|

"Nie ma pieniędzy wartych przekroczenia własnych granic". Katarzyna Glinka o samodzielnym macierzyństwie, presji, kompleksach i... miłości [WYWIAD]

Katarzyna Glinka
Katarzyna Glinka
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Przez lata bała się oceny i próbowała zadowolić wszystkich. Kiedy w końcu odważyła się powiedzieć "nie", usłyszała, że jest "trudna". Dziś Katarzyna Glinka z niezwykłą szczerością, odwagą i klasą opowiada o stawianiu granic, samodzielnym macierzyństwie, kompleksach, hejcie i cenie, jaką kobiety płacą za próbę bycia idealnymi. W wyjątkowo osobistej rozmowie z Aleksandrą Głowińską w cyklu "Co za Kobieta!" zdradza także, jak wychowuje synów, czy po życiowych doświadczeniach jest jeszcze gotowa na miłość, dlaczego przestała przepraszać za własne potrzeby i co dziś daje jej prawdziwe poczucie szczęścia.

Katarzyna Glinka o dzieciństwie i dorastaniu: "Mama roztaczała nade mną parasol ochronny"

Aleksandra Głowińska, tvn.pl: "Jestem dziewczynką". Pamiętasz moment, w którym pomyślałaś tak o sobie po raz pierwszy?

Katarzyna Glinka: Chyba nigdy nie pomyślałam o sobie w ten sposób, bo nie dzieliłam ludzi na kategorie. Miałam starszego o osiem lat brata i przez długi czas to właśnie przez niego patrzyłam na świat. Był mi bardzo bliski, dlatego naturalnie ciągnęło mnie do męskiego towarzystwa. Przez lata otaczałam się niemal wyłącznie chłopakami. I naprawdę, z ręką na sercu, nie pamiętam momentu, w którym nagle dotarło do mnie, że płciowo do tej bandy jednak nie należę (śmiech).

A moment, w którym zorientowałaś się, że zasady są różne dla dziewczynek i chłopców?

Te różnice rzeczywiście zauważyłam, ale dopiero znacznie później. I tutaj ogromny ukłon w stronę mojej mamy, bo to ona przede wszystkim nas wychowywała i nigdy nie narzucała nam gotowych wzorców. Kiedy wspinałam się na drzewa, biegałam z chłopakami, wracałam do domu z podartymi rajtuzami, poobijanymi kolanami i ubraniami brudnymi od stóp do głów, nie słyszałam, że czegoś mi nie wypada tylko dlatego, że jestem dziewczynką. Jestem jej za to bardzo wdzięczna. To, że dziewczynki bywają traktowane inaczej niż chłopcy, dostrzegłam dopiero jako nastolatka i nie miało to nic wspólnego z moimi rodzicami. Oni nigdy nie dali nam tego odczuć.

Mama dawała ci dużo swobody?

Wchodzę teraz w etap wychowywania nastolatka. Często rozmawiam o tym ze swoimi przyjaciółkami. Próbujemy odkryć granice przyzwolenia: na co dziecku w tym wieku można już pozwolić, a na co jeszcze nie. Wszystkie mamy te same lęki i obawy. I potem sobie przypominam, że kiedy miałam 14 lat, moja mama pozwoliła mi pojechać z koleżankami pod namiot.

Bez żadnej opieki?

Co prawda była z nami dwudziestolatka i jej chłopak, którzy mieli nad nami czuwać, ale… (śmiech). Mama i tak musiała opierać się wyłącznie na zaufaniu. Nie byłyśmy w stałym kontakcie, nie było telefonów komórkowych, nie mogła na bieżąco sprawdzać, co się ze mną dzieje i czy wszystko jest w porządku. Dlatego odpowiedź brzmi: tak, dawała mi naprawdę dużo swobody.

Dziś niewyobrażalne.

Dziś trzymamy dzieci znacznie bliżej siebie. Dlatego z perspektywy współczesnego rodzica wydaje mi się to wręcz niewyobrażalne. Jednocześnie jestem bardzo wdzięczna mamie za zaufanie, którym mnie obdarzyła, i za to, że nigdy nie ograniczała mnie tylko dlatego, że jestem dziewczynką. Zarówno ja, jak i mój brat mieliśmy swoje obowiązki domowe. Płeć nie miała tutaj żadnego znaczenia.

Co spoczywało na barkach twojego brata?

To samo co na moich. Obieranie ziemniaków, sprzątanie, drobne zakupy. Przez to, że mama bardzo dużo pracowała, musiał odbierać mnie ze szkoły i bezpiecznie przyprowadzać do domu. Czasem podstępem zostawiał mnie samą, żebym nie wchodziła mu w drogę, kiedy będzie biegał z chłopakami, za co potem dostawał bęcki (śmiech). Nie czułam, że wolno mu więcej, bo jest chłopakiem. Wręcz przeciwnie. Mama roztaczała nade mną parasol ochronny, kiedy mój starszy brat, który trenował boks, robił sobie ze mnie sparing-partnera i okładał mnie pięściami (śmiech). Oczywiście wszystko było w zabawie, ale nieraz kończyłam z siniakami i wtedy wkraczała mama-wybawicielka, która tłumaczyła bratu, że nie może się ze mną „bić” jak z kolegami.

"Szpital św. Anny". Katarzyna Glinka dołącza do obsady
"Szpital św. Anny". Katarzyna Glinka dołącza do obsady
Źródło zdjęcia: TVN

Mama była twoim pierwszym ideałem kobiecości?

W niektórych aspektach owszem. Zawsze broniła mnie jak lwica. Kiedy przychodziłam do niej z jakimś problemem, dawała z siebie wszystko, żeby mi pomóc. Nie kontrolowała mnie, nie stała nade mną, nie pilnowała, nie pytała o wyniki. Nie czułam presji. Kiedy w szkole muzycznej nie miałam książkowych wyników, przyszła do mnie i powiedziała: słuchaj, jeśli to ci sprawia trudność i nie chcesz tego robić, po prostu zostaw to i w ogóle się tym nie przejmuj. Nie miałam wzorowego świadectwa, a mama nie zrobiła ze mnie „projektu dziecko”, którym trzeba się pochwalić. Nie nosiłam na sobie piętna córki nauczycielki, jak to często w życiu bywa. I nigdy nie usłyszałam, że jestem niewystarczająca, bo przynoszę za mało piątek. Jestem jej za to bardzo wdzięczna. I oczywiście – pewnie rodzicielsko zawsze można więcej, ale wiem, że nasi rodzice nie mieli takich możliwości jak my dzisiaj, żeby pomóc sobie publikacjami na temat wieku nastoletniego czy jak rozmawiać z dziećmi, więc nie mam o to pretensji.

Jesteś podobną mamą dla swoich dzieci?

To, co wzięłam od niej i dałam swoim dzieciom, to zaufanie i duży luz w dawaniu przestrzeni.

A jaką ona była kobietą?

Była bardzo atrakcyjną kobietą, choć żyła w czasach, kiedy na wiele rzeczy zwyczajnie nie było stać. Mimo to do dziś noszę w głowie obraz zadbanej, eleganckiej kobiety. Pamiętam stukot jej obcasów rozchodzący się po klatce schodowej - był sygnałem, że mama wraca do domu. Szła z gracją i pewnością siebie w kozakach, na które sama odłożyła pieniądze. Kiedy myślę o kobiecości w jej najbardziej klasycznym wydaniu, przed oczami staje mi właśnie mama.

Katarzyna Glinka o łatce bycia "trudną" i mówieniu o emocjach. "Przez długi czas naprawdę robiłam wszystko, żeby zadowolić wszystkich wokół"

W waszym domu mówiło się o emocjach?

To jest właśnie ta przestrzeń, która była zaniedbywana. Pokolenie naszych rodziców skupiało się bardziej na tym, żeby wyrobić na zakrętach i związać koniec z końcem. Głównym motorem napędowym było po prostu przeżycie. Emocje nie były elementem dyskusji. Ani dzieci, ani dorosłych. Ale przepracowałam to. Nauczyłam się zarządzać swoimi emocjami, nazywać je i tego uczę swoje dzieci: każda emocja jest w porządku.

To co się robi z tym wszystkim, czego nie nauczyło się nazywać w domu?

Wielokrotnie słyszałam, że lepiej siedzieć cicho, tłumić wszystko w sobie, nie wychylać się i dostosować do otoczenia. W takich schematach dorastało się wtedy w szkole.

I faktycznie było tak, że udawałaś, że jest w porządku, nawet kiedy w środku czułaś, że zaraz wybuchniesz? Żeby „wszyscy cię lubili” i „nikt się nie obraził”?

Oczywiście. A kiedy próbowałam mówić o swoich potrzebach, szczególnie w pracy, szybko i boleśnie przekonałam się, że częściej kończy się to łatką „trudnej” niż realnym rozwiązaniem problemu. Długo nie potrafiłam tego zrozumieć i wewnętrznie bardzo się z tym buntowałam.

Walczyłaś z tą łatką?

Bardzo łatwo jest kogoś zaszufladkować i wydać osąd, nawet jeśli nie ma on wiele wspólnego ze sprawiedliwością. Problem w tym, że taki ślad zostaje w człowieku na długo. Czasem na całe życie. A przecież komunikowanie swoich potrzeb czy dbanie o jakość i komfort pracy powinno być oznaką profesjonalizmu, a nie powodem do nazywania kogoś „trudnym”.

Czuję, że jest jakieś „ale”.

Jest. Bo przez długi czas naprawdę robiłam wszystko, żeby zadowolić wszystkich wokół. Tłumiłam w sobie wiele emocji i potrzeb tylko po to, żeby utrzymać wizerunek osoby miłej, sympatycznej i bezproblemowej. Wiele razy łapałam się na tym mechanizmie.

Ale, chociaż dużym kosztem, to ci się udało utrzymać ten wizerunek.

Dzisiaj jest jeszcze dodatkowa trudność: media społecznościowe.

A to nie ułatwienie? Możesz się pokazać z takiej strony, z jakiej chcesz. Kiedyś trzeba było polegać wyłącznie na przychylności mediów, a jak wiadomo – ona na pstrym koniu jeździ.

I tak, i nie. W ludziach wciąż jest potrzeba oceniania i krytykowania innych. Mimo że świat się zmienia, nadal istnieje przyzwolenie na to, by wyładowywać swoje emocje w komentarzach. A nikt nie chce czytać o sobie nieprawdziwych rzeczy ani mierzyć się z krzywdzącymi ocenami. Dlatego wiele osób publicznych, chcąc uniknąć kolejnej fali krytyki, pokazuje światu tylko tę wersję siebie, która nie będzie prowokowała hejtu. Tym bardziej podziwiam ludzi, którzy mimo wszystko mają odwagę być sobą i potrafią chronić swoją autonomię.

A jak z tym u ciebie?

Mnie również bywa trudno, choć od wielu lat staram się żyć w zgodzie ze sobą i być autentyczna. Po prostu idę własną drogą. Robię to także dla moich dzieci - chcę, żeby nie bały się być sobą.

Katarzyna Glinka o hejcie i stawianiu granic. "Mój starszy syn wielokrotnie spotykał się z nieprzyjemnymi komentarzami tylko dlatego, że nosi długie włosy"

A widzisz w nich lęk przed oceną?

Mój starszy syn wielokrotnie spotykał się z nieprzyjemnymi komentarzami tylko dlatego, że nosi długie włosy. Naprawdę. Spotykał się z hejtem wyłącznie za to, że nie wpisuje się w czyjeś wyobrażenie normy i nie wygląda „standardowo”. Zdumiewa mnie, jak bardzo ludzi potrafią drażnić tak drobne rzeczy.

I tu nasuwa się kolejne pytanie. W czyim standardzie i czyjej normie? Mamy 2026 rok. Trudno mi uwierzyć, że komuś przeszkadzają długie włosy u chłopca.

Zwłaszcza że długie włosy u mężczyzn nie są żadnym współczesnym wymysłem. Nosili je wikingowie, nosił je nawet Jezus Chrystus, nosili je mężczyźni od zarania dziejów. Pamiętam komentarz jednej pani, która stwierdziła, że gdyby mój syn miał włosy do ramion, jeszcze byłaby w stanie to zrozumieć, ale dłuższe są już dla niej nie do zaakceptowania. Nie potrafię zrozumieć tej potrzeby narzucania innym własnej wizji życia. Nie wychowałam się w domu, w którym oceniano ludzi w taki sposób. Nigdy nie słyszałam podobnych uwag od dorosłych wokół mnie, dlatego do dziś dziwi mnie, że ktoś potrafi wejść z butami w cudze życie i mówić drugiemu człowiekowi, jak powinien żyć.

Jak im tłumaczysz, to co się dzieje wokół?

To bardzo trudne, ale powtarzam im do znudzenia, że dopóki nie krzywdzą innych, mają prawo być sobą, żyć po swojemu i podążać drogą, którą sami wybiorą. Niestety świat wciąż jest skonstruowany tak, że mimo całego postępu dzieci nadal potrafią dostać po uszach za swoją indywidualność. Na szczęście mamy dziś więcej narzędzi, wiedzy i świadomości, by wspierać je w takich momentach. Mam nadzieję, że dzięki temu kolejne pokolenia będą lepiej radziły sobie z akceptowaniem różnorodności i szanowaniem odmienności innych ludzi.

I szanowaniu wzajemnych granic. Anita Sokołowska, kiedy rozmawiałyśmy, też wspomniała o łatce „trudnej”. Dostała ją tylko dlatego, że sprzeciwiła się reżyserce, która chciała, by ta zdjęła bluzkę.

W spektaklu, w którym grałam, pojawił się pomysł, żeby cały chór występował w długich, blond perukach. Mam w sobie coś, co pewnie odziedziczył po mnie mój syn - ogromny dyskomfort związany ze zmianą fryzury. Jakąkolwiek. Długości, koloru, czegokolwiek. Przez całe życie noszę właściwie te same włosy, bo każda ingerencja wywołuje we mnie bardzo silne reakcje. Moja bohaterka dodatkowo występowała w niezwykle skąpej kreacji, a ja wtedy bardzo wstydziłam się swojego ciała. Kiedy zobaczyłam się w lustrze - w tej kusej zbroi i z tymi długimi włosami do pasa - po prostu się rozpłakałam. Zbiegłam ze sceny i powiedziałam, że kosztuje mnie to tak wiele, że nie jestem w stanie w ten sposób zagrać. Oczywiście to, czy kostium ma być przede wszystkim wygodny, zawsze zależy od roli – czasem wręcz powinien przeszkadzać, bo pomaga wydobyć cechy charakteru postaci. W przypadku naszego spektaklu, w którym grałam romantyczną bohaterkę, kostium miał sprawić, żebym czuła się swobodnie i pewnie, co naturalnie przekłada się na sposób, w jaki wyglądam i funkcjonuje na scenie.

Dostałaś wtedy wsparcie, czy to wtedy przyklejono ci łatkę „trudnej”?

Starsze koleżanki aktorki potraktowały mnie z tego powodu bardzo brutalnie. To była prawdziwa szkoła przetrwania. Co ciekawe, taka reakcja przyszła wyłącznie ze strony kobiet.

Mężczyźni reagują inaczej w takich sytuacjach?

Mam porównanie, bo kiedy miałam około trzydziestu lat, naprawdę potwornie wstydziłam się pokazywać swoje ciało. Dziś wydaje mi się to absurdem, ale wtedy tak właśnie było. Gdy reżyserem spektaklu był mężczyzna, powiedziałam mu wprost, że nie czuję się komfortowo w tej części kostiumu i że granie w bardzo skąpych majteczkach jest dla mnie niezwykle krępujące. Spojrzał na mnie z pobłażliwym uśmiechem, jakby chciał powiedzieć: „dziecko, co ty wygadujesz” (śmiech), ale chwilę później poszedł ze mną do krawcowej. Uszyliśmy barchany do kolan i dzięki temu mogłam dać z siebie wszystko na scenie, nie myśląc przez cały czas o tym, co mam na sobie. Zrozumiał mnie jako człowieka i poszedł na ustępstwo. Tamta sytuacja pokazała mi jednak coś jeszcze — że kobiety potrafią być bardzo okrutne wobec innych kobiet. A samopoczucie aktora jest kluczowe. Nie da się dobrze zagrać, kiedy człowiek źle się czuje.

Pozostałe aktorki zagrały w tych perukach?

I właśnie tutaj pojawił się kolejny problem. Gdybyśmy wszystkie miały obowiązek występować w tych perukach, pewnie łatwiej byłoby mi to zaakceptować. Tymczasem jedna z aktorek z jakichś powodów nie musiała jej zakładać. Zawsze byłam bardzo wyczulona na niesprawiedliwość, więc natychmiast pojawiło się pytanie: dlaczego ona może, a ja nie? Czy jestem gorsza? To, co wydarzyło się wtedy w garderobie, pamiętam do dziś. To była prawdziwa fuksówka. Bardzo bolesne doświadczenie, które wiele mówi o ludziach - o mściwości, braku zrozumienia, zazdrości i o tym, jak łatwo zobaczyć w kimś rywalkę albo buntowniczkę, którą trzeba sprowadzić do pionu.

Co wtedy usłyszałaś?

„Roszczeniowa jesteś jak na początek kariery”. Usłyszałam to tylko dlatego, że jako dwudziestokilkuletnia dziewczyna odważyłam się powiedzieć, że bardzo źle się z czymś czuję. Nie widzę w tym niczego roszczeniowego. Chciałabym wierzyć, że młodsze pokolenia nie muszą już mierzyć się z podobnymi sytuacjami i że stawianie granic nie skutkuje dziś automatycznie nieprzyjemnymi konsekwencjami czy łatkami. W tamtym czasie obrona własnych przekonań wymagała jednak naprawdę ogromnej siły.

Jakie?

Powiedział mi, że widzi tylko dwa scenariusze: albo zajdę bardzo wysoko, albo skończę jako nikt. Cieszę się, że się wtedy nie poddałam, bo takie słowa skierowane do osoby o lękowej naturze mogą wyrządzić naprawdę wiele szkód. To pokazuje też, jak ogromne znaczenie ma to, co wynosimy z domu. W najtrudniejszych momentach sięgamy przecież wyłącznie po to, w co zostaliśmy wyposażeni przez rodziców. Jeśli zabraknie wiary w siebie, trudno jest zawalczyć o własne granice, iść po swoje i żyć po swojemu. Z miejsc, w których słyszy się tak surowe komunikaty, bardzo łatwo uciec, jeśli wcześniej nie zostało się odpowiednio wzmocnionym.

Katarzyna Glinka o kompleksach. "W dużej mierze wynikały z lęku przed krytyką"

Swojego ciała zaczęłaś się wstydzić, kiedy zostałaś aktorką, czy pierwsze wątpliwości pojawiły się jeszcze w okresie dojrzewania?

Nie potrafiliśmy wtedy rozmawiać o dojrzewaniu w sposób naturalny i pozbawiony tabu. Próbowano oswajać temat cielesności czy budzącej się seksualności, ale wszystko odbywało się gdzieś między wierszami. O seksie dowiadywałam się od rówieśników, o okresie z książek i od koleżanki, której mama coś tłumaczyła, choć sama nie do końca wiedziała, jak o tym rozmawiać. Wszystko było owiane tajemnicą. Niewiele rzeczy nazywano wprost. Kiedy myślę o okresie dojrzewania, najbardziej pamiętam właśnie wstyd.

Co go wywoływało?

Sama zmiana była dla mnie trudna. Nie cieszyłam się z niej, nie przeżywałam jej z ekscytacją. Po prostu się wstydziłam. Nikt nie potrafił ze mną spokojnie i otwarcie porozmawiać o tak naturalnych sprawach jak pierwsza wizyta u ginekologa, pierwsze doświadczenia związane z cielesnością czy różnice między kobietami a mężczyznami. To był kłopot, bo naprawdę wrażliwemu dziecku czasem wystarczy jedno słowo od rówieśnika, żeby kompleks został z nim na lata, a dziewczynki mają silną potrzebę rywalizacji i czasem zdarza im się powiedzieć coś nieprzyjemnego drugiej dziewczynce. Tylko kiedyś nas nawet nikt nie uczył, co jest właściwe, a co nie.

Twoje kompleksy też wzięły się z uwag rówieśników?

Dzisiaj, mając o dwadzieścia lat więcej doświadczeń, nie rozumiem wielu kompleksów, które kiedyś nosiłam w sobie. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że w dużej mierze wynikały z lęku przed krytyką. Sama byłam wobec siebie bardzo surowa, ale uwag z zewnątrz również usłyszałam niemało. Jeden z profesorów w szkole teatralnej powiedział mi kiedyś: „Musisz nauczyć się odpowiednio stawać, bo masz strasznie krzywe nogi. To widać na scenie i przez to nie wiem, o czym grałaś”. Co ciekawe, nie powiedział tego, żeby zrobić mi przykrość. Był mi życzliwy i dobrze mi życzył. A jednak jego słowa sprawiły, że kiedy patrzyłam na swoje nogi, widziałam już wyłącznie ich krzywizny. Nic więcej. Musiało minąć wiele lat, w tym dziesięć lat terapii, żebym spojrzała na siebie z większą łagodnością. Dziś patrzę na te same nogi i nie dostrzegam już tego, co kiedyś. Podobnie było z piersiami. Wydawały mi się niedoskonałe, wstydziłam się swojego ciała i żyłam w ciągłym lęku przed oceną, że ktoś mnie skrytykuje, wytknie coś palcem albo dorzuci swoje trzy grosze.

Zdanie innych było dla ciebie bardzo ważne?

Kiedyś znacznie większe znaczenie miało dla mnie to, co powiedzą inni, niż to, co sama o sobie myślę. Niestety. Dziś powiedziałabym sobie: dziewczyno, jakie to właściwie ma znaczenie? Liczy się to, jak ty sama siebie oceniasz i co myślą o tobie najbliżsi, a nie przypadkowi ludzie z internetu. Nie jestem zupą pomidorową - nie wszyscy muszą mnie lubić. Szkoda tylko, że zrozumiałam to tak późno. Zbyt wiele gorzkich słów wzięłam do siebie i pozwoliłam, by na mnie wpłynęły.

Zbroja nie była szczelna?

To nawet nie kwestia zbroi, tylko wewnętrznego krytyka. Jeśli nie jest zbyt silny, życie staje się po prostu łatwiejsze. Mój niestety przez długi czas krzyczał bardzo głośno. Chowałam wiele rzeczy tylko po to, żeby nie narazić się na krytykę i nie dostać po głowie. Właśnie w ten sposób rodziły się moje kompleksy. Z czasem cudze opinie zaczęły zastępować mi własne spojrzenie na siebie. To, co inni o mnie myśleli, stało się moją prawdą.

W myśl zasady, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą?

Słyszałam to tyle razy, że w pewnym momencie zaczęłam myśleć: kurde, może rzeczywiście mają rację. Dlatego dziś, wychowując dzieci, za jedno z najważniejszych zadań uważam budowanie w nich wiary w siebie. Chcę, żeby wiedziały, że mają prawo być sobą. Żeby szanowały innych ludzi, ale jednocześnie nie rezygnowały z siebie. I żeby spotkały na swojej drodze takich ludzi, przy których nie będą słyszały, że muszą się zmienić, żeby zasłużyć na akceptację, lecz takich, dla których już teraz są wystarczające.

Ty długo nie umiałaś wybaczać sobie błędów. Jesteś dla siebie surowszym krytykiem niż ktokolwiek wokół?

Generalnie świat stawia kobietom bardzo wysokie wymagania. Widzę to nawet wśród znajomych wychowujących jednocześnie syna i córkę. Dziewczynka pomoże mamie w kuchni, pójdzie na zakupy, zajmie się domowymi sprawami, podczas gdy syn może w tym czasie grać na komputerze albo pojechać na dodatkowe zajęcia. Od najmłodszych lat przygotowuje się nas do pełnienia wielu ról jednocześnie. A potem trwamy w tym mechanizmie, bo chcemy być lubiane, podziwiane i akceptowane. I tak ta spirala nieustannie się nakręca.

Aktorstwo to dodatkowo podbija?

Ten zawód jest pod tym względem wyjątkowo brutalny. Ludzie nie oceniają wyłącznie tego, jak zagrałam. Oceniają też to, jaka jestem. „Czy ona jest normalna? Fajna? Miła?” — to często pierwsze pytania, które pojawiają się w głowie odbiorcy. Nie ma zbyt wiele miejsca na to, że ktoś jest bardziej zamknięty, nieśmiały, wycofany czy po prostu inny niż powszechnie przyjęty wzorzec „fajnej osoby”.

Między sobą, mam na myśli wśród aktorów, też macie problem, by otwarcie mówić o swoich emocjach? Impreza branżowa, jesteś zmęczona, nie chce ci się gadać o pogodzie. Mówisz wprost czy jednak kontynuujesz small talk, bo tak wypada?

Niedawno usłyszałam zdanie, które absolutnie pokochałam. Byłam na przyjęciu urodzinowym i jedna z koleżanek aktorek wraz z mężem postanowiła dość wcześnie wyjść. Gdy poinformowali o swojej decyzji, natychmiast posypały się pytania: „Dlaczego?”. Najpierw próbowała tłumaczyć, że są zmęczeni, że wcześniej grała spektakl, ale nagle urwała w pół zdania i powiedziała: „Wiecie co? Tak naprawdę jesteśmy socjopatami i duża liczba ludzi wokół sprawia, że źle się czuję. Dlatego chcę wrócić do domu”.

Co wtedy pomyślałaś?

Że to wspaniałe. Że dożyliśmy czasów, w których można po prostu powiedzieć prawdę i na tym zakończyć temat. A jeśli ktoś później stwierdzi, że to wymysł albo nazwie cię wariatką, to świadczy wyłącznie o nim. Dziś coraz częściej staję w prawdzie. A prawda jest taka, że zawsze znajdzie się ktoś, komu coś się nie spodoba. Jeśli jesteś na świeczniku, przyciągasz uwagę wielu ludzi. A tam, gdzie jest dużo ludzi, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał wylać na ciebie własne frustracje czy kompleksy. Nic z tym nie zrobisz. Świat nie jest sprawiedliwy. Byłby znacznie piękniejszy, gdybyśmy potrafili powstrzymać się od oceniania innych. Tyle że tę zmianę trzeba zacząć od siebie. Musimy przestać być tak bezlitośni wobec samych siebie, choć to naprawdę ciężka praca i momentami przypomina orkę na ugorze (śmiech).

Jakie narzędzia według ciebie są do tego niezbędne?

Przede wszystkim trzeba pozbyć się potrzeby bycia lubianym przez wszystkich. A to wymaga samokontroli, wspierania samego siebie, budowania poczucia własnej wartości i umiejętności odpuszczania. Po prostu. Bez poczucia winy, ale...

Ale?

Trzeba uważać, żeby nie wpaść w pułapkę samouwielbienia.

To znaczy?

To znaczy, żeby nie głaskać się po głowie za każdym razem, kiedy świadomie popełniamy błędy. Nie chodzi o pobłażanie sobie ani o rezygnację z wymagań wobec samego siebie. Jak zwykle najtrudniejsze jest znalezienie równowagi. A dziś jest to jeszcze bardziej skomplikowane, bo funkcjonujemy jednocześnie w dwóch światach - prawdziwym i wirtualnym. O tym najczęściej rozmawiam z moimi dziećmi. Świat internetu nie zna litości. Tam bardzo często nie ma żadnych hamulców. Internet stał się miejscem, w którym niezwykle łatwo kogoś zranić. Trudno się w nim odnaleźć, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto anonimowo odważy się zrobić lub napisać coś bolesnego. Na szczęście prawdziwy świat wciąż wygląda inaczej. Kiedy patrzymy drugiemu człowiekowi w oczy i szczerze mówimy, co czujemy i myślimy, ludzie zazwyczaj potrafią to przyjąć i zrozumieć. Przynajmniej takie są moje doświadczenia.

Myślisz, że kobiety dzisiaj mają odwagę mówić wprost: jesteśmy zmęczone wieloma rolami, które nam przypisano?

Wiele kobiet ma dziś odwagę mówić o swoim zmęczeniu i przeciążeniu, ale znacznie mniej rzeczywiście decyduje się coś z tym zrobić. Pierwszy krok mamy już za sobą, z kolejnymi bywa dużo trudniej. Nie każda z nas potrafi świadomie zarządzać swoimi zasobami i stawiać granice. Kiedy w pracy oczekuje się ode mnie 200 proc., a ja wiem, że jestem w stanie dać tylko 100 proc., nie pogrążam się w rozczarowaniu, jeśli wybiorą kogoś, kto akurat mógł dać więcej. Szukam innych możliwości. Porażki traktuję jako część kosztów tej drogi. Dotyczy to również relacji. Dziś ludzie coraz częściej ze sobą rywalizują, rozstania nikogo już nie dziwią, a normy, które kiedyś spajały związki, mocno się rozluźniły. Mężczyźni odchodzą od kobiet, zostawiają małe dzieci i zakładają kolejne rodziny. Świat bardzo się pod tym względem zmienił.

I przy tym wszystkim wciąż się porównujemy.

Dlatego trzeba nieustannie pracować nad sobą, żeby nie wpadać w pułapkę myślenia: nie dowiozłam, więc zawaliłam. Że związek się skończył, bo ktoś był lepszy, młodszy, atrakcyjniejszy, bardziej przebojowy albo potrafił dać z siebie te symboliczne 200 proc., których ja nie byłam już w stanie z siebie wycisnąć. W erze internetu to ogromny problem. Nieustannie porównujemy się do ludzi z mediów społecznościowych, którzy są uśmiechnięci, spełnieni, mieszkają w pięknych domach i prowadzą pozornie idealne życie. Gonimy za czymś, co często jest tylko starannie wykreowanym obrazkiem, zamiast skupić się na własnym życiu. A przez to łatwo przeoczyć to, co naprawdę ma znaczenie. Czasem wystarczy poprosić partnera o przejęcie części obowiązków, nawet jeśli nie zrobi wszystkiego idealnie, dać sobie chwilę oddechu i wrócić z nową energią. Dopiero wtedy możemy naprawdę docenić to, co już mamy.

Umiesz odpoczywać?

Dziś potrafię odpoczywać, ale dojście do tego zajęło mi wiele lat. Musiałam nauczyć się mówić wprost, że potrzebuję godziny na kanapie, samotnego spaceru albo chwili tylko dla siebie. Zrozumiałam, że to nie jest egoizm. Wręcz przeciwnie - dzięki temu mogę wrócić do swoich dzieci jako lepsza mama i z dużo lepszą energią.

Wtedy nastąpił przełom?

To był dla mnie prawdziwy przełom i jeden z najważniejszych kroków jako kobiety. Przez lata patrzyłam na siebie przez pryzmat matek, które „zawsze dają radę”. Sama też chciałam taka być. Znałam zasadę, że najpierw zakłada się maseczkę sobie, a dopiero później dziecku, ale przez długi czas miała ona dla mnie sens wyłącznie na pokładzie samolotu. Nawet kiedy próbowałam żyć zgodnie z tą filozofią, często spotykałam się z krytyką albo sarkazmem. „Jak to? Odmówiłaś dziecku?”. Dziś wiem, że dużo cenniejszy jest czas spędzony razem naprawdę, niż sam fakt bycia obok siebie. Wolę być z bliskimi krócej, ale całym swoim zaangażowaniem, obecna nie tylko ciałem, lecz także głową i sercem, niż siedzieć z nimi przez cały dzień, podczas gdy każdy funkcjonuje we własnym świecie.

„Pozwólmy partnerom przejąć część obowiązków, nawet jeśli zrobią coś źle”. Mam poczucie, że to jest często sedno problemu. Matki mają pretensje do ojców, że nie zajmują się dziećmi, jednocześnie krytykując każdą podjętą przez nich próbę i poprawiając każdy ich ruch.

Bo przez lata nauczyłyśmy się, że lubimy mieć wszystko pod kontrolą i w gruncie rzeczy nie zawsze chcemy oddać ster komuś innemu (śmiech). Kiedy przekazuję komuś część swoich obowiązków, mam świadomość, że nie wszystko zostanie wykonane dokładnie tak, jak zrobiłabym to sama. I jestem z tym pogodzona. Pranie naprawdę nie musi być złożone w idealną kostkę. A jeśli zależy mi na perfekcyjnym efekcie, to muszę zrobić to sama. To również jest w porządku - pod warunkiem że później nie mam pretensji do partnera, że odpoczywa na kanapie, podczas gdy ja biorę wszystko na siebie. Najgorszy scenariusz to taki, w którym sama dokładam sobie obowiązków, a wieczorem zostaję z przemęczeniem, złością i poczuciem niesprawiedliwości.

A było tak wcześniej?

Kiedyś pojechałam do mojej makijażystki, z którą znam się od wielu lat, i zaczęłam narzekać, że jest mi strasznie ciężko. Że wszystko jest na mojej głowie: dzieci, dom, obowiązki, a do tego zepsuty kaloryfer, cieknąca rura pod umywalką i cała lista kolejnych problemów. Słuchała mnie cierpliwie przez dłuższą chwilę, aż w końcu powiedziała: „Wiem, że teraz jest ci ciężko, ale przecież ty to lubisz” (śmiech). I wtedy coś we mnie kliknęło. Zrozumiałam, że sama ustawiam sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Owszem, czasem na to narzekam, ale prawda jest taka, że to właśnie jest życie, które lubię i które świadomie wybrałam. Wtedy zrozumiałam też jeszcze jedną ważną rzecz.

Jaką?

Że jeśli coś naprawdę mi nie służy, nie spędzam miesięcy na narzekaniu i opowiadaniu, jak bardzo jest mi niewygodnie. Staram się wpływać na rzeczywistość i szukać sposobów, żeby to zmienić. To daje poczucie sprawczości, której przez wiele lat tak bardzo mi brakowało.

A byłaś kiedyś rozliczana z nieobecności w domu? Że za dużo pracujesz?

Owszem, ale nie chciałabym, żeby zabrzmiało to jak usprawiedliwianie czegokolwiek - wszystko jest kwestią proporcji. Kiedy dzieci są bardzo małe, w naturalny sposób najbardziej potrzebują mamy. Możemy się na to złościć, buntować czy próbować z tym dyskutować, ale taka jest rzeczywistość. Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki na początku życia szczególnie potrzebują matczynej obecności, dlatego decydując się na dzieci, trzeba zrobić na nią miejsce. Tak po prostu jesteśmy zaprogramowani. Z czasem jednak te potrzeby się zmieniają. Widzę to po moim starszym synu, który z biegiem lat coraz bardziej zaczął szukać kontaktu z ojcem. Pojawiły się wspólne, typowo męskie aktywności, a ja mogłam pozwolić sobie na większą aktywność zawodową. Moja sytuacja była jednak specyficzna, bo byłam samodzielną mamą. Siłą rzeczy nie miałam drugiej osoby, z którą mogłabym dzielić codzienne obowiązki.

Uwielbiam, że użyłaś słowa „samodzielna”.

Nie lubię określenia „samotna”, bo nigdy nie czułam się samotna. Mam wokół siebie wspaniałych ludzi i ogrom wsparcia. Po prostu samodzielnie wychowuję dzieci. Oczywiście mają ojców, mają z nimi dobre relacje, spędzają razem czas, ale na co dzień brakuje tego drugiego filaru, na którym można się oprzeć. Drugiego rodzica, który stanie obok ciebie i wesprze twoją decyzję, kiedy dziecko się z nią nie zgadza. Przez lata starałam się rozsądnie dzielić czas między pracę a dom, ale życie bardzo często pisze własne scenariusze. Zdarza się, że właśnie zaczynają się zdjęcia albo wyjeżdżam w trasę, a dziecko, które dzień wcześniej było zdrowe, nagle dostaje czterdziestu stopni gorączki. I kiedy słyszę w telefonie: „Mami, źle się czuję, boli mnie główka”, wtedy najmocniej odczuwam swoją nieobecność. To są momenty, które nadal bardzo mnie bolą. Bo przypominają mi, że najważniejszym zadaniem matki jest po prostu być. A ja nie zawsze mogę. W takich chwilach nie pomagają żadne racjonalne tłumaczenia, że tysiące kobiet mierzą się z tym samym albo że tak wygląda współczesny świat. W środku i tak czuję, że powinnam być wtedy przy swoim dziecku. I wciąż nie nauczyłam się przechodzić obok tych emocji obojętnie.

I chciałabyś się rozdwoić.

Dziś już wiem, że nie da się rozdwoić. Dochodzenie do własnych granic i zderzanie się ze ścianą było jedną z najcenniejszych lekcji, jakie dostałam od życia. Nauczyłam się też spokojnie tłumaczyć swoje decyzje — niezależnie od tego, czy ktoś je zrozumie, zaakceptuje czy oceni. Mogę wyjaśnić, z czego wynikają moje wybory, ale nie mam wpływu na to, co druga strona z nimi zrobi. Rola mamy nadal pozostaje dla mnie najważniejszą rolą. Mój sześcioletni syn jest jeszcze bardzo spragniony matczynej bliskości i wiem, że ten czas już nigdy nie wróci. Dlatego chcę mu go dać. Nie tylko dla niego, ale również dla siebie. To rozdział, którego jeszcze nie zamknęłam i którego na razie nie chcę zamykać.

Wiele kobiet boi się, że jeśli „dziś”, kiedy są matkami, odmówią, propozycje już nigdy nie wrócą. Nie przychodzą do ciebie takie koszmarki czasem?

Wierzę, że za kilka lat będę miała dla siebie znacznie więcej przestrzeni. I właśnie wtedy pojawią się te najciekawsze propozycje, które przyjmę bez wyrzutów sumienia, z pełnym zaangażowaniem i zwyczajną radością.

I zawsze tak było, czy to też wypracowałaś?

Dotarło to do mnie w pełni, kiedy podczas Dnia Matki mój syn życzył mi, żebym nie musiała już tak dużo pracować. To było jedno zdanie, ale wybrzmiało mocniej niż niejeden długi wykład. Zrozumiałam wtedy, że balansuję na bardzo cienkiej linie. Zrobiłam własny rachunek sumienia i doszłam do wniosku, że na tym etapie życia bardziej potrzebuję czasu dla rodziny niż kolejnych godzin spędzonych na scenie. Poszłam za tą myślą bez oglądania się na to, jak zostanie odebrana. Powiedziałam wprost, z czego wynika moja decyzja. Nie zostawiłam miejsca na domysły, dopisywanie historii czy nadinterpretacje. I ku mojemu zaskoczeniu nie spotkałam się z krytyką i patrzeniem jak na „nienormalną wariatkę”. Wręcz przeciwnie - moja szczerość spotkała się z ogromnym zrozumieniem.. 

Szczerość w show-biznesie. Nowe, nie znałam (śmiech).

(śmiech) Szczerość w show-biznesie nigdy nie była łatwa. I mam wrażenie, że nadal niewiele osób decyduje się na nią naprawdę.

W obawie przed oceną? Czy utratą możliwości? Czy jedno i drugie?

Przede wszystkim z lęku o przyszłość. W naszym zawodzie nie działa to tak jak w przypadku lekarza czy prawnika, który po trzydziestu latach pracy nadal będzie postrzegany jako ceniony specjalista i z dużym prawdopodobieństwem znajdzie zatrudnienie. W aktorstwie wszystko jest dużo bardziej kruche. Możesz być świetnym aktorem, a mimo to nagle wypaść z obiegu i przez długi czas nie znaleźć pracy. To rodzi ogromny strach i sprawia, że wiele osób boi się mówić wprost o swoich potrzebach czy granicach. Życie w zgodzie ze sobą i jednoczesne funkcjonowanie na wysokich obrotach w tym zawodzie nie jest łatwe. Ale z mojego doświadczenia wynika, że jest możliwe.

Zagrałaś kiedyś w czymś tylko dlatego, że stan konta krzyczał: musisz to wziąć?

Szłam na różne kompromisy, ale nigdy nie sięgnęłam dna. Miałam w rękach kilka scenariuszy do filmu, których czytanie sprawiało mi ból i odmówiłam wzięcia udziału w projekcie, ale i tak zawsze z tyłu głowy pojawiała się myśl, czy to na pewno dobra decyzja, bo to przecież film, a takie okazje nie zdarzają się często. Ale zdarza mi się robić rzeczy, podczas których powtarzam sobie, że to ta rzemieślnicza część mojej pracy, którą trzeba wykonać. Robię wszystko najlepiej, jak umiem, ale przyznaję przed sobą otwarcie: to nie jest praca marzeń. Rzeczywistość jest taka, że aktor musi pracować. A jeśli jest dobrze traktowany, ma dobre warunki i uczciwe wynagrodzenie, trudno mówić o powodach do narzekania.

A zdarzyła ci się decyzja zawodowa, po której nie wszystkie opinie były pochlebne?

Kiedy lata temu dostałam propozycję sesji do „Playboya”, siedziałam w garderobie i zastanawiałam się na głos, co ludzie powiedzą? Miałam 27 czy 28 lat, bałam się ostracyzmu, bałam się łatki „karierowiczki”, opinii, że jestem zdolna do wszystkiego, żeby podtrzymać zainteresowanie. Bałam się, że środowisko mnie zje. I Danusia Stenka tak się temu przysłuchiwała i kiedy skończyłam się martwić, powiedziała: wiesz, kto będzie najbardziej krzyczał? Ci, którzy nigdy takiej propozycji nie dostali. To było bardzo ładne i zostało ze mną na długo. I faktycznie tak jest. Ale chociaż sesja się odbyła, to na takie „prawdziwe” rozbierane zdjęcia nigdy się nie odważyłam i z perspektywy czasu uważam, że to była dobra decyzja.

Ile razy ci proponowali sesję, zanim się zgodziłaś?

Dwa. Za pierwszym razem to była propozycja „prawdziwej” rozbieranej sesji. Odmówiłam. Nie chciałam, nie byłam gotowa. To nie było dla mnie. Kiedy zadzwonili drugi raz, „Playboy” był już po przemianie. Nie trzeba już było się całkowicie rozbierać, a z kontrolowaną nagością nie miałam żadnego problemu. Miałam już prawie czterdzieści lat, większy spokój i większą pewność siebie. To nie było dla mnie ani krępujące, ani trudne.

Czyli do „Playboya” musiałaś dojrzeć. Albo on dojrzeć do ciebie.

Jako młoda dziewczyna zbyt dużą wagę przywiązywałam do tego, co pomyślą inni. A przecież nie ma co udawać - wynagrodzenie za taką sesję mogło być dla młodej osoby bardzo znaczącym wsparciem i świetnym finansowym startem. Dziś jednak wiem, że nie istnieją pieniądze warte przekroczenia własnych granic. Zarobić można jeszcze wiele razy. Natomiast decyzje podjęte wbrew sobie często wracają później pod postacią lęku, frustracji, napięcia czy emocjonalnych kosztów, których nie da się już tak łatwo odrobić. To wszystko zostaje w człowieku na długo.

Jakie pytanie sobie zadałaś, zanim odmówiłaś i jak brzmiała odpowiedź?

Nie czułam ani tej sesji, ani siebie na tyle, żeby się obnażyć przed światem. Pamiętam, że wyobrażałam sobie billboardy z własnym nagim zdjęciem i zadawałam sobie bardzo proste pytania: czy ja naprawdę tego potrzebuję? Czy będę umiała to unieść? Co ciekawe, nie zastanawiałam się wtedy nad reakcją rodziny czy rodziców. Najważniejsza była jedna rozmowa - ta, którą prowadziłam sama ze sobą. Pytałam siebie: czy będziesz się z tym dobrze czuła? Czy naprawdę chcesz to zobaczyć? Odpowiedź była krótka i jednoznaczna: nie.

Czego bałaś się najbardziej?

Bałam się, że ta decyzja przyniesie więcej strat niż korzyści. Przez lata byłam oceniana głównie przez pryzmat urody i wyglądu. Nie chciałam wzmacniać tego sposobu patrzenia na mnie ani dokładać kolejnej cegły do wizerunku budowanego wyłącznie wokół ciała.

Marta Żmuda Trzebiatowska powiedziała mi kiedyś, że jej uroda była dla niej przekleństwem w pracy ze względu na ubogi wachlarz ról, w których chcieli ją obsadzać. Masz podobnie?

Przez wiele lat moja delikatna uroda sprawiała, że trafiałam głównie do ról amantek. Grałam bohaterki w komediach romantycznych, lekkich produkcjach, a dodatkowo sama wzmacniałam ten obraz, budując wizerunek osoby miłej, pogodnej i bezproblemowej. W efekcie bardzo łatwo było mnie zaszufladkować. Prawda jest taka, że niewiele osób w świecie castingu lubi ryzyko. Niewielu twórców chce świadomie przełamywać czyjś wizerunek i pokazywać aktora wbrew temu, do czego przyzwyczaił publiczność. Kiedy byłam młodsza, złościło mnie to. Miałam poczucie, że widzi się tylko fragment moich możliwości. Na szczęście z czasem ta frustracja minęła. Teatr dawał mi przestrzeń do grania postaci dużo bardziej charakterystycznych, nieoczywistych i wymagających. To właśnie tam znajdowałam artystyczne spełnienie i poczucie rozwoju. A sama sobie powtarzałam jedno: spokojnie, jeszcze przyjdzie czas na mocne kobiece role. Trudno oczekiwać, żeby przy wizerunku, który wtedy miałam, ktoś od razu uwierzył, że mogę zagrać charyzmatyczną panią doktor czy postać z cięższym życiowym bagażem.

I spełniło się. Grasz Gośkę w „Szpitalu św. Anny”. Ile jest w niej z Kasi?

Każdej postaci oddaję kawałek siebie. Inaczej chyba nie potrafię. Z Gośką łączy mnie przede wszystkim siła, którą obie nosimy w sobie. Rozumiem jej wybory, emocje i sposób patrzenia na świat, dlatego jest mi bardzo bliska i zawsze będę stała po jej stronie. Ale na co dzień jesteśmy zupełnie różnymi kobietami.

Zdecydowanie masz w sobie silną kobietę. Przyznanie się przed całym światem: hej, jestem Kasia Glinka i nie mam siły wstać z podłogi, wymagało i siły, i odwagi. Co było dla ciebie najważniejsze podczas tej drogi?

Z książką „Mnie też zabrakło sił” przejechałam pół Polski. I właśnie ludzie, których wtedy spotkałam, okazali się najważniejszą częścią tej drogi. Wielu z nich przyszło z poczuciem, że utknęli w miejscu, którego nie wybrali i z którego nie wiedzą, jak wyjść. Słyszałam historie o życiu, które napisało trudniejszy scenariusz, niż ktokolwiek chciałby dostać. A później dostawałam wiadomości: „Pani Kasiu, dziękuję, że pokazała mi pani, że można. Że coś jeszcze zależy ode mnie”. W takich momentach wiedziałam, po co to robię. Dla tych ludzi. Ale też dla samej siebie.

Nadal boisz się być sama?

Nauczyłam się patrzeć na to, co mam, zamiast skupiać się na tym, czego mi brakuje. Zawsze można spojrzeć na szklankę do połowy pełną i narzekać, że jest do połowy pusta. Tylko po co? Mam zdrowe dzieci, które są dla mnie największym szczęściem. Mam pracę, która daje mi satysfakcję, bo dziś wybieram wyłącznie projekty, które naprawdę coś do mojego życia wnoszą. Mam przyjaciół, na których mogę liczyć, i wyjątkowe kobiety wokół siebie. Nie czuję się ani sama, ani samotna. Przez lata zbudowałam wokół siebie prawdziwą sieć wsparcia i potrafię to doceniać. Oczywiście byłoby pięknie dzielić to wszystko z partnerem, który idzie obok i wspiera na każdym kroku. Taka relacja jak z romantycznego filmu brzmi kusząco. Tyle że z wiekiem człowiek wie już, że życie rzadko pisze tak proste scenariusze.

A szukasz miłości?

Kiedy myślę dziś o miłości, mam w sobie dużo więcej spokoju niż kiedyś. Może się wydarzyć, ale nie musi. I to jest w porządku. Dorosłam do miejsca, w którym nie uzależniam jakości swojego życia ani poczucia szczęścia od obecności drugiej osoby. Jeśli ktoś się pojawi - będzie pięknym dodatkiem. Ale nie warunkiem mojego spełnienia.

Piotr Stramowski przyznał, że próbował założyć konto na Tinderze, ale dostał bana za podszywanie się pod siebie. Gdzie się więc szuka drugiej połówki, kiedy jest się gwiazdą?

Na pewno nie jest to najprostsze. Show-biznes jest dosyć zamkniętym światem, a popularność potrafi dodatkowo komplikować różne sytuacje. Ale wierzę, że w życiu nie ma przypadków. Czasem zdarza się tak, że na drodze wyjeżdża auto i nagle mamy z nim stłuczkę (śmiech). I trafia nas strzała Amora. Niech tak się zdarzy. (śmiech)

Życzę ci tej strzały Amora, ale może bez stłuczki (śmiech).

(śmiech)

Wątpisz czasem w szczere intencje? Albo nerwowo rozglądasz na randce, czy nikt nie robi wam zdjęć?

Na szczęście prowadzę takie życie, że paparazzi nie śledzą każdego mojego kroku. Nie szukam rozgłosu, nie żyję skandalami i nie mam potrzeby prowokowania zainteresowania za wszelką cenę. Ale obawa przed tym, że ktoś może mieć wobec mnie nie do końca szczere intencje, nadal we mnie jest. I myślę, że to już zostanie. Popularność uczy pewnej ostrożności.

Masz jakiś skaner weryfikujący? Trzy pytania testowe? Sprawdzony sposób, który zawsze działa?

Z czasem nauczyłam się obserwować, jak ktoś reaguje na to, kim jestem i jak wygląda moje życie. To bardzo szybko wychodzi na jaw. Widać, czy druga osoba czuje się z tym swobodnie, czy zaczyna się wycofywać, czy moja popularność staje się dla niej problemem. Nie trzeba do tego żadnych testów ani podchwytliwych pytań. Życie samo pokazuje odpowiedź. Moja tożsamość i zawód są często pierwszym sprawdzianem, który mężczyzna musi przejść.

Mężczyźni boją się kobiet sukcesu?

Jeśli sami nie odnoszą sukcesów, to tak, boją się kobiet sukcesu. Mogą ich onieśmielać. I nawet jeśli próbują to ukryć, prędzej czy później wyjdzie to na jaw i zacznie zatruwać relację, aż całkowicie ją zniszczy. Dlatego dziś nie związałabym się z takim mężczyzną.

Gdybyś miała wymyślić sobie partnera, z którym będziesz miała stłuczkę (śmiech), to jakie wymarzone cechy byś mu przypisała?

(śmiech) Przede wszystkim nie chciałabym być z człowiekiem, który jest zamknięty emocjonalnie. Potrzebuję kogoś, kto potrafi rozmawiać, ale też naprawdę słuchać. To jedna z najbardziej niedocenianych umiejętności. Sposób, w jaki słuchamy drugiego człowieka, bardzo dużo mówi o nas samych. Pokazuje, czy jesteśmy ciekawi drugiej osoby, czy skupiamy się wyłącznie na sobie. A egoizm potrafi skutecznie rozłożyć nawet najlepszą relację. Ważne jest też poczucie humoru, bo bywają sytuacje, z których można wyjść tylko dzięki śmiechowi. I jest jeszcze jedna rzecz. Chciałabym, żeby na końcu dnia ktoś naprawdę mnie widział. Nie aktorkę, nie osobę publiczną, nie wizerunek. Po prostu człowieka. Dzisiaj to ma dla mnie ogromne znaczenie.

Cytując klasyka: jest 10/10, ale jest z show-biznesu?

Nie miałabym z tym żadnego problemu. Sama jestem częścią tego świata, więc doskonale rozumiem jego blaski i cienie. Być może właśnie dzięki temu łatwiej byłoby nam się zrozumieć, zaakceptować specyfikę tej pracy i nie tłumaczyć sobie nawzajem rzeczy, które dla innych bywają niezrozumiałe. A potem? Kto wie. Może rzeczywiście żylibyśmy długo i szczęśliwie. (śmiech)

Autorka/Autor: Aleksandra Głowińska