|

Marta Wierzbicka o karierze, kobiecości, problemach w szkole i sekretnym ślubie. "Nigdy nie marzyłam o białej sukni" [WYWIAD]

#CoZaKobieta: Marta Wierzbicka w cyklu Aleksandry Głowińskiej
#CoZaKobieta: Marta Wierzbicka w cyklu Aleksandry Głowińskiej
Źródło zdj. gł.: MW
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Na ekranie wszystko wydaje się proste, ale w kuluarach rzadko spaceruje się wyłącznie po czerwonym dywanie w blasku fleszy. W szczerej rozmowie opowiada o małżeństwie, które tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że powiedziała właściwe „tak”. Zdradza kulisy ślubu – dokładnie takiego, jakiego chciała, bez zbędnego zadęcia z najbliższymi u boku. Wraca do relacji z mamą, która ukształtowała ją bardziej niż niejedna życiowa lekcja i wyznaje, dlaczego popularność w szkole była dla niej bardziej przekleństwem niż powodem do zazdrości. Bez ogródek rozprawia się z iluzją mediów społecznościowych i tłumaczy, dlaczego pieniądze nigdy nie były dla niej wyznacznikiem sukcesu. Gościnią cyklu #CoZaKobieta Aleksandry Głowińskiej aktorka, którą pokochali widzowie "Szpitala św. Anny" i "Na Wspólnej". Przed Wami Marta Wierzbicka.

Aleksandra Głowińska: Jaką kobietą była mama w oczach małej Marty?

Marta Wierzbicka: Była mamą całkowicie oddaną rodzicielstwu. Bardzo zaangażowaną, bardzo obecną. I może zabrzmi to zaskakująco jako początek tej opowieści, ale z perspektywy dziecka pamiętam przede wszystkim, że rzadko się uśmiechała.

Wiedziałaś dlaczego?

Wtedy tego nie rozumiałam. Dzisiaj, jako dorosła kobieta, patrzę na to zupełnie inaczej. Wiem już, że ten rzadki uśmiech nie brał się znikąd. Wynikał z braku pewności siebie, który został w niej zasiany jeszcze w dzieciństwie. Głównie przez jej mamę. Niosła ten ciężar przez niemal całe życie. Niemal, bo w pewnym momencie zdobyła się na odwagę, żeby powiedzieć: „dość”.

Dziś uśmiecha się częściej?

Dziś uśmiecha się niemal bez przerwy. Wykonała nad sobą ogromną pracę i naprawdę ją za to podziwiam. Po pięćdziesiątce całkowicie zmieniła sposób patrzenia na życie. Patrzę na nią i myślę, że to niezwykle inspirujące.

To jak byś ją dziś opisała?

Moja mama jest drobną kobietą, ale w moich oczach od zawsze była ogromnie silna. I najlepiej oddaje to wspomnienie, które noszę w sobie do dziś. Jechałyśmy samochodem. Siedziałam z tyłu, miałam może siedem albo osiem lat. Nagle powiedziałam: „Mamo, zawsze będziesz moją mamą”. To jedno zdanie zostało ze mną na zawsze. I nic się pod tym względem nie zmieniło. Do dziś jest dla mnie niezwykle ważna. Choć nie we wszystkim się zgadzamy, jestem do niej bardzo podobna. I co ciekawe - bardzo lubię w sobie te cechy, które właśnie po niej odziedziczyłam.

Na przykład?

Jest niezwykle wrażliwa na sztukę, piękno i naturę. Myślę, że właśnie po niej odziedziczyłam tę wrażliwość.

Czego nauczyła cię o kobiecości?

Pokazała mi, że kobiecość nie potrzebuje odkrytego ciała ani obcisłych ubrań. Że można czuć się piękną bez makijażu, bez biżuterii i bez udowadniania czegokolwiek światu. Zawsze była minimalistką, a jednocześnie niezwykle kobiecą kobietą. To od niej nauczyłam się też akceptacji siebie - niezależnie od tego, jak wyglądam i na jakim etapie życia jestem.

Rozwiniesz?

Moja mama zawsze miała piękne, rubensowskie kształty i nigdy z nimi nie walczyła. Oczywiście, jak chyba każdej kobiecie, zdarzało jej się czasem na coś ponarzekać, ale nigdy nie miałam poczucia, że prowadzi nieustanną wojnę ze swoim ciałem. Dzięki temu bardzo wcześnie zrozumiałam, że nie istnieje jeden właściwy typ sylwetki. Że każde ciało jest w porządku. Pokazała mi też, jak żyć ze sobą w zgodzie, odpuszczać sobie i wierzyć, że w życiu pojawią się ludzie, którzy zaakceptują mnie dokładnie taką, jaka jestem. A jeśli komuś to nie odpowiada, nie muszę się dla niego zmieniać.

Takie wartości pomogły ci przejść przez ten burzliwy okres dojrzewania? Pomogły uniknąć porównań do koleżanek? Zaakceptować zmiany zachodzące w ciele i w głowie?

Przede wszystkim w naszym domu po prostu się o tym nie rozmawiało. Mama do dziś powtarza, że byłam spokojnym dzieckiem i właściwie nie przeszłam burzliwego okresu dojrzewania. Nie buntowałam się, nie testowałam granic, nie miałam w sobie tej nastoletniej przekory, którą często obserwuje się u młodych ludzi. Ale doskonale pamiętam dzień, w którym dostałam pierwszą miesiączkę. Bardzo płakałam.

Płakałaś?

Płakałam, a moja mama zareagowała właściwie dokładnie tak jak ty. (śmiech) Powiedziała: „Po co płaczesz? To spotyka każdą kobietę. Musisz się do tego przyzwyczaić. Nie jest to przyjemne, ale tak jesteśmy skonstruowane”. Myślę, że gdyby wtedy moja mama zaczęła się nade mną użalać, to o wiele trudniej byłoby mi przejść ten emocjonalny moment.

Zadziałało?

Ostatecznie to zaakceptowałam, więc chyba jej sposób zadziałał. Najbardziej zaskakuje mnie jednak to, jak bardzo bałam się wtedy reakcji mamy. Ten lęk narastał we mnie przez długi czas, a kiedy w końcu jej powiedziałam, przyjęła to z całkowitym spokojem. Do dziś nie potrafię wyjaśnić, skąd we mnie był taki stres. Może ze względu na siostrę?

To znaczy?

Moja relacja z mamą wyglądała zupełnie inaczej niż relacja mojej siostry z mamą. Inaczej przeżywałyśmy też dojrzewanie. Kiedy siostra miała piętnaście lat, była już bardzo kobieca i lubiła tę kobiecość podkreślać. A ja? Mam dziś trzydzieści pięć lat i nadal zdarza mi się czuć bardziej dziewczynką niż kobietą.

A był moment…

Tak, był taki moment, kiedy zaczęto postrzegać mnie jako „ikonę kobiecości” głównie ze względu na moje kształty. Tyle że to wcale nie zmieniło sposobu, w jaki sama o sobie myślałam. Mam poczucie, że do dziś noszę w sobie tę dziewczęcość właśnie dlatego, że moje dojrzewanie nie było gwałtowną rewolucją. To był bardzo spokojny, długi i stopniowy proces.

Usłyszałaś kiedyś, że dziewczynki muszą być grzeczne i ładnie się uśmiechać?

Nie, tego akurat nie słyszałam. Za to od najmłodszych lat uczono mnie, że trzeba powiedzieć „dzień dobry”, kiedy wchodzi się do pomieszczenia. I pamiętam jeszcze jedną zasadę, która mocno zapadła mi w pamięć - u lekarza należy być cicho, żeby mu nie przeszkadzać.

Ale to akurat po prostu zasady dobrego wychowania. Czyli dobrze.

Tak. Mama nauczyła mnie dobrych manier i otwartości na ludzi. Była niezwykle towarzyska. Kiedy odbierała mnie ze szkoły i szłyśmy razem na bazarek, miałam wrażenie, że zna tam dosłownie każdego. Zawsze zatrzymywała się choć na chwilę, zamieniała kilka zdań, pytała, co słychać. Mój tata był dokładnie taki sam. Dorastałam, obserwując ich uważność wobec ludzi, i dziś łapię się na tym, że robię dokładnie to samo.

A powiedziałaś kiedyś, że „nie umiesz w small talk”.

To prawda. Nie odnajduję się w small talkach na branżowych imprezach ani w rozmowach z ludźmi, których dopiero poznaję. Za to kiedy idę do warzywniaka i spotykam swoją ulubioną ekspedientkę albo mijam sąsiada, zatrzymuję się z ogromną przyjemnością. Wtedy rozmowy o pogodzie, psach czy codziennym życiu są zupełnie naturalne i sprawiają mi autentyczną radość. Paradoksalnie znacznie trudniej przychodzą mi długie, pogłębione rozmowy z ludźmi z mojego środowiska. To właśnie tam czuję się mniej swobodnie.

A w show-biznesie nie miałaś łatwo. Po sesji w „Playboyu” media mocno cię uprzedmiotowiły. Żałowałaś kiedyś tych zdjęć? Pojawiły się myśli, że gdyby nie to, wizerunek nie skręciłby w kierunku, w którym nie chciałaś?

Zacznijmy od tego, że ja nigdy świadomie nie kreowałam swojego wizerunku. Naprawdę nie wiedziałam wtedy, co robię i nie miałam żadnej strategii ani planu na swoją karierę. Po prostu przyjmowałam propozycje, które się pojawiały, a ponieważ nie było ich wiele, brałam niemal wszystko. Wiele osób żyje w przekonaniu, że aktorzy, artyści czy influencerzy mogą przebierać w ofertach i wybierać wyłącznie to, na co mają ochotę. Rzeczywistość wygląda inaczej. Czasem bierzesz wszystko, bo rachunki same się nie zapłacą. Oczywiście są osoby, które mogą pozwolić sobie na luksus wybierania, ale zdecydowana większość nie zarabia kokosów. Paradoks polega na tym, że ogromna rozpoznawalność bardzo często wcale nie idzie w parze z dużymi pieniędzmi.

Czyli chodziło o pieniądze.

Tak. W tamtym momencie zdecydowały przede wszystkim względy finansowe.

A dziś co byś powiedziała na taką ofertę?

Nie cofnęłabym tej decyzji. Wierzę, że wszystko dzieje się po coś. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy widzę też, że sama dołożyłam cegiełkę do swojego uprzedmiotowienia. Skoro przez lata najwięcej pisano o moim biuście, to taka sesja tylko napędziła kolejne nagłówki. Ale gdyby dziś zaproponowano mi podobny projekt - może w trochę mniej dosłownej formie niż wtedy - zgodziłabym się. Dzisiaj lubię swoje ciało. Lubiłam je również wtedy, ale nie miałam w sobie poczucia kobiecości.

„Nie kreowałam swojego wizerunku, w zasadzie nie wiedziałam, co robię”. Nie miałaś nigdy w sobie żalu, że nikt ci w tym nie pomógł? Nie poprowadził?

To były zupełnie inne czasy. Nikt nie prowadził młodych aktorów za rękę i nikt nie pomagał budować wizerunku. Dzisiaj myślę, że szkoda, bo wiele rzeczy można było rozegrać inaczej. Może dzięki temu czułabym się po prostu bezpieczniej.

 Zaczęłaś grać bardzo wcześnie, w dodatku chyba w najbardziej kruchym dla dziewczynek okresie, czyli w wieku nastoletnim. Dziś dużo mówi się o pokazywaniu wizerunku dzieci, o młodych aktorach, o konsekwencjach. Co uważasz z perspektywy dorosłej kobiety na temat zgody, którą na grę w serialu wydali twoi rodzice?

Nie żałuję, że moi rodzice zgodzili się, żebym grała, bo bez tej decyzji prawdopodobnie nie byłabym dziś w miejscu, w którym jestem. Ale gdyby podobną propozycję dostało moje dziecko, próbowałabym je od tego pomysłu odwieść. Świat bardzo się zmienił. Dziś jest internet, TikTok i media społecznościowe. Każdy najmniejszy błąd może zostać wyciągnięty, a nawet jeśli go nie popełnisz, ktoś i tak może stworzyć o tobie dowolną historię. Dla wrażliwej osoby to bardzo krótka droga do stanów lękowych, depresji czy innych zaburzeń. Ja chciałabym swoje dziecko przed tym ochronić. Dlatego nie popieram publikowania wizerunku nieletnich w sieci.

A co z dziećmi w filmie? Bo o ile w social mediach jesteśmy w stanie „przeżyć” bez dzieci, tak wiele filmów czy seriali potrzebuje dziecięcych aktorów. I nie chodzi już nawet o „Harry’ego Pottera”, ale nawet o „Na Wspólnej”. Syn ogrywanej przez ciebie Oli był kluczowym wątkiem dla twojej postaci.

Mam szczęście, że często pracuję z dziećmi. Bardzo je lubię i mam z nimi dobry kontakt. Ale zdarza mi się obserwować sytuacje, w których dziecko mówi wprost: „Chcę iść do domu. Chcę pobawić się z rodzicami. Nie chcę grać”. Tymczasem obok siedzi mama i przekonuje: „Nie, nie, tutaj się pobawisz”. Nie powinno się namawiać dzieci do pracy na planie. Bo plan filmowy nie jest zabawą. To jest praca. Chyba że dziecko czerpie z tego ogromną radość, a nie jest to wyłącznie ambicja rodzica.

Tobie się czasem nie chciało?

Ja naprawdę lubiłam jeździć na plan. Oczywiście zdarzały się dni, kiedy zwyczajnie mi się nie chciało, ale nigdy nie wróciłam ze szkoły i nie powiedziałam: „Mam dosyć. Nie jadę”. Paradoksalnie to, że mój kalendarz był wypełniony po brzegi, tylko dodawało mi energii.

Musiałaś szybciej dorosnąć?

Na pewno odebrało mi to część nastoletniej beztroski. Najmocniej poczułam to w liceum. Moi rówieśnicy po lekcjach szli razem do kina, na spacer czy po prostu posiedzieć, a ja wychodziłam ze szkoły dwie godziny wcześniej, żeby zdążyć na plan. Wracałam wieczorem. Bardzo brakowało mi zwyczajnego czasu z rówieśnikami. Takiego, w którym nie muszę co chwilę zerkać na zegarek i zastanawiać się, czy zaraz nie trzeba będzie biec do pracy. Były też lekcje, które naprawdę lubiłam, ale nie mogłam w nich uczestniczyć, bo plan zdjęciowy zaczynał się wcześniej. Bardzo odczuwałam ten brak zwyczajnego życia towarzyskiego.

A potem…

Po maturze miałam już mniej pracy na planie, więc próbowałam nadrobić wszystko to, co wcześniej mnie ominęło. I rzeczywiście... wpadłam w mały szał imprezowy (śmiech).

I nie było wcale łatwo, bo wtedy z kolei już jeździli za tobą paparazzi.

To prawda. Kilka razy złapali mnie na „gorącym uczynku”. To był bardzo dziwny moment mojego życia. Do dziś nie wiem, dlaczego akurat ja stałam się dla nich tak interesująca.

Ja wiem (śmiech).

Dlaczego? (śmiech)

Grzeczna Ola Zimińska z „Na Wspólnej” odpięła wrotki i stoi bez butów na placu Zbawiciela. Dodaj do tego nazwisko Wierzbicka, które klikało się wybitnie dobrze i masz plotkarski sukces. Jakie to uczucie obudzić się po imprezie i zobaczyć swoje zdjęcia w gazecie?

Pamiętam, że siedziałam wtedy na lekcji. Kolega wyjął „Super Express”, a na okładce przeczytałam, że Marta Wierzbicka imprezuje do rana. Problem polegał na tym, że ta historia miała niewiele wspólnego z tym, co wydarzyło się naprawdę.

A co się wydarzyło?

Właściwie nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Byłam na osiemnastych urodzinach koleżanki. Był czerwiec, więc już około trzeciej nad ranem robiło się jasno. To nie był żaden powrót do domu o poranku, choć właśnie tak przedstawiono to później czytelnikom.

Trudne do przetrawienia?

Bardzo to przeżywałam. Zresztą każda sytuacja, w której przypisywano mi rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły, zostawiała we mnie ślad. Do zdjęć dopisywano historie stworzone od początku do końca, a ja nie miałam na nie żadnego wpływu. Najtrudniejsze było chyba właśnie to poczucie niesprawiedliwości. Zostało ze mną na bardzo długo.

Nie miałaś nigdy ochoty powiedzieć: „dość”? Pójść z nimi na wojnę, walczyć o swoje nazwisko?

Nie miałam pieniędzy, żeby walczyć z mediami. Jedyne, na co było mnie wtedy stać, to opłacenie społecznego liceum, do którego musiałam się przenieść po tym, jak zostałam potraktowana w państwowej szkole. Zresztą nawet gdybym poszła do sądu, co bym wygrała? Przeprosiny wydrukowane najmniejszą czcionką i symboliczne zadośćuczynienie, które nie pokryłoby nawet części kosztów prawników. Widziałam to na przykładzie bliskich osób. Uznałam, że szkoda mi na to czasu, energii i nerwów.

W państwowej szkole też przyszło ci zapłacić cenę za popularność?

Tak naprawdę zaczęło się już pod koniec gimnazjum. Atmosfera zrobiła się ciężka. Przez częste nieobecności miałam słabsze oceny, a w dużej szkole bardzo łatwo stać się "tą inną". Różnie na mnie patrzono. Pomyślałam jednak, że liceum będzie nowym początkiem. Dostałam się do szkoły, do której chciałam iść razem z przyjaciółmi. Wydawało mi się, że najgorsze mam już za sobą.

To co poszło nie tak?

Już pierwszego dnia usłyszałam w klasie bardzo przykre słowa. Naprawdę bardzo przykre. Padło nawet zdanie, że "trzeba z nią coś zrobić". Wróciłam do domu i powiedziałam mamie, że nie chcę tam wracać. Po prostu się bałam. Bałam się tego, co jeszcze może się wydarzyć.

Wszystko dlatego, że grałaś w serialu?

Myślę, że tak. Z perspektywy czasu widzę w tym przede wszystkim nastoletnią zazdrość.

Popularność pomagała czy raczej utrudniała bycie zwykłą nastolatką?

Zdecydowanie utrudniała. Na szczęście miałam wokół siebie bliskie koleżanki, które bardzo mnie wspierały. Pożyczały notatki, dopingowały mnie i znały mnie na tyle dobrze, że nie patrzyły na mnie przez pryzmat telewizji. Ale od osób, które mnie nie znały, zdarzały się zaczepki czy komentarze na szkolnym korytarzu. Choć myślę też, że wśród nastolatków takie zachowania niestety się zdarzają nawet wtedy, kiedy nikt nie gra w serialu.

Kiedy to się uspokoiło? O ile w ogóle.

Bardzo szybko, bo przeniosłam się do społecznego liceum. I to było dla mnie prawdziwe wybawienie. Chodzili tam ludzie, którzy – tak jak ja – mieli życie także poza szkołą. Jedni trenowali sport, inni uczyli się w szkołach muzycznych, jeszcze inni już pracowali. Tam nikt nie patrzył na mnie jak na sensację. Każdy miał swoją pasję i swoje obowiązki. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że jestem po prostu jedną z nich. Lubianą i akceptowaną.

Zdarzało się, że ludzie chcieli poznać nie Martę, tylko "Olę Zimińską"?

No jasne. 

Naprawdę?

Tak. Dzisiaj wyczuwam to niemal od razu. Bardzo szybko widzę, czy ktoś chce mnie poznać dlatego, że jestem Martą, czy dlatego, że pracuję w telewizji. Te intencje naprawdę da się poczuć.

To przyszło z wiekiem?

Zdecydowanie. Choć jestem introwertyczką, jestem też otwarta na ludzi i to często ich myli. Dzisiaj dużo szybciej potrafię odsiać relacje budowane z ciekawości czy korzyści. Jako nastolatka jeszcze tego nie umiałam. Wchodziłam w znajomości, które z czasem okazywały się jednostronne. Teraz znacznie bardziej ufam swojej intuicji.

W show-biznesie da się w ogóle mieć przyjaciół, którzy szczerze cieszą się twoim sukcesem?

To chyba jedna z najtrudniejszych rzeczy. Wszystko zależy od człowieka. Są osoby, które nieustannie się porównują. Liczą cudze sukcesy, role, projekty i zestawiają je z własnym życiem. A kiedy relacja opiera się na porównywaniu, bardzo trudno o szczerą radość z sukcesu drugiej osoby. Nigdy nie ma po równo. Dlatego trudno tu o szczere przyjaźnie.

A ty masz przyjaciół z branży?

Tak, choć niewielu. Oczywiście mam koleżanki i bliższe mi osoby, za taką uważam na przykład Klaudię Kościstą, a poznałyśmy się niedawno, bo na planie „Szpitala św. Anny”. Mam też dwie bardzo bliskie przyjaciółki związane z mediami od kulis. Więc może sam show-biznes tak, ale aktor-aktor już ciężej, może to wynika ze mnie i jakichś moich preferencji.

Klaudia Koścista, Marta Wierzbicka i Ada Szczepaniak
Klaudia Koścista, Marta Wierzbicka i Ada Szczepaniak
Źródło zdjęcia: MWMEDIA

A tobie zdarza się zazdrościć sukcesów koleżankom?

Czasami tak. Kiedy sama mam mniej pracy, a komuś dzieje się zawodowo bardzo dobrze, pojawia się ukłucie zazdrości. Ale to nigdy nie jest zazdrość, która każe komuś źle życzyć. Wręcz przeciwnie. Działa na mnie motywująco. Bardziej mobilizuje mnie do działania, niż odbiera spokój. Choć przyznaję, że mam za sobą przyjaźnie, po których zostało poczucie wykorzystania. Być może druga strona widziała to inaczej. Nie wiem. Wiem tylko, że od tamtej pory dużo ostrożniej wpuszczam ludzi do swojego świata.

Co show-biznes dał Marcie Wierzbickiej jako kobiecie?

To chyba jedno z najtrudniejszych pytań.

Łatwiej powiedzieć, co ci odebrał?

Zdecydowanie, ale to pewnie dlatego, że mamy łatwość w zapamiętywaniu tych złych chwil, o wiele bardziej niż tych dobrych, tak już działa mózg. Show-biznes zabrał mi sporą część pewności siebie i tę beztroską spontaniczność, którą kiedyś miałam. Kiedy kilkanaście lat temu udzielałam wywiadów, mówiłam dokładnie to, co myślałam. Nie analizowałam każdego zdania. Dzisiaj znacznie częściej zastanawiam się, jak moje słowa zostaną odebrane. Zdecydowanie więcej kalkuluję. Trochę tęsknię za tamtą Martą. Na szczęście w codziennym życiu wciąż zdarza mi się powiedzieć coś spontanicznie i wywołać salwy śmiechu. To jeszcze we mnie zostało.

Na Instagramie obserwuje cię ponad 300 tysięcy osób, ale twoje rolki regularnie oglądają już miliony. I kiedy patrzę na te liczby, mam wrażenie, że paradoksalnie największą siłą nie są algorytmy, tylko autentyczność. Zostawiasz wpadki, pokazujesz momenty, kiedy trzy razy zmieniasz koszulkę, bo poprzednia nie wygląda dobrze w kadrze. Nie sprawiasz wrażenia osoby, która wszystko chłodno kalkuluje. Mam poczucie, że właśnie za to ludzie cię lubią – bo niczego nie udajesz.

Na Instagramie nadal najbardziej "pozwalam sobie na bycie sobą”, ale padłabyś, gdybym ci pokazała, ile filmów nagrałam, na których byłam na miliard procent sobą i których nigdy nie zobaczy świat, bo zastanowiłam się i stwierdziłam, że jednak tego nie opublikuję.

Dużo?

Mnóstwo. Co ciekawe, najlepiej oglądają się właśnie te rolki, które po prostu nagrywam i od razu wrzucam. Moi odbiorcy kochają spontaniczność. Ja zresztą też. Tylko...

Tylko?

To kwestia bezpieczeństwa. Kiedy pojawiam się na branżowym wydarzeniu, zakładam swoje "cieplutkie kapciuszki" spokojnej, stonowanej i bardzo zachowawczej Marty. Bo tak mi jest łatwiej.

Boisz się, że powiesz o jedno zdanie za dużo?

Tak. Boję się, że za bardzo się rozluźnię i powiem coś, co później zostanie odebrane zupełnie inaczej, niż miałam na myśli. Już kilka razy przekonałam się, że szczerość potrafi mieć swoją cenę.

To bardziej kwestia wyciągania słów z kontekstu czy jednak zdarzało ci się żałować tego, co powiedziałaś?

Jedno i drugie. Najczęściej działa to w pakiecie. Najpierw ktoś wyciąga kilka słów z kontekstu i robi z nich chwytliwy nagłówek. A później ja mam pretensje do samej siebie, że w ogóle je wypowiedziałam, bo nie przewidziałam, jakie drugie życie mogą dostać.

Dużo mówiłyśmy o tym, co show-biznes ci odebrał. A co dał w zamian?

Możliwości.

Jakie?

Mogę robić to, co kocham. Od lat realizuję swoją największą pasję, czyli aktorstwo. I chyba mogę powiedzieć, że z powodzeniem. Jestem za to naprawdę wdzięczna.

A poza tym?

Nauczył mnie stawiać granice. Myślę, że gdyby nie ten zawód, być może nigdy bym się tego nie nauczyła. A dziś wiem, że to jedna z najważniejszych umiejętności. Ostatnie lata nauczyły mnie zauważać własne potrzeby i emocje, a czasem powiedzieć "nie", nawet jeśli wciąż towarzyszy mi lęk przed odmową. Za każdym razem, kiedy mi się to udaje, czuję ogromną satysfakcję.

Co jest w tym najtrudniejsze?

Nie lubię konfrontacji. Jestem bardzo wrażliwa i najlepiej czuję się wtedy, kiedy wokół mnie panuje zgoda.

Skoro dzisiaj umiesz już mówić „nie”, jakiej propozycji nigdy byś nie przyjęła? Czy nie ma takiej rzeczy, bo wszystko jest kwestią wynagrodzenia?

Nie. Pieniądze są ważne, ale nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Tak samo podchodzę do Instagrama. Reklamuję wyłącznie rzeczy, które naprawdę znam i którym ufam. Nigdy nie pokazałam produktu, którego wcześniej sama nie testowałam przynajmniej przez miesiąc. Kiedyś dostałam propozycję współpracy z firmą cateringową za naprawdę duże pieniądze. Powiedziałam: "Świetnie, ale najpierw wyślijcie mi jedzenie. Chcę sprawdzić, czy w ogóle mi smakuje". Usłyszałam: "Nie". Kilka dni później zobaczyłam reklamę tej samej firmy u innego influencera. I wtedy tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że wolę stracić kontrakt niż wiarygodność. Nie będę przekonywać ludzi, że coś jest świetne, jeśli sama nawet nie wiem, czym to jest. Dzisiaj na pewno nie zareklamowałabym też alkoholu. Nawet zero.

Bo sama z niego zrezygnowałaś? Ze względu na ostracyzm, który dotyka twórców reklamujących alkohol? Czy stoi za tym coś znacznie bardziej osobistego?

Znacznie bardziej osobistego. Jest historia, do której nie chcę wracać. Mogę powiedzieć tylko tyle, że byłam świadkiem różnych sytuacji związanych z alkoholem, które choć nie dotyczyły bezpośrednio mnie, zostawiły we mnie ślad. Dwa lata temu podjęłam decyzję, że całkowicie z niego rezygnuję.

Marta Wierzbicka
Marta Wierzbicka
Źródło zdjęcia: MWMEDIA

Choć na Instagramie obserwują cię setki tysięcy osób, przede wszystkim nadal jesteś aktorką. Masz poczucie, że jako kobieta w tej branży podlegasz innym zasadom niż mężczyźni?

Kobiety są zdecydowanie częściej oceniane i dotyczy to nie tylko aktorek, ale i piosenkarek czy influencerek. Wszystkich kobiet znanych. I nie trzeba nawet wychodzić na czerwony dywan, żeby to dostrzec. Wystarczy spojrzeć na media społecznościowe. Mężczyzna wrzuca zdjęcie z nagim, umięśnionym torsem i czyta zachwyty nad swoją formą. Kobieta publikuje zdjęcie w bikini i natychmiast pojawiają się komentarze, których często nawet nie wypada cytować. A przecież mechanizm jest identyczny. Oboje pokazują swoje ciało. Tylko jego się podziwia, a ją się ocenia.

I paradoksalnie bardzo często najbardziej surowymi sędziami okazują się... inne kobiety.

Tak. Niestety najwięcej złośliwych komentarzy pod adresem kobiet zostawiają właśnie kobiety. Na szczęście u mnie zdarza się to coraz rzadziej, chociaż kiedy ostatnio walczyłam z problemami skórnymi, pojawiały się wpisy, po których było widać, że ktoś napisał je wyłącznie po to, żeby zabolało. Mężczyźni też tego doświadczają, ale mam poczucie, że zdecydowanie rzadziej.

„Girl power” to mit?

Chciałabym powiedzieć, że nie. Jest siostrzeństwo. Jest kobiece wsparcie. Jest solidarność. Ale najczęściej działa w najbliższym gronie. Poza nim wciąż jest bardzo dużo niewypowiedzianej zazdrości, rywalizacji i porównywania się.

Skąd się to bierze?

Myślę, że w dużej mierze z chorych kanonów piękna, które sami sobie stworzyliśmy. W internecie właściwie nie istnieje środek. Albo jesteś perfekcyjnie fit, piękna i idealna, albo trafiasz do szufladki body positive. Młodym dziewczynom bardzo trudno codziennie oglądać taki świat i się z nim nie porównywać. A potem jedziesz na plażę do Mielna i nagle okazuje się, że prawdziwy świat wygląda zupełnie inaczej. Kobiety mają różne sylwetki, różne proporcje, różne ciała. I wszystkie są normalne. Wszystkie są piękne.

Czyli recepta na lepszą samoocenę to plaża w Mielnie?

(śmiech) Trochę tak. Musimy częściej wychodzić z internetu do ludzi. Patrzeć na prawdziwy świat i nauczyć się spoglądać na siebie z większą czułością. Ja od lat działam w mediach społecznościowych i wiem, jak łatwo ulec porównaniom. Ale znam też wiele osób z Instagrama prywatnie. Widzę ich życie z obu stron. I często to są dwie zupełnie różne rzeczywistości. Wszystko jest pięknie wyreżyserowane.

Nie uważasz, że to nieuczciwe?

Uważam, że jest nieuczciwe. I przede wszystkim bardzo szkodliwe. Jeśli ktoś nie zna kulis tej pracy, widzi tylko idealny obrazek. Szczęśliwą rodzinę. Piękny dom. Perfekcyjne życie. I wierzy, że tak wygląda codzienność. Tymczasem czasem jedynym naprawdę idealnym momentem całego dnia jest ten, który trwał trzydzieści sekund i został uwieczniony na zdjęciu.

Influencerzy powinni częściej pokazywać kulisy? Powiedzieć: "Tak, mogę sobie pozwolić na wakacje czy drogą torebkę, ale zanim wrzucę tę jedną rolkę, pół dnia ustawiam światło, sprzątam mieszkanie i nagrywam wszystko po kilka razy"?

Tylko jak obedrzesz to z tej skórki, to nie będzie już takie interesujące. Jak pokażesz kulisy powstawania pięknego zdjęcia, na którym szczęśliwe dzieci o 9 rano zajadają śniadanie i pokażesz to, co jest po drugiej stronie kamery – a nierzadko jest tam totalny rozpierdziel, serio. Ja ze swojego mieszkania też robię plan zdjęciowy, jak nagrywam reklamę. I kolejna rzecz – to nie jest tak, że ta influencerka tak zgrabnie usiadła na kanapie i zaczęła czytać książkę. Wielu influencerów ma asystentów, fotografów. Te „rolki z codziennego życia” to często duże przedsięwzięcie. I myślę, że nawet gdyby zdecydowali się pokazywać kulisy, to one też byłyby wyreżyserowane. Wpadli w pułapkę, którą sami na siebie zastawili. Zaczęli żyć życiem, które wykreowali w telefonie. 

Kiedy ostatnio pokazałaś się bez makijażu, internauci pisali, że to akt odwagi. Rozbawiło cię to?

Bardziej zdziwiło. Bo ja naprawdę od lat pokazuję się bez makijażu. Tylko nigdy nie robiłam z tego wydarzenia. Nie mówiłam siedem razy w jednym filmie: "Patrzcie, jestem bez makijażu". Dla mnie to było zupełnie naturalne. Ale internet lubi, kiedy coś się odpowiednio sprzeda. Wtedy zwykła rzecz nagle urasta do rangi manifestu.

Więc skąd ta burza?

Bo miałam pryszcza. (śmiech) I nagle cała dyskusja zeszła na niedoskonałości skóry. To pokazuje tylko, jak bardzo ludzie tęsknią za normalnością. Wszystko wokół jest wygładzone, wyretuszowane, wyphotoshopowane. Siadasz, żeby opowiedzieć o czymś naprawdę ważnym, a odbiorcy widzą przede wszystkim przebarwienia na twojej twarzy. Żyjemy w świecie, który obsesyjnie domaga się perfekcji.

Co cię bardziej dotyka: komentarze dotyczący urody czy talentu?

Talentu. Nie wiem, czy powinnam to mówić, bo teraz hejterzy zaczną mi wytykać brak talentu (śmiech). Ale na pewno bardziej przeżywam, kiedy ludzie negatywnie komentują moje umiejętności aktorskie niż wygląd.

Złość czy bardziej przykrość?

Na szczęście ostatnio częściej radość. Po roli Darii dostaję naprawdę mnóstwo dobrych opinii. Ale nadal irytuje mnie, kiedy czytam, że "przy kimś wypadam słabo". To zawsze zostaje gdzieś z tyłu głowy.

Skoro już jesteśmy przy doktor Bursztyn... Ile jest Darii w Marcie?

Myślę, że przede wszystkim łączy nas wrażliwość. Daria nosi maskę kobiety twardej, zdecydowanej, takiej, po której wszystko spływa. Ale pod tą zbroją jest bardzo delikatna. Wiele rzeczy ją dotyka, tylko nigdy tego nie pokazuje. Chowa emocje za fasadą stanowczości. Natomiast pod względem sposobu traktowania ludzi bardzo się różnimy. Daria ma w sobie znacznie mniej empatii niż ja.

Jest coś, czego jej zazdrościsz?

Czasami tak. Tej bezwzględności. Tego, że potrafi postawić sprawę jasno i iść dalej. I śmieszne jest to, że odkąd ją gram, czasem łapię się na tym, że ta stanowczość przenika też do mojego życia. Nagle reaguję inaczej niż kiedyś i myślę sobie: "Skąd mi się to wzięło?". A potem dochodzę do wniosku, że to chyba Daria jeszcze nie wyszła ze mnie po zdjęciach. (śmiech)

Zdradź nam jakąś tajemnicę produkcji.

Na planie rozcinamy sztuczną skórę, pod którą leży albo aktor grający pacjenta. W niektórych scenach zamiast sztucznej krwi używamy soku malinowego – szczególnie w jakichś rurkach, bo jest mniej gęsty, a skalpele mamy zawsze tępe, żebyśmy sobie krzywdy nie zrobili (śmiech).

To rola, która może otworzyć ci drzwi do zupełnie nowych ról?

Nie wybiegam aż tak daleko. Po prostu cieszę się, że mogłam zagrać kobietę, która jest tak bardzo różna ode mnie. I równie daleka od Oli z "Na Wspólnej". Dzięki temu widzowie, którzy nie oglądają mnie w teatrze, mogli zobaczyć mnie z zupełnie innej strony. Nie ukrywam, że na początku były obawy. Czy dam radę? Czy mój - jak to określono - "anielski wygląd" nie będzie kłócił się z charakterem tej postaci? Dlatego tym bardziej potraktowałam tę rolę jak ogromną szansę. Mogłam zbudować Darię praktycznie od zera. Wymyślić jej historię, odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego jest właśnie taka, a nie inna. Dzisiaj wystarczy, że wchodzę na plan i dosłownie w sekundę staję się Darią. Bardzo lubię tę postać. Czy otworzy mi kolejne drzwi? Nie wiem. Ale mam nadzieję, że pozwoli widzom spojrzeć na mnie inaczej.

A skoro już mówimy o nowym spojrzeniu... Ślub naprawdę coś zmienia w życiu kobiety?

Chyba nie. Od dawna czuliśmy się rodziną. Po ślubie po prostu staliśmy się... "prawilną rodziną". (śmiech). Sam ślub nie był nam potrzebny do szczęścia. Po prostu dojrzeliśmy do momentu, w którym chcieliśmy zrobić to dla siebie. Chcieliśmy mieć poczucie bezpieczeństwa. Wiedzieć, że gdyby kiedyś wydarzyło się coś złego, nikt nie powie: "Przykro mi, jest pani osobą obcą". To był bardziej symbol przynależności niż zmiana naszej relacji.

Żałuję, że czytelnicy nie widzą teraz twojego uśmiechu.

Bo naprawdę bardzo ciepło to wspominam. Przez całe życie byłam przekonana, że jeśli para bierze ślub po siedmiu czy ośmiu latach związku, to pewnie próbuje ratować relację. Teraz już wiem, że wcale nie musi tak być. My nic nie ratowaliśmy. Po prostu do tego dojrzeliśmy.

Rodzina nie zadawała tego klasycznego pytania: "No to kiedy ślub?"

W ogóle. A najlepsze jest to, że kiedy powiedzieliśmy naszym rodzicom, że naprawdę chcemy się pobrać, oni... nam nie uwierzyli. (śmiech) Byli przekonani, że robimy sobie żarty. Musieliśmy ich przekonywać, że to nie jest kolejny dowcip.

I wyglądał dokładnie tak, jak sobie wymarzyliście?

Na początku plan był bardzo skromny. Najbliższa rodzina, kilku przyjaciół...

A potem?

A potem lista gości zaczęła żyć własnym życiem. (śmiech)

(śmiech)

Skończyło się na tym, że następnego dnia zorganizowaliśmy jeszcze wesele. I bardzo się cieszę, że tak wyszło. Lubię kolekcjonować wspomnienia. Są dni, o których człowiek wie od razu, że będzie do nich wracał do końca życia. To był właśnie jeden z nich.

Od dziecka marzyłaś o białej sukni? O byciu księżniczką tego dnia?

Nigdy (śmiech). Było mi to tak obojętne, że początkowo chciałam po prostu kupić białą sukienkę. I kupiłam. Problem w tym, że okazała się... zdecydowanie za krótka. A do ślubu został niecały miesiąc.

Lekka czy wielka panika?

Umiarkowana. Na szczęście uratowała mnie koleżanka, która szyje suknie ślubne. Tyle że u niej normalny czas oczekiwania wynosi dwa lata. Zadzwoniłam i powiedziałam tylko: "Madzia... błagam. Spróbuj”.

Jak zareagowała, kiedy usłyszała, że ma trzy tygodnie?

Najpierw nie uwierzyła. Ale podjęła wyzwanie. Uszyłyśmy krótką suknię. I pamiętam moment, kiedy założyłam ją po raz pierwszy. Pomyślałam wtedy: "Dobrze... to już naprawdę się dzieje." A kiedy przypięłam welon... To był chyba najbardziej magiczny moment całych przygotowań. Nagle poczułam, że to naprawdę jest moja suknia ślubna. Choć do całego ślubu podchodziliśmy z ogromnym luzem.

A co z tradycją? Pan młody widział cię przed ślubem?

Zobaczył mnie chwilę przed wyjściem z domu, bo razem jechaliśmy na ceremonię naszym oldtimerem. Zrobiliśmy sobie przejażdżkę przez miasto i pamiętam, jak wzruszał mnie sam widok nas dwojga. On w żółtej marynarce. Ja w krótkiej sukience, z welonem i marynarką. Na co dzień chodzimy z psem do lasu w dresach, więc takich momentów nie mamy zbyt wiele. Cały ten dzień był zresztą dokładnie taki jak my. Bez zadęcia. Za to pełen śmiechu. Naprawdę śmialiśmy się praktycznie bez przerwy. Znajomi później mówili, że ceremonia była najpiękniejszą częścią całego wesela. Było w niej mnóstwo dobrej energii. Oboje czuliśmy, że wszystko jest dokładnie na swoim miejscu.

I jak się żyje z nowym tytułem: żona?

Świetnie. Naprawdę polecam śluby. Fajnie jest powiedzieć: "To jest mój mąż". Lubię to. Poza tym niewiele się zmieniło. No dobrze... czasami mówię mu, żeby się uspokoił i przypominam, że przecież jestem jego żoną, więc powinien mnie słuchać (śmiech). Ale jeśli relacja jest dobra, zdrowa i oparta na partnerstwie, to ślub niczego nie wywraca do góry nogami. Jest po prostu pięknym dniem, który przypieczętowuje to, co i tak już od dawna istnieje. Miłość. I poczucie, że chce się iść przez życie razem.

Po ślubie poczułaś tę społeczną presję? Takie: "No dobrze, ślub już był, to teraz czas na dziecko"?

Bo inaczej zostanę "bezdzietną lambadziarą"? (śmiech) Bardzo nie lubię tego określenia. Ma wydźwięk pejoratywny. Ostatnio przeczytałam komentarz jednego mężczyzny, który napisał mniej więcej, że u mnie tylko pieski, kwiatuszki i... zero dziecka. Naprawdę nie mogłam uwierzyć, że ktoś uznał, że ma prawo rozliczać obcą kobietę z tego, czy została matką. Pierwsza myśl? Naprawdę lepiej byłoby, gdyby zajął się własnym życiem. Ja sama nigdy nie nakładałam na siebie takiej presji. I mam poczucie, że dzisiaj jest już pod tym względem trochę lepiej. Coraz więcej mówi się o tym, że rodzina może wyglądać różnie, że każdy ma swoją drogę, swoje tempo i swoje wybory. Nie jesteśmy już aż tak bardzo wystawiani na publiczny osąd jak kiedyś.

Jest lepiej, ale wciąż nie możemy powiedzieć, że problem nie istnieje. Wystarczy spojrzeć na polski show-biznes. Ewa Chodakowska od lat tłumaczy się z tego, że nie chce mieć dzieci.

To prawda. Tylko Ewa powiedziała o tym bardzo wyraźnie. Ja nigdy publicznie nie opowiadałam o swoim podejściu do macierzyństwa ani o planach związanych z dziećmi. I choć w wielu sprawach jestem bardzo otwarta i właściwie nie ma dla mnie tematów tabu, to akurat o tym wciąż nie chcę mówić. Żyjemy w czasach, w których posiadanie dziecka wcale nie jest oczywistością. Czasem to się po prostu się nie dzieje, mimo że bardzo byśmy chcieli. Dlatego jestem daleka od oceniania decyzji innych ludzi. Nigdy nie wiadomo, co za nimi stoi.

Marta Wierzbicka
Marta Wierzbicka
Źródło zdjęcia: MWMEDIA
Autorka/Autor: Aleksandra Głowińska