesu, porażkach, które nauczyły go najwięcej, rodzinnych korzeniach, marzeniach z dzieciństwa i chorobie, która przewartościowała jego życie. "Zacząłem się zastanawiać, ilu rzeczy nie zrobiłem, ilu miejsc nie zobaczyłem, ile chwil przegapiłem" - mówi. Zapraszamy do kolejnej odsłony cyklu "Zza kadru".

Piotr Polk w "Zza kadru" o o życiu, karierze i chorobie. O czym jest wywiad?

Piotr Polk od czterech dekad pozostaje obecny na ekranie, ale nigdy nie należał do aktorów, którzy za wszelką cenę zabiegają o uwagę. Popularność przyszła do niego niejako przy okazji – wraz z kolejnymi rolami, między innymi tą, która od lat przynosi mu rozpoznawalność w "Ojcu Mateuszu". Sam mówi o swoim zawodzie przede wszystkim jako o przygodzie, a nie misji. Poza aktorstwem od lat zajmuje się muzyką i stolarstwem, a z wykształcenia jest elektrykiem.

W rozmowie z Aleksandrą Czajkowską w cyklu "Zza kadru" aktor wraca do początków swojej drogi, opowiada o ojcu, który chciał dla niego stabilnego zawodu, i mamie, która po jego śmierci namówiła syna, by nie rezygnował z marzeń. Wspomina też czasy, gdy jego wygląd zamykał go w rolach "maślanych" amantów, naukę angielskiego z pomocą "National Geographic" i list do Jamesa Bonda, na który - ku jego ogromnemu zdziwieniu - otrzymał odpowiedź.

Jest też o porażkach, które - jak sam przyznaje - potrafią człowieka postawić do pionu, i o chorobie, która zmieniła jego podejście do pracy, czasu i codzienności. Zapraszamy do przeczytania rozmowy.

Piotr Polk
Piotr Polk

"Nie chciałem wyglądać. Chciałem grać". Piotr Polk o początkach kariery i cenie popularności

Aleksandra Czajkowska, tvn.pl: Nie zabiega pan o uwagę mediów, a mimo to od lat jest pan jednym z najpopularniejszych polskich aktorów. Jak udaje się panu zachować dystans do medialnego szumu? Piotr Polk: To nie jest specjalnie trudne, jeśli gra się w tak długotrwałej produkcji jak "Ojciec Mateusz", której premierowe odcinki pojawiają się raz w tygodniu, ale powtórek jest już kilkanaście. Chcąc nie chcąc, kiedy włączamy telewizor, prędzej czy później można trafić na Piotra Polka. Jednak ta popularność nie zaczęła się od "Ojca Mateusza". Od 40 lat robię to samo. Czasem z większym, czasem z mniejszym zauważeniem przez widzów. Jestem dość zapracowanym aktorem, choć niespecjalnie o to zabiegam. Nie denerwuję się, nie szukam na siłę kolejnych propozycji. Być może dlatego, że ten zawód traktuję, traktowałem i będę traktować przede wszystkim jako przygodę. Nigdy jako misję? Ktoś może nazwać mój zawód misją, żeby znaleźć w nim jakiś większy sens, ale mnie takie określenie nie jest potrzebne. Sam nigdy bym go w ten sposób nie definiował. Od misji są lekarze czy misjonarze. Szczególnie dziś, kiedy żyjemy w tak zwariowanym świecie, gdzie każdy, kto ma smartfona, jest gwiazdą muzyki i ekranu. Poza tym mam w życiu tyle różnych zajęć i zainteresowań, że nigdy specjalnie nie martwiłem się o to, czy będę miał pracę i czy będę bardziej, czy mniej znany. Bo mówimy tutaj jeszcze o muzyce i stolarstwie? Tak, ale jest też jeszcze mój wyuczony zawód - jestem elektrykiem. Nigdy nie pracowałem jako elektryk, podobnie zresztą jak zawodowo nie zajmowałem się muzyką czy stolarstwem, choć tymi rzeczami zajmuję się do dziś. Czyli nie było strachu, kiedy telefon z propozycjami chwilowo nie dzwonił? Zawsze potrafiłem znaleźć sobie coś, co zajmowało mój czas i dawało mi satysfakcję. Wszystko, co robię, wynika z zamiłowania. Nie mam w swoim życiu rzeczy, które musiałbym robić na siłę. Nie budzę się rano z myślą, że nie chce mi się wstać, bo muszę iść do pracy.

Jednocześnie nie zabiegam o to, żeby za wszelką cenę być obecnym w mediach. Chyba trochę przestałem odnajdywać się w tym kolorowym świecie. Co to znaczy? Nie widzę powodu, żeby stać na ściance obok kogoś, kogo nie znam i z kim nic mnie nie łączy. Niczego razem nie zrobiliśmy. Czasami nawet nie wiem, czym ta druga osoba się zajmuje. Ale mówi pan tutaj o młodych aktorach? Mówię o wszystkich, którzy funkcjonują w tym świecie. Mogę stanąć na ściance, kiedy mam ku temu konkretny powód - promuję coś, w czym zagrałem albo przy czym pracowałem. Natomiast pojawianie się tylko po to, żeby być? Nie czuję takiej potrzeby.

Co w pana życiu nie potoczyło się tak, jak pan sobie wcześniej wyobrażał?

Milion rzeczy. (śmiech) Ma pan na myśli zarówno sprawy zawodowe, jak i prywatne? Wszystko zaczyna się od marzeń. I tych zawodowych, i tych prywatnych. Z różnych powodów nie zawsze udaje się je wszystkie spełnić. Ale dziś, z perspektywy czasu, nie wymazałbym niczego w moim życiu. Ani porażek prywatnych, ani zawodowych, bo to one nas uczą najbardziej. To dzięki nim jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, i w miejscu, w którym jesteśmy. Mówi pan tak, jakby sukces nam coś zabierał. Bo tak jest. Sukces potrafi trochę człowieka zmienić. Zmienić jego sposób myślenia, podejście do życia, do ludzi. Porażka z kolei potrafi postawić do pionu. Przypomnieć ci, gdzie jest twoje miejsce. Oczywiście, jeśli człowiek ma w sobie wystarczająco dużo siły, by się zmobilizować od nowa. Mam wrażenie, że od dziecka trudno było mi podciąć skrzydła. Zdarzało się, że ktoś próbował, ale bardzo szybko się podnosiłem. Im bardziej ktoś we mnie nie wierzył, tym bardziej chciałem coś osiągnąć. Nie po to, żeby komuś coś udowodnić. Raczej sobie. Mam od dziecka w sobie taką cechę, że jeśli coś mi nie wychodzi, nie rezygnuję. Próbuję jeszcze raz i jeszcze raz. Może ta siła ma też coś wspólnego z miejscem, w którym się pan urodził? Bardzo możliwe. (śmiech) Urodziłem się w domu, na stole w jadalni. Mój ojciec zawsze żartował, że skoro urodziłem się na twardym stole, powinienem mieć twardy kręgosłup. I chyba go mam. Do dziś opiekuję się tym domem. To w końcu tam przyszedłem na świat. Dosłownie. Zamieszka w nim pan kiedyś? Nie wiem. Czas pokaże. Mój ojciec, który mocno stąpał po ziemi, zawsze powtarzał, że trzeba mieć dach nad głową, żeby rodzina czuła się bezpiecznie. Więc dziś mam dwa dachy nad głową. (śmiech) Miejsce, do którego zawsze mogę wrócić. Sama ta świadomość jest dla mnie bezcenna. Mieszkają tam jeszcze pana bliscy? Cała moja rodzina. Kuzyni, kuzynki. Ale też ci, których już nie ma. Czuję stamtąd ogromną, dobrą energię. Nigdy nie wyrzekłem się swoich korzeni ani tego, że jestem ze Śląska. Zawsze uważałem to za powód do dumy. Ojciec miał dla pana inny plan. Chciał, żeby wybrał pan stabilny zawód. Po jego śmierci mama namówiła pana, żeby jednak spróbował swoich sił w szkole aktorskiej. Gdyby nie jej namowa, zdecydowałby się pan wtedy na ten krok? Kiedy mój ojciec umierał, miałem 19 lat. To był dla mnie bardzo trudny czas. Urodziłem się w rodzinie, gdzie autorytet ojca był niezwykle ważny. I tego ogniwa mi zabrakło w momencie, kiedy wchodziłem w życie. To jest bardzo bolesne. Musiał pan szybko dorosnąć. Tak. I musiałem zmienić swój plan na życie. Technikum, konkretny zawód, później dom, rodzina, byłem zakochany. Ale z tyłu cały czas czekały moje marzenia. Do tego stopnia, że kiedy ojciec umierał i prosił mnie, żebym zaopiekował się mamą, to właśnie mama prosiła mnie, żebym nie rezygnował z marzeń i spróbował swoich sił w szkole aktorskiej. Więc pojechałem na egzamin i zdałem... Pierwsza miłość nie chciała wyjechać z panem do Łodzi? Już dla mnie samego ten wyjazd był wystarczająco ryzykowny i trudny. W końcu zmieniałem cały mój dotychczasowy świat. Gdybym miał zabrać do niego kogoś, kto nie miał tej samej wrażliwości co ja, wyobraźni i potrzeby bycia w tym świecie, naraziłbym tę osobę na ogromny stres i wyobcowanie. Nie chciałem tego. Czyli byłaby też duża odpowiedzialność po pana stronie. Odbyliście wtedy taką rozmowę? Była taka rozmowa, była trudna. Ale trudno jest przez życie przejść bez trudnych pytań i odpowiedzi. Żeby coś osiągnąć, trzeba mieć dużo samozaparcia. Czy dzisiaj, po latach, zrobiłbym to samo? Odpowiem sobie później. Tylko sobie. Mieliście później kontakt? Tak. Raz. Zresztą dzięki TVN-owi. Jak to? (śmiech) Kiedyś w TVN był program "Ananasy z mojej klasy". Prowadził go Zygmunt Chajzer. Polegało to na tym, że gościowi tego programu na koniec robiono niespodziankę. Zaproszono wtedy całą moją klasę z technikum elektrycznego i... tego się nie spodziewałem - moją miłość sprzed 20 lat! Byłem bardzo zaskoczony. To było trudne. Co Pan poczuł, kiedy po tylu latach zobaczył Renatę? Emocje. Może poszukamy tego odcinka? Nie wiem, czy chciałbym do tego wracać. Dlaczego? Nie lubię patrzeć na siebie i na to, co zrobiłem. Oczywiście nie wstydzę się tego i nigdy niczego nie żałowałem. Ale nie ma we mnie zawodowego narcyzmu.

Przeszkadzało panu to, że na początku kariery był pan obsadzany przede wszystkim w rolach amantów?

Bardzo mnie to denerwowało. Długo dostawałem role tzw. "maślane". Czyli maślane, zakochane oczy kochanka, męża, chłopaka z gitarą i nic więcej. Ktoś pewnie potrafiłby skorzystać ze swojego wyglądu, ja nie. Ja chciałem pokazać, co potrafię, chciałem grać. Nie wyglądać. Był pan w szufladce? Nie. Ale granie maślanymi oczami na dłuższą metę nie jest rozwijające. Na szczęście z pomocą przyszło mi samo życie. Pierwsze siwe włosy i zmarszczki. Wtedy zacząłem nadrabiać stracony aktorski czas. Czyli z utęsknieniem czekał Pan na moment? (śmiech)

Niespecjalnie. Pierwszy siwy włos zobaczyłem u siebie, jak miałem 28 lat! (śmiech) I jak to powiedziała o mnie Agnieszka Osiecka: "Pamiętaj, Piotrusiu, żebyś na każdy siwy włos zapracował osobiście". Zapracowałem!

Piotr Polk
Piotr Polk
Źródło zdjęcia: cyfrowo

Zastanawia mnie, skąd właściwie wzięło się u pana to samozaparcie. Nauczyło to pana życie, czy raczej to cecha, którą miał pan w sobie od zawsze? Miejsce, w którym się urodziłem, perspektywy, których nie miałem, język, którym się posługiwałem… Mówię tu o gwarze wszechobecnej w domu i wszędzie wokół. To wszystko nie dawało mi wiatru w żagle! Więc musiałem od wczesnych lat szukać czegoś dla siebie. Czegoś, co mnie interesowało, w czym upatrywałem swoją przyszłość i ewentualnie miejsce w tej przyszłości. Na przykład język angielski, którego uczyłem się od 9. roku życia. Sam. Bo wokół był tylko obowiązkowo rosyjski! Skąd u ośmiolatka taki pomysł? Pochodzę z rodziny z dużą domieszką niemieckości. Moi dziadkowie mówili po niemiecku, więc ten język był dla mnie czymś naturalnym. Angielski był natomiast zupełnie innym światem. Chyba przede wszystkim kojarzył mi się z filmami. A filmy były mi przez moje marzenia bardzo bliskie. W czasach PRL-u były dla mnie takim oknem na świat. Na początku pomagała mi w tym pani bibliotekarka, która dawała mi "National Geographic", pożyczała słowniki. Z nich zacząłem składać pierwsze słowa i zdania. Chodziłem na każdy anglojęzyczny film - czasami kilka razy na ten sam. Za pierwszym razem czytałem napisy, za drugim starałem się ich nie czytać, za trzecim tylko zerkałem, a za czwartym próbowałem tylko słuchać. Bardzo pomagał mi w tym słuch muzyczny. Ale tak naprawdę do nauki angielskiego najbardziej zmotywował mnie... Bond. (śmiech) James Bond?! (śmiech) Tak. Miałem może 10 albo 11 lat, kiedy obejrzałem któregoś z Bondów i byłem nim oczarowany. Któż w moim wieku nie chciałby być takim agentem? Postanowiłem do niego napisać. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że James Bond nie jest prawdziwą osobą. Napisałem więc list po angielsku, najlepiej jak potrafiłem. Przedstawiłem się, napisałem, ile mam lat, że jestem jego fanem, i poprosiłem o autograf albo zdjęcie. I wysłałem. Wszyscy pukali się w głowę. Mówili, że potrzebny jest prawdziwy adres, że James Bond to przecież postać literacka i filmowa. A ja pomyślałem: "Why not?". James Bond i London na kopercie wystarczy. Agent 007 odpowiedział? Tak! Po sześciu czy siedmiu miesiącach przyszła duża koperta A5. Do dziś pamiętam jej kolor, papier i ten charakterystyczny zapach. A kiedy zobaczyłem na znaczku królową, byłem w siódmym niebie! W środku znalazłem zdjęcie Rogera Moore’a z autografem, plakat i jeszcze model rakiety z "Moonrakera". Byłem zachwycony. I wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem, że ten mój angielski ma sens. Napisałem coś w obcym języku, ktoś to zrozumiał i odpowiedział. I po latach spotkał pan Rogera Moore’a w Londynie. Tak. Wiele lat później. Siedziałem w Londynie w restauracji i przez szybę zobaczyłem po drugiej stronie ulicy wysokiego mężczyznę z laską. Ludzie się do niego uśmiechali. Spojrzałem jeszcze raz i nagle zorientowałem się, że to sam Roger Moore! Mimo że byłem już dorosłym człowiekiem, natychmiast wróciła do mnie ta dziecięca radość. Chciałem do niego podejść, opowiedzieć mu całą historię, może poprosić o autograf, ale powiedziano mi, żebym nie robił z siebie wariata. Więc usiadłem z powrotem. Żałuje pan? Żałuję. I to bardzo! Co złego mogłoby się wydarzyć? Przecież chciałem tylko opowiedzieć mu historię małego chłopaka, który napisał do niego list. Nie wierzę, żeby Roger Moore spojrzał na mnie i mnie zlekceważył. Nie jestem Rogerem Moorem, ale też aktorem. Gdybym spotkał kogoś takiego jak ja, z taką historią, zapamiętałbym to do końca życia! Zna pan też całkiem dobrze język francuski. Mieszkałem we Francji przez cztery lata. Lubię ten kraj, poznałem tam wspaniałych ludzi i przyjaciół. Francja nauczyła mnie przede wszystkim pokory. I ile ona jest warta, poznałem w całym swoim późniejszym życiu. Wcześniej inaczej podchodził pan do porażek? Trochę tak. Po szkole wszystko zaczęło mi się układać. Grałem świetne role w teatrze i filmie, które zaprowadziły mnie właśnie do Francji. Na festiwalu w Cannes poznałem Miriam, właścicielkę paryskiej agencji artystycznej. Do dziś mamy kontakt. Pojechałem tam z ogromną energią i przekonaniem, że wszystko jest przede mną. A potem nagle pojawił się przeciwny wiatr, który mocno mnie ostudził. Nie straciłem wiary w siebie ani w to, co robię, ale Francja bardzo szybko pokazała mi moje ograniczenia.

Piotr Polk i Zbigniew Zamachowski
Piotr Polk i Zbigniew Zamachowski
Źródło zdjęcia: cyfrowo

Przez barierę językową? Na początku oczywiście tak, bo nie znałem francuskiego. Ale później język przestał być problemem. Najtrudniejsze było to, że cały czas przegrywałem. Dochodziłem daleko na castingach, a na końcu i tak dostawałem odmowę. Pamiętam pierwsze spotkanie z jedną z najbardziej cenionych francuskich specjalistek od castingu. Spojrzała na mnie i powiedziała: "Wiedziałam od Miriam, że przyjdzie Polak. Spodziewałam się kogoś o jasnej karnacji i niebieskich oczach, a przyszedł Francuz, który nie mówi po francusku". (śmiech) Chyba najlepiej mnie wtedy podsumowała. Grywałem głównie Rosjan i Polaków, a jednak za każdym razem miałem poczucie, że jestem o krok od czegoś większego. To było trudne doświadczenie, ale bardzo dużo mnie nauczyło. Skoro tych porażek było tak wiele, dlaczego został pan we Francji aż cztery lata? Bo mimo wszystko było mi tam dobrze. Poznawałem wspaniałych ludzi, spotykałem bardzo znane osoby, a każde takie spotkanie było dla mnie doświadczeniem. Nawet jeśli później przegrywałem casting, wracałem z poczuciem, że czegoś nowego się nauczyłem. Miałem też wyjątkową nauczycielkę francuskiego. Ale to jest już osobna historia, która mogłaby być scenariuszem filmowym. Mówił pan, że porażki uczą nas więcej niż sukcesy. A czy pamięta pan moment, w którym po raz pierwszy pomyślał: "Tak, odniosłem sukces"? Właściwie nigdy nie miałem potrzeby, żeby w ten sposób myśleć o tym, co zrobiłem. Nie wiem nawet, czy mogę powiedzieć, że odniosłem jakiś wielki sukces. Dla mnie sukcesem jest przede wszystkim to, że od tylu lat mogę zajmować się filmem, teatrem i robić to nie tylko z powodzeniem, ale i wciąż z ogromną przyjemnością. Nie było żadnej konkretnej roli, po której poczuł pan, że coś się zmieniło? Każda rola coś mi dawała. Czasami były nagrody, czasami uznanie, czasami większa popularność. To wszystko oczywiście człowieka cieszy i na jakiś czas podnosi jego artystyczne morale. Ale nawet największy ogień kiedyś gaśnie. Nigdy nie byłem specjalnie łasy na czerwone dywany. Mój ojciec zawsze powtarzał, że człowiek sam w sobie jest wartością. I chyba właśnie tego się trzymam. Zdarzało się jednak, że wraz z kolejnymi sukcesami pojawiali się wokół pana ludzie, których przyciągała właśnie popularność? Oczywiście. Miał pan wówczas "radar", który pozwalał rozpoznać, kto ma dobre intencje? Nie wiem, czy można to nazwać radarem. Z czasem człowiek po prostu nabiera doświadczenia. Dziś jestem zdecydowanie bardziej ostrożny i zachowuję większy dystans wobec nowych ludzi. Nie tak łatwo jest dostać się do mojego świata. Dziś szybciej wyczuwam, kiedy ktoś pojawia się obok mnie z zamiarem pozyskania mnie do czegoś. Pewnie to wynika też z tego, że często widzimy tylko efekt czyjegoś sukcesu, a nie pracę, która stoi za tym. To trochę jak z górą lodową - widzimy tylko jej wierzchołek, a tego, co znajduje się pod powierzchnią, często nie jesteśmy w stanie sobie nawet wyobrazić. Weźmy choćby grę na fortepianie. Ktoś może powiedzieć: "Też bym tak chciał". Tylko że za tym "chciałbym" stoją setki godzin nauki, rezygnacja z wolnego czasu, spotkań z kolegami, wyjazdów czy innych przyjemności. Są występy, stres, ćwiczenia kilka razy w tygodniu. Łatwo powiedzieć: "On ma talent". Trudniej zobaczyć, ile pracy zostało włożone w to, co dziś wygląda tak naturalnie. Sam wielokrotnie słyszałem, że to, co robię, jest łatwe i dobrze płatne! Nikt nie widzi, że żeby było łatwe, trzeba wstać bardzo wcześnie rano, cały dzień spędzić na planie, potem pojechać do teatru, wyjść w środku nocy i następnego dnia zacząć wszystko od początku. To zresztą nie dotyczy tylko aktorów. Dotyczy każdego, kto naprawdę ciężko pracuje.

Jednym z powodów, dla których zaczął pan publicznie mówić o swoim przeszczepie, była właśnie potrzeba pokazania tego, czego ludzie często nie widzą? Tak. Kilka lat temu przeszedłem przeszczep nerek. Wcześniej przez długi czas zmagałem się z chorobą. Kiedy okazało się, że moje nerki przestają prawidłowo funkcjonować, zostałem zakwalifikowany do programu przeszczepowego. To bardzo długi i skomplikowany proces. Trzeba znaleźć dawcę, z którym organizm będzie odpowiednio zgodny. To w dużej mierze loteria. Miałem szczęście. Zostałem zakwalifikowany w marcu, a już w czerwcu przeszedłem przeszczep. Spotkałem się później z opiniami, że gdybym nie był osobą publiczną, pewnie czekałbym dłużej. To kompletna bzdura. Nie ma znaczenia, kim jesteśmy. W przypadku przeszczepu liczy się przede wszystkim zgodność dawcy z organizmem biorcy. Właśnie dlatego zdecydowałem się o tym mówić publicznie. Pomyślałem, że skoro wokół przeszczepów i dawstwa narządów jest tak dużo dezinformacji, warto wykorzystać swoją popularność, żeby te informacje prostować i dotrzeć z nimi do jak największej liczby osób. Ale przede wszystkim dać wsparcie tym, którzy z tą chorobą się zmagają. I tak się stało? Kiedy powiedziałem o tym publicznie, dostałem tysiące wiadomości – zarówno z gratulacjami, jak i z prośbami o podzielenie się swoim doświadczeniem. Pomyślałem, że jeśli już mam być osobą powszechnie znaną, to właśnie w ten sposób chcę z tego korzystać - żeby to, co przeżyłem, mogło się komuś przydać. Wtedy też zrozumiałem, że mam w życiu bardzo dużo pracy, której tak naprawdę nie potrzebuję. Nauczyłem się odmawiać, lepiej wybierać propozycje zawodowe i przede wszystkim znajdować czas dla siebie. Kiedy dowiedział się pan, że nerki przestają pracować, bał się pan, że przeszczep może się nie udać? Nerka umiera po cichu. Nie boli. Pojawiają się pewne objawy, ale człowiek często je ignoruje - jest słaby, nie ma siły, wszędzie siada i tłumaczy to przemęczeniem. Kiedy dowiedziałem się, że moje nerki praktycznie przestają pracować, pierwsza myśl była bardzo prosta: dlaczego? Co takiego zrobiłem? Nie palę, nie piję alkoholu, nie korzystałem z żadnych używek. Zastanawiałem się więc, czym mogłem sobie na to zasłużyć. Później usłyszałem, że przyczyną była autoagresja. I znowu pojawiło się pytanie: dlaczego mój własny organizm chce mnie zniszczyć? Potem jest leczenie i nadzieja, że będzie dobrze. A potem przychodzi moment, w którym jedynym rozwiązaniem jest przeszczep. Wtedy pojawia się świadomość, że jeśli się nie uda, pozostają dializy i całe życie trzeba będzie podporządkować chorobie. A co, jeśli przeszczep się nie przyjmie? Drugiej szansy może już nie być. W pewnym momencie dochodzi się jednak do takiego miejsca, w którym człowiek mówi sobie: stanie się, co ma się stać. Czyli pogodził się pan z tym, że nie wszystko jest w pana rękach? Ja zrobiłem wszystko, co mogłem. Jeśli coś jest zapisane i ma się wydarzyć, to ja tego nie zmienię. Nie czuł pan strachu przed operacją? Szczerze mówiąc, nie. Byłem otoczony rodziną, cudownymi ludźmi i miałem świetną opiekę. Nie czułem, że jestem w tym sam. Był pan jednak w bardzo trudnym momencie - to wszystko działo się podczas pandemii. Tak. Nikt nie mógł mnie odwiedzać. Miałem izolatkę, a moja odporność była praktycznie zerowa. Do pokoju przychodzili ludzie ubrani od stóp do głów w kombinezony, więc psychicznie nie było mi łatwo. Zdarzały się gorsze momenty, ale nigdy nie pomyślałem: "Nie mam już siły". Dlaczego nie mówił pan o chorobie na planie? Nie chciałem litości. Nie chciałem, żeby nagle pojawiło się: "O Boże, on jest chory! Biedny!". Osoby, które powinny wiedzieć, wiedziały. Ale nie widziałem powodu, żeby wszyscy mieli wiedzieć, że choruję. Zresztą ludzie patrzyli na mnie i mówili: "Kurde, ale ty świetnie wyglądasz! Siłka?". A ja odpowiadałem: "Nie jem mięsa". I to było prawdą, bo nie mogłem go jeść. (śmiech) Co zmieniła w panu choroba? Pokazała mi, ile rzeczy w życiu przegapiamy. Ile czasu tracimy na rzeczy nieistotne. Pamiętam pierwszy spacer po przeszczepie. Lekarz pozwolił mi wychodzić na godzinę. Wyszedłem z domu i poszedłem do parku, który mam dosłownie kilkanaście metrów od domu. I nagle pomyślałem: "Boże, jestem tutaj pierwszy raz". Mieszkam tu od kilkunastu lat, a przez cały ten czas nie miałem chwili, żeby pójść do parku, który mam pod nosem! Zacząłem się zastanawiać, ilu rzeczy nie zrobiłem, ilu miejsc nie zobaczyłem, ile chwil przegapiłem, bo nie miałem czasu. I chyba dlatego dziś mam większy dystans do zawodu. Nadal traktuję go jak przygodę i pasję, nadal poświęcam mu siebie, ale na innych warunkach. Moich.

Czyli jest pan po prostu bardziej asertywny? Jestem przede wszystkim szczery. Jeśli mówię "nie", to potrafię powiedzieć, dlaczego. Wcześniej trudniej było panu odmawiać? Zdecydowanie. Wtedy na wszystko reagowałem: "Wow, super, zróbmy to!". Miałem wrażenie, że doba ma 24 godziny, a ja mam zajęte 23. Tylko że z perspektywy czasu widzę, że nie zawsze miało to sens. Dziś chcę pracować przy rzeczach, które naprawdę mi się podobają, i z ludźmi, z którymi dobrze się czuję i nadaję na tych samych falach. Jeśli ktoś ma milion obserwujących, a jedynym jego argumentem jest popularność, to nie jest dla mnie powód, żeby z nim pracować. Mam dziś ten komfort, że mogę wybierać. I bardzo to sobie cenię. Zaczął pan doceniać te małe rzeczy? I to te najmniejsze. Bo tak naprawdę z nich składa się całe życie. Nie z wielkich wydarzeń, tylko z tych drobnych chwil, które na co dzień często przeoczymy. Mam poczucie, że choroba zrobiła ze mnie szczęśliwszego człowieka. Zobaczyłem siebie wyraźniej. Wiem, kim jestem, co mam i - przede wszystkim - kto jest wokół mnie. Tego wcześniej chyba nie dostrzegałem. A dziś jak się pan czuje? Bardzo dobrze. Oczywiście muszę o siebie dbać, uważać na infekcje, bo przeszczep nie kończy leczenia - on je przedłuża. I cieszyć się, że żyję. Są jakieś role albo wyzwania, których panu brakuje? Ja śpię spokojnie. Nie mam poczucia, że czegoś nie zrobiłem i już nie zrobię. Że czegoś nie zagrałem i już nie zagram. Przestało to dla mnie mieć takie wielkie znaczenie. Co więc ma dla pana największe znaczenie? Życie.

Piotr Polk
Piotr Polk
Źródło zdjęcia: cyfrowo
Autorka/Autor: Aleksandra Czajkowska