|

Piotr Cyrwus: nigdy nie czułem się mniej męski dlatego, że zajmowałem się domem i dziećmi [WYWIAD]

#CoZaFacet Piotr Cyrwus
#CoZaFacet Piotr Cyrwus
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Aktor, którego nazwisko od dekad cała Polska odmienia przez wszystkie przypadki. Wcielał się w bohaterów, którzy na dobre zapisali się w historii telewizji, ale w tej rozmowie nie gra żadnej roli. Wraca do dzieciństwa na Podhalu, opowiada o relacji z ojcem, własnych błędach, ojcostwie, terapii i lękach, z którymi przez lata próbował się oswoić. Mówi o męskości bez utartych schematów, z ogromną szczerością, dystansem do siebie i życiową mądrością, która przychodzi tylko z doświadczeniem. Góral, aktor, mąż, tata i dziadek, który nie boi się mówić o tym, o czym wielu mężczyzn wciąż milczy. Piotr Cyrwus w cyklu Aleksandry Głowińskiej #CoZaFacet! Taki, jakiego jeszcze nie znaliście.

Aleksandra Głowińska: Płynie w panu „góralska krew”?

Piotr Cyrwus: Przeciwny jestem „góralskiej krwi”.

Dlaczego?

Górale są takimi samymi ludźmi. Tak samo nas boli, tak samo wszystko przeżywamy. Może mamy trochę ciężej, bo i do szkoły pod górę i ze szkoły pod górę, jak mówił pan Jan Englert, ale niczym się nie różnimy.

Czyli broił pan w dzieciństwie?

Byłem pierwszym dzieckiem moich rodziców. Dopiero później na świecie pojawiły się moje siostry i brat, więc nie tylko broiłem, ale byłem też bardzo rozpieszczony (śmiech). Zarówno mama, jak i tata pochodzili z dziewięciorga rodzeństwa, więc nie brakowało cioć, które nieba by mi przychyliły. Wszyscy bardzo się mną opiekowali. Zwłaszcza że kiedy budowaliśmy dom, przez jakiś czas mieszkałem u dziadków. A wiadomo, jak jest u dziadków. Uwielbiałem to. Zawsze prosiłem, żebym mógł zostać jeszcze jedną nockę, potem kolejną i jeszcze kolejną. W prawdziwym góralskim domu z bali rozkładano mi materac pod piecem i spaliśmy w małej izbie. Wszystko mnie tam fascynowało. Do dziś bardzo ciepło to wspominam.

I wszystko się zmieniło, kiedy pojawiło się rodzeństwo? (śmiech)

Wtedy zaczęły się cięższe czasy. Siostry podarły mi wszystkie książki, zabrały zabawki. Poczułem się nie tylko trochę odsunięty, ale też nagle spadło na mnie znacznie więcej obowiązków. Rodzice prowadzili gospodarstwo i zakład kuśnierski. Dzieci na Podhalu – i to jest przykre – często są, a na pewno były, wykorzystywane do pracy. Po to miało się dużo dzieci, żeby oporządzić gospodarstwo. A później, kiedy byłem starszy, musiałem pilnować i sióstr, i domu. Dzisiaj wiele razy zastanawiam się, jak ja właściwie tego domu pilnowałem (śmiech).

W domu zawsze działo się dużo?

Zawsze było pełno ludzi. Kilkunastu robotników, klienci, którzy przyjeżdżali po kożuchy albo złożyć zamówienie. Dom właściwie cały czas tętnił życiem. Może właśnie dlatego tak bardzo lubię życie, w którym ciągle coś się dzieje. Lubię ten ruch.

Dużo czasu spędzał pan u dziadków. Mimo wszystko to ojciec był pierwszym autorytetem w kontekście męskości, czy jednak bardziej wzorował się pan na dziadku?

Tylko tata. Był już – jak na tamte czasy – poważnym biznesmenem. Zakład świetnie prosperował, a duża część rodziny była od niego zależna. Był szefem w pełnym tego słowa znaczeniu. Wszystko kręciło się wokół rodzinnego biznesu. Oczywiście jedni byli zadowoleni, inni mniej, ale jako nastolatek zawsze stawałem po stronie taty. Kiedy jeden z kuzynów powiedział o nim coś złego, chciałem się z nim bić. Dla mnie tata był autorytetem.

Dużo ma pan z niego?

Dużo. I przez lata próbowałem to z siebie wypierać. Nie lubiłem w sobie tych cech, które przypominały mi mojego tatę. Walczyłem z nimi.

A teraz?

Ostatnio byłem na grobie rodziców. Patrzyłem na ich zdjęcia i poczułem ogromną wdzięczność za to, w co mnie wyposażyli. Ale jest we mnie także żal za pewne zachowania, które tak naprawdę nie zależały od nich. Tak zostali wychowani. Robili wszystko zgodnie z tym, czego sami zostali nauczeni. Góralska szorstkość i nieustanna walka o przetrwanie zostawiają w człowieku ślad. Zresztą w czasach, kiedy kształtował się mój charakter, niewiele wiedzieliśmy o psychologii człowieka i o tym, jak powinny wyglądać relacje. Dzisiaj mamy narzędzia, które pozwalają nam żyć i wychowywać inaczej.

Ojcowska żyłka do biznesu panu imponowała? Pojawiały się myśli, żeby przejąć rodzinną działalność?

To było trudne. Tata marzył o tym, żebym jako najstarszy syn kontynuował jego dzieło. W pewnym sensie byłem skazany na ten biznes (śmiech).

Ale?

Ale od samego początku czułem, że to nie jest moje miejsce. Od najmłodszych lat byłem przyuczany do zawodu. Potrafiłem zrobić wszystko – i w zakładzie, i w polu. Byłem do tego przygotowany, ale wiedziałem, że to nie jest moja droga.

Jak tata do tego podchodził?

Stawiał opór. Dzisiaj jednak myślę, że brał się on przede wszystkim z lęku o mnie. Nigdy nie pochwalił mnie za aktorstwo. Nigdy nie usłyszałem od niego, że dobrze gram. Ale kiedy do zakładu przyjeżdżali klienci, zawsze się mną chwalił. Był ze mnie dumny. Nie wiem, czy to cecha góralska, ale zostaliśmy wychowani według zasady: „Siedź w kącie, a znajdą cię”. W naszej rodzinie wszyscy mieliśmy tendencję do umniejszania samym sobie.

To znaczy?

Kiedy wracałem do domu i mówiłem, że dostałem piątkę, mama zawsze odpowiadała, że jutro na pewno dostanę dwóję. Dzisiaj nigdy nie zrobiłbym tego moim wnukom. Mam też nadzieję, że nie robiłem tego własnym dzieciom, bo pamiętam, jak bardzo mnie to bolało.

Rodzice aktorstwo traktowali jako fanaberię? Słyszał pan: „Piotruś, mamy dobry biznes, niczego ci nie będzie brakowało, jakie granie? Jaka szkoła aktorska?”, czy mimo wszystko okazywali wsparcie?

Zawsze czułem, że chcę być aktorem. Mama zawsze mnie wspierała, choć jednocześnie wątpiła, czy mi się uda. I trudno ją za to winić. Wystarczy spojrzeć na to, co wydarzyło się teraz, kiedy pierwszy raz od trzydziestu lat państwo chciało realnie pomóc ludziom kultury. W sieci natychmiast zawrzało. Ludzie nie wiedzą, z czym ten zawód się wiąże, na czym naprawdę polega. Wydaje im się, że aktorstwo to wyłącznie to, co widzą na ekranie albo w kolorowych gazetach. Tymczasem z rzeczywistością często ma to niewiele wspólnego. I dotyczy to wszystkich zawodów artystycznych, nie tylko aktorów. Lepiej utrzymywać kiboli stadionowych czy ludzi kultury, dzięki którym nie ganiamy się z pałkami po ulicach? Między innymi po to istnieje państwo. Jeżeli chcemy mieć kulturę, literaturę i teatr – a wierzę, że chcemy, bo chcemy być lepszymi ludźmi, dostrzegać i kreować piękno – to właśnie między innymi po to płacimy podatki, żeby było to możliwe.

Może odbiór byłby inny, gdyby założenia pomocy socjalnej były lepiej wyjaśnione, zanim ludzie wyobrazili sobie przysłowiową Marylę Rodowicz czy Piotra Cyrwusa, odbierających dofinansowanie od państwa.

Tego już się nie dowiemy. Jest jednak takie straszne powiedzenie, że jeśli chce się uderzyć psa, kij zawsze się znajdzie. Jeśli chcemy dowalić jakiejś grupie zawodowej, zawsze znajdzie się pretekst. Politycy urządzili sobie na tym rozgrywkę żywiącą się powierzchownymi emocjami. Nikt nie próbuje wejść głębiej. Nikt nie chce poznać tego tematu od środka. Dyskutujemy o zasadności, ale w ogóle nie rozmawiamy o potrzebach społeczeństwa. I w tej kwestii mogę zgodzić się z Maćkiem Maleńczukiem. Komentowanie czegoś, o czym nie ma się pojęcia, wyłącznie dla poklasku, jest po prostu głupie i niepotrzebne.

Czego o męskości nauczył pana ojciec?

Zaradności. Odpowiedzialności za drugiego człowieka, zwłaszcza za rodzinę. Tego, że trzeba iść na polowanie i przynieść łup, który później wspólnie skonsumujemy. Obowiązku. Jeśli coś obiecujesz – dotrzymaj słowa. Choć akurat z tym u niego bywało różnie. Jak wielu rzemieślników brał na siebie za dużo i później trudno było mu temu wszystkiemu sprostać.

Łapie się pan na tym czasem, że robi dokładnie tak samo?

Tak. Zdarza mi się brać na siebie ogrom propozycji, a później denerwować się, że ledwo się z tym wszystkim wyrabiam, bo zwyczajnie jest tego za dużo.

Z czego to wynika?

Po pierwsze, nie potrafię odmawiać, bo mam miękkie serce. Po drugie, z lęku, że jeśli teraz odmówię, kolejna propozycja już się nie pojawi. A po trzecie, z szacunku do pracy, którego nauczył mnie tata. Wstawał o piątej rano, kładł się spać o dziesiątej wieczorem i robił wszystko, żeby nam niczego nie brakowało. Dzięki jego naprawdę ciężkiej pracy byliśmy w tamtych czasach nieprzeciętnie zamożni. Ludzie nam zazdrościli.

A co poza pracą?

Leżał z nami i śpiewał piosenki, których nauczył się jeszcze w wojsku. Opowiadał bajki. Najbardziej lubił „Szklaną górę”. Robił świetną jajecznicę i gotował pyszny rosół. Taki też był mój tata. A później, kiedy przyszły nowe czasy, nie potrafił odnaleźć się w nowej Polsce, w której ja z kolei czułem się znakomicie.

Co było powodem?

Zupełnie zmieniły się warunki gry, szczególnie w rzemiośle. Bardzo się denerwował. Nieustannie się zamartwiał. Przeszedł liczne wylewy i mikrowylewy. Coraz bardziej złościł się na rzeczywistość. Było mi go po prostu żal.

To był moment, w którym zrewidował pan swoje postrzeganie męskości?

Wtedy zacząłem się zastanawiać, czy jestem trzciną, czy dębem. Kiedy przychodzi huragan, trzcina ugina się, ale się nie łamie. Dąb wywraca się raz i to koniec. Bardzo lubię to porównanie. Tata bywał i dębem, i trzciną. Ja na co dzień bardzo chciałbym być dębem, ale kiedy pojawia się zagrożenie, okazuję się trzciną, która potrafi się ugiąć. I myślę, że to też jest męskość.

A obowiązki domowe łapią się na klasyfikację wg płci?

Nigdy nie wprowadziliśmy tego podziału do naszego domu. Od początku z żoną wszystko robiliśmy razem. Gotowaliśmy, sprzątaliśmy, przebieraliśmy i kąpaliśmy dzieci. Nigdy nie czułem się mniej męski dlatego, że zajmowałem się domem czy dziećmi.

I słusznie. Bo w oczach wielu kobiet to podbija męskość, nie jej umniejsza.

A jednak w wielu domach, zwłaszcza na wsi, wciąż pokutuje przekonanie, że kobieta ma gotować, sprzątać, prać i wykonywać wszystkie „kobiece obowiązki”, a mężczyzna wraca z pracy i pyta tylko, gdzie jest obiad. U nas nigdy tak nie było.

Może dlatego, że miał pan inny wzór? Rosół taty wspominamy nawet dziś.

Tak, ale tata był pod tym względem ewenementem. To nie było typowe zachowanie mężczyzny. Mężczyzna miał pracować, zrobić wszystko wokół domu, wrócić, odpocząć i zjeść obiad ugotowany przez żonę. Cały ciężar spoczywał wtedy na barkach kobiet. Dzisiaj mamy dobry moment, żeby to zmienić. Nie tylko w Waksmundzie, ale w całej Polsce. Kobiety nie staną się przez to mniej kobiece, a mężczyźni mniej męscy. Moi synowie, moi przyjaciele czy młodzi aktorzy, których spotykam, są fantastycznymi ojcami. Potrafią nie tylko zajmować się dziećmi, ale przede wszystkim autentycznie cieszyć się czasem spędzanym z rodziną. Ciągle słyszymy, że związki są mniej trwałe i że ludzie się rozstają. Być może. Ale jednocześnie jakość wielu relacji jest dziś zdecydowanie lepsza niż kiedyś. Nie obowiązują już te zatwardziałe zasady. Zmieniły się warunki ekonomiczne, techniczne i społeczne. Musimy umieć za nimi nadążyć.

A zmienia się coraz więcej i szybciej.

Dzisiaj potrafimy nazywać emocje w relacjach. Kiedyś tego nie robiliśmy. Kiedy słyszę, że „kiedyś nie było tylu chorób psychicznych”, zawsze odpowiadam: były. Po prostu ich nie nazywaliśmy, nie diagnozowaliśmy i często nawet nie zdawaliśmy sobie z nich sprawy. Kiedyś ludzie umierali po prostu na „śmierć”. Często nawet nie wiedzieliśmy dlaczego. Dzisiaj tę wiedzę mamy. Czy to lepiej, czy gorzej? Nie wiem. Przyszło nam żyć w innych czasach. Każde pokolenie ma swoją wizję życia i prędzej czy później zderza się z tym samym rozczarowaniem.

Każde pokolenie ma swoje „kiedyś to było…”.

Mnie też czasem dopada tęsknota za przeszłością. Ale im bliżej emerytury, tym częściej myślę o tym, żeby naprawdę żyć tu i teraz.

W domu mówiło się o emocjach?

Nie. W naszym domu czegoś takiego po prostu nie było.

A zdarzało się słyszeć „chłopaki nie płaczą”?

Wiele razy.

To zostawia ślad na całe życie?

Tak. I właśnie to jest ten element męskości, który nie przynosi nam żadnych orderów, tylko nas osłabia. Jeśli zostaliśmy tak wychowani, nie potrafimy radzić sobie z emocjami. A później odbija się to na relacjach z partnerkami, partnerami i dziećmi.

Miał pan taki moment w swoim życiu, że bał się pan przyznać do porażki? Albo słabości?

Często.

I jak sobie z tym radzić?

Kiedyś radziłem sobie z tym okrutnie. Najprostszą odpowiedzią była wódka. Nie mówimy o tym głośno, ale kiedyś był to powszechny sposób na wszelkie problemy. Po zakończeniu pierwszego serialu poszedłem do psychologa. Dzisiaj jestem w terapii i właśnie to jest mój sposób na radzenie sobie z trudnościami.

Mężczyźni stanowią około 80% wszystkich osób, które tracą życie w wyniku samobójstw na całym świecie według danych udostępnionych przez WHO.

Na szczęście terapia i proszenie o pomoc przestają być wielkim tabu. Sam pamiętam, jak w latach 90. piliśmy wódkę i śmialiśmy się z amerykańskich filmów, w których wszyscy chodzili na terapię, zamiast kupić sobie pół litra. To było głupie. Dzisiaj mogę powiedzieć to wprost. Wtedy po prostu tego nie rozumieliśmy. Te zmiany dopiero do nas docierały i mam wrażenie, że wciąż nie do końca zdajemy sobie sprawę z tego, jak wielkim szczęściem było to, że przyszły. Oczywiście każda zmiana ma też swoją drugą stronę.

Jaka?

Są też domorośli psychologowie i domorosłe terapie, które potrafią wyprowadzić człowieka na manowce. Dlatego tak ważne jest, żeby korzystać z pomocy sprawdzonych specjalistów. Mamy dziś wiedzę i narzędzia. Warto z nich korzystać. I nie bać się tego.

Tylko co jest źródłem tego strachu?

Boimy się tego, czego nie znamy. Pamiętam – i to jest bardzo trudne wspomnienie – jak ksiądz profesor Tischner odprawiał msze za kolegów artystów, którzy popełnili samobójstwo. Przyznaję, że wtedy tego nie rozumiałem. Zresztą Kościół też długo tego nie rozumiał, skoro wszystko odbywało się „po kryjomu”. Na wsi, kiedy ktoś odbierał sobie życie, spotykał się z ostracyzmem. Nie było współczucia. Mówiło się: „bidok, nie poradził sobie z życiem”. I na tym koniec. Nikt nie próbował zrozumieć, co wydarzyło się wcześniej. Wszyscy odwracali wzrok. I to jest właśnie nasz problem. Kiedy obok nas dzieje się coś granicznego – śmierć, choroba, odejście bliskiej osoby czy krzywda, którą wyrządzają nam inni albo którą sami wyrządzamy – najczęściej po prostu idziemy dalej. Udajemy, że tego nie ma. Boimy się dopuścić do siebie myśl, że to samo może spotkać nas albo naszych bliskich.

Pan też jest pełen obaw?

Mam lękową osobowość. I tu wracamy do tej góralskiej krwi, od której zaczęliśmy rozmowę. Wydaje mi się, że górale mają w sobie więcej lęku właśnie przez przyrodę. Gwałtowne zmiany pogody, burze odbijające się od gór, powodzie. To jest żywioł. W mieście jest inaczej. Jesteśmy otoczeni cywilizacją, czymś chronieni. W górach zostajemy sam na sam z siłą natury. Ja z tym lękiem cały czas walczę, ale on siedzi bardzo głęboko. To nie jest równa walka. Dlatego zacząłem szukać rozwiązania z drugiej strony i dziś próbuję oswoić to, czego się boję, zamiast przed tym uciekać.

Co panu dała terapia?

Lepiej rozumiem siebie. Lepiej siebie znam. I chyba właśnie to najbardziej mnie fascynuje w wolnym człowieku – możliwość wyboru. Ale żeby dobrze wybierać, trzeba mieć dobrze ukształtowane sumienie, jak powiedzieliby chrześcijanie. Jestem jednak bardzo krytyczny wobec tego, jak się nas kształtuje, bo te „płoty”, które stawia kościół, tak ten przez małe k – przykazania i zasady, według których powinniśmy żyć – czasem są zbyt wysokie i zbyt ciasne, niezrozumiałe. Odbijamy się od nich. Religijność nie daje wolnosci. Religia – tak. Terapia pomaga mi uczyć się własnych wyborów. I pewnie jeszcze pięćset razy zrobię coś, czego nigdy nie chciałbym zrobić. Ale nie będę już musiał sięgać po kieliszek wódki czy inne używki, żeby sobie z tym poradzić.

Nie szuka pan ucieczki.

Już nie. Jestem spokojniejszy. W czasach PRL-u nauczono mnie, że flaszką można załatwić wszystko. Widziałem, ile istnień to zniszczyło. Byłem najmłodszym aktorem w Teatrze im. Stanisława Jaracza i to ja biegałem po te flaszki. To nie były dobre czasy. Oczywiście byliśmy młodzi, bawiliśmy się i nie myśleliśmy o konsekwencjach. Ale nie chciałbym, żeby tamten świat kiedykolwiek wrócił.

I jest duża szansa na to, że nie wrócą, bo nastąpił zwrot o 180 stopni.

Bardzo się z tej zmiany cieszę. Wystarczy spojrzeć na jej efekty. Oczywiście alkohol wciąż bywa atrakcyjny. Łatwiej pójść z kolegami do pubu niż usiąść z kimś do szczerej rozmowy albo po prostu razem pomilczeć na spacerze. Tym bardziej podziwiam młodych ludzi – moich synów, córkę i ich pokolenie – że coraz częściej wybierają sport, pasje, rozwój czy terapię zamiast alkoholu.

Pana córka wykazała się podwójną siłą i odwagą – nie tylko wyswobodziła się z nałogu, ale i zdecydowała się o tym mówić głośno, by pokazać ludziom tkwiącym w sidłach uzależnienia, że nie musi tak być. Że wszystko można zmienić i odzyskać dawne życie. Dziś z pewnością czuje pan dumę, ale co było wcześniej?

Zawsze towarzyszyła mi troska. I zmartwienie, że mogłem zrobić więcej, być częściej. Po terapii wiem jednak, że nie mogę katować się tym do końca życia. Zresztą właśnie omnipotencja była jednym z powodów, dla których poszedłem na terapię. Ciągle próbowałem być idealny. Kurczowo trzymałem się tych płotów , wierząc, że jeśli z nich nie odpadnę, osiągnę perfekcję i szczęście. Dzisiaj wiem, że to tak nie działa. Trzeba mieć szerokie horyzonty i poznać zarówno dobro, jak i zło.

Piotr Cyrwus z córką Anną-Marią Stachoń
Piotr Cyrwus z córką Anną-Marią Stachoń
Źródło zdjęcia: MWMEDIA

Kościół mówi o wyraźnym podziale na czarne i białe, nie wspomina o tym, że jest jeszcze milion odcieni szarości. 

Nawet Jezus Chrystus nie opowiadał o świecie w czarno-białych barwach. W swoich przypowieściach zostawiał człowiekowi całą paletę możliwości. I wolność.

Umiejętność podnoszenia się po dokonaniu złych wyborów i niepowodzeniach powinna być jedną z dominujących cech dojrzałego mężczyzny?

Może nawet ważniejsze od samego podnoszenia się jest zrozumienie, dlaczego upadliśmy. Co się wydarzyło? Gdzie popełniliśmy błąd? Trzeba wyciągnąć wnioski i próbować to naprawić. W życiu są dni słoneczne, pochmurne i deszczowe. Tak samo jest z nami. Kiedy przychodzą trudne doświadczenia, wydaje nam się, że upadamy, że sytuacja nas przerasta. Wtedy potrzebujemy narzędzi, które nie pozwolą nam się załamać ani popaść w depresję. I tu zawsze przychodzi mi do głowy tenis. Każdy zawodnik przeżywa w meczu moment kryzysu. Wygrywa ten, którego ten kryzys trwa najkrócej. Ale nawet jeśli trwa dłużej, powinniśmy umieć być dla siebie czuli. To wcale nie jest niemęskie.

Szczęśliwie o tej czułości dla siebie mówi się coraz więcej.

Widzę to po moich dzieciach. Zupełnie inaczej przeżywają niepowodzenia. Inaczej patrzą też na pracę. Nie traktują jej jak najważniejszej walki do wygrania, ale jak narzędzie, dzięki któremu mogą później wsiąść na rower, wyjechać na wakacje czy po prostu żyć. Mają w sobie ten gen naszych przodków, który każe sprawdzić, „co jest za górką”. Ja też go mam. To paradoks górali. Z jednej strony nie lubimy zmian, a z drugiej nosimy w sobie ogromną ciekawość świata. Rozumiem tradycję, ale nie rozumiem tradycjonalizmu. Mamy piękną tradycję: otwarte serca, barwne stroje, taniec i śpiew. To jest wspaniałe. Ale bywa też, że jesteśmy zakutymi łbami i zwyczajnie brakuje nam wiedzy. I jedno, i drugie mieści się w sercu górala: potrzeba wejścia na szczyt i śpiewania z radości oraz lęk, że ktoś odbierze mu to, co ma najcenniejszego.

W rozmowie z Grzegorzem Krychowiakiem powiedział pan, że był czas, że nawet rodzina mówiła do pana „Ryśku”. Miał pan moment kryzysu tożsamości? Że po tylu latach czuł się pan już scalony z postacią?

Skończyłem szkołę teatralną. Jestem aktorem. Potrafię wychodzić z ról. To nie role były problemem. Terapia była mi potrzebna, żeby nauczyć się radzić sobie z popularnością. Z tym sobie nie radziłem.

Z zainteresowaniem ludzi czy z tzw. sodówką?

Z zainteresowaniem moją osobą.

Po roli dyrektora w „Szpitalu św. Anny” to wróciło?

Gram złego Jacka Streckera. Dostaję wiadomości od ludzi, którzy proszą, żebym nie zamykał tego oddziału.

I co pan na to?

Po prostu się z tego śmieję. Takie jest moje zadanie w serialu codziennym - stworzyć postać, z którą widzowie bardzo szybko zaczną mnie utożsamiać. Chyba mam do tego talent.

Piotr Cyrwus w roli Jacka Streckera w serialu "Szpital św. Anny"
Piotr Cyrwus w roli Jacka Streckera w serialu "Szpital św. Anny"
Źródło zdjęcia: materiały prasowe

I czy to, że ludzie kompletnie nie potrafią rozdzielić rzeczywistości od fikcji, nie jest najwyższą formą uznania dla pana pracy?

Dla mnie to najwyższa forma uznania. Tylko że trzeba umieć z nią żyć. Kocham moich widzów za tę infantylność i za wiarę, że wszystko, co widzą na ekranie, jest prawdą. Czasem jednak bywa to męczące, bo nie jestem dla nich Piotrem Cyrwusem, tylko kolejną postacią.

Jak to wpłynęło na życie rodzinne? Dzieci wiedziały od samego początku, że tata jest sławnym aktorem?

Zawsze o tym wiedziały, ale jednocześnie zawsze były od tego świata daleko. I tak zostało do dziś. Mam wrażenie, że więcej osób interesuje się mną w internecie niż w domu (śmiech). I to jest chyba zdrowe. Kiedy wychodzę z wnuczkami na spacer i ktoś prosi o zdjęcie, słyszę: „Dziadku, może już wystarczy tej popularności”.

(śmiech)

Zdarzało się, że podczas rodzinnych spacerów słyszeliśmy za plecami szepty: „To chyba ten Cyrwus”, „Patrz, Cyrwus”. Na szczęście zawsze kończyło się to życzliwym spotkaniem.

Jakie lęki towarzyszą młodemu tacie, który czeka na swoje pierwsze dziecko? Pamięta pan jeszcze? 

Właśnie tego najbardziej żałuję. Kiedy patrzę na moje dzieci i młodszych kolegów, widzę, jak świadomie przeżywali ten czas. Ja tego nie umiałem. Kiedy rodził się mój syn, byłem w teatrze. Kiedy na świat przychodziła córka, byłem na planie filmowym. Nie miałem wtedy świadomości, jak bardzo to jest ważne.

Dzisiaj podjąłby pan inną decyzję?

Bez wątpienia. Wszystko zrobiłbym inaczej. I właśnie tak dziś żyję. Czas dla rodziny wpisuję w kalendarzu na zielono i układam życie tak, żeby było go jak najwięcej. Pilnuję tych terminów równie mocno jak zawodowych zobowiązań. Kiedyś było odwrotnie. Wychowano mnie w przekonaniu, że praca jest najważniejsza i żadnej propozycji nie wolno odrzucić. Dzisiaj widzę, że moi młodsi koledzy potrafią powiedzieć: „Nie przyjdę, bo dzieje się coś ważnego w mojej rodzinie”. I świat się od tego nie kończy.

I wizja ojcostwa się zmieniła?

Zmienia się właściwie dopiero teraz. W młodości byłem zupełnie inaczej skonstruowany. Zupełnie inaczej patrzyłem na zawód aktora. Premiera? Próba? Muszę być. Dziecko zaczęło chodzić? Trudno. Dzisiaj bardzo trudno mi o tym mówić. Nie chcę tamtych decyzji usprawiedliwiać, ale nie chcę też osądzać siebie z dzisiejszej perspektywy. Czasy były inne. Pochodzę ze wsi, gdzie panowało przekonanie, że aktorstwu trzeba oddać wszystko. Jeśli nie dasz z siebie stu procent, ktoś natychmiast zajmie twoje miejsce. To zawód, który jest zazdrosny o każdą chwilę. Pracujemy na emocjach i nie zawsze potrafimy zostawić je za drzwiami domu. A mnie nie zawsze udawało się sprawić, żeby wszyscy w mojej rodzinie byli szczęśliwi.

Ale zdaje się pan teraz nadrabiać stracony czas. Jak to się stało, że odnalazł pan swojego najstarszego syna? To piękna historia o tym, że nigdy nie jest za późno.

Ksiądz mi pomógł.

Naprawdę?

Tak. Powiedział: „Piotrze, musisz podjąć decyzję. Musisz zdecydować, czego chcesz”.

(cisza)

(cisza)

I podjąłem decyzję. Z pełną odpowiedzialnością, choć nie wiedziałem, jaką cenę przyjdzie mi za nią zapłacić. A była wysoka. I nie mówię o pieniądzach. Chodzi o przemodelowanie całego mojego życia i mojej rodziny. Ale było warto. Dzisiaj mam wspaniały kontakt z moimi synami. Z Mateuszem i z Łukaszem. Są moimi przyjaciółmi. Potrafimy rozmawiać o wszystkim. I nawet kiedy się nie zgadzamy, wciąż się rozumiemy. Potrafię z nimi po prostu być. Już potrafię. Nie wiem, czy zawsze umiem ich wesprzeć. To nie jest takie oczywiste. Ale jestem obok. I uczę się słuchać. Nie mówić im, jak mają żyć.

Pan zdecydowanie jest długodystansowcem. Życie spędził pan u boku jednej kobiety, przez wiele lat grał pan w tym samym serialu, związany był pan z tym samym teatrem…

A to akurat jest przymus (śmiech).

(śmiech) W mojej głowie to było bardziej romantyczne.

Oczywiście żartuję. Czasem rzeczywiście jest w tym jakiś przymus. Nie każdą decyzję podejmujemy świadomie. Mam nawet takie powiedzenie: nie stój w otwartych drzwiach, bo cię przewieje. Zamknij je i otwórz następne. Lubię moje intuicyjne życie. Ponoszę jego koszty. Czasem ktoś mnie doceni, ale niemal zawsze jest w tym jakieś drugie dno.

Ale jest pan wielkim szczęściarzem. Żona po tylu latach małżeństwa tak pięknie o panu mówi, że trudno się nie wzruszyć.

Czasem mam wrażenie, że jesteśmy aż za blisko. (śmiech) Jesteśmy razem w pracy. Jesteśmy razem w domu. Taki długi związek to bardzo wyboista droga, więc o nudzie nie ma mowy. To, co nas trzyma razem, to rytuały i wszystko to, co przez lata zbudowaliśmy. Moja żona od zawsze mnie inspiruje. Jest niesamowicie mądra. I czasem potrafi mnie też porządnie wnerwić. (śmiech)

Gdyby pana nie wkurzała, to by oznaczało, że źle pan wybrał.

Różne rzeczy wydarzyły się w naszym życiu. I przez wszystkie przeszliśmy razem. Jesteśmy wobec siebie szczerzy. Przy porannej kawie nie zakładamy żadnych masek. Jesteśmy po prostu sobą. I właśnie to uważam za najpiękniejsze. Że po tylu latach wciąż możemy być sobą.

Piotr Cyrwus z żoną Mają Barełkowską
Piotr Cyrwus z żoną Mają Barełkowską
Źródło zdjęcia: MWMEDIA
Autorka/Autor: Aleksandra Głowińska