"Nie czułam się seksbombą". Renata Dancewicz szczerze o karierze, plotkach o romansie z Markiem Kondratem i upływie czasu [WYWIAD]

Renata Dancewicz w #zzakadru
#ZZAKADRU Zbigniew Zamachowski o popularności, aktorstwie, "Shreku 5", mobbingu ze strony mediów i najważniejszych rolach
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Była jedną z najbardziej wyrazistych aktorek lat 90., choć sama nigdy nie zabiegała o status gwiazdy. Renata Dancewicz w rozmowie z Aleksandrą Czajkowską w cyklu "Zza Kadru" opowiada o nieśmiałości, która przez lata kryła się za ekranowym wizerunkiem seksbomby, o cenie niezależności, macierzyństwie bez stereotypów i intuicji, której nauczyła się ufać. To szczera rozmowa o życiu na własnych zasadach - zarówno przed kamerą, jak i poza nią.

Wywiad przeczytasz poniżej.

Jak to się stało, że nieśmiała dziewczyna, która najchętniej chowała się za książkami i unikała wszystkiego, co mogło przyciągać uwagę, stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych aktorek swojego pokolenia?

W najnowszym wywiadzie z cyklu "Zza Kadru" Aleksandra Czajkowska rozmawia z Renatą Dancewicz o dzieciństwie pełnym wolności, zawodowych sukcesach i porażkach, medialnych łatkach, które trudno było odkleić, oraz o życiu prywatnym, którego konsekwentnie strzeże.

Aktorka wspomina także kulisy pracy na planach filmowych, opowiada o wychowaniu syna i tłumaczy, dlaczego najważniejsze decyzje podejmuje, słuchając własnej intuicji. Zapraszam do lektury.

Renata Dancewicz o niezależności i dzieciństwie. "Już jako dziewczynka uświadomiłam sobie, że najważniejszym słowem jest 'nie'"

Aleksandra Czajkowska, tvn.pl: Nie goniła pani za sławą ani nie dawała się zamknąć w narzuconym wizerunku. Skąd wzięła się w pani taka niezależność?

Renata Dancewicz: Nie mam takich bardzo silnych skłonności autoanalitycznych. To jest wypadkowa wielu rzeczy - charakteru, wychowania, książek, które przeczytałam, ludzi, których spotkałam. Już jako dziewczynka uświadomiłam sobie, że najważniejszym słowem jest "nie". Byłam przekorna. Rodzice dawali mi dużo przestrzeni, nie byli inwazyjni. Myślę, że to wszystko razem - trochę geny, trochę wychowanie, trochę środowisko.

Jak zatem wyglądał pani dom?

Miałam bardzo normalne i szczęśliwe dzieciństwo. Rodziców, młodszego brata, wychowywałam się w Lubinie na Dolnym Śląsku. Miałam też babcię na wsi - to bardzo ważne, bo uważam, że podstawą szczęśliwego dzieciństwa jest babcia na wsi. Rodzice nas kochali, ale nie dusili miłością. Bawiłam się na podwórku, chodziłam sama do szkoły.

A były jakieś zakazy, nakazy, czy raczej rozmowy?

Z małym dzieckiem trudno dialogować. Kiedy jest starsze - wtedy się rozmawia. Moi rodzice mieli swoje życie. Nie byłam projektem "dziecko". Miałam wolność i czas. Teraz to już rzadkość. Byłam dzieckiem raczej nieśmiałym, zamkniętym.

Pani była nieśmiała?

Bardzo.

Tego bym się nie spodziewała (śmiech).

Do tego stopnia, że nie lubiłam butów, które stukały, bo zwracały uwagę. Książki były moim eskapizmem - uwielbiałam czytać. Nawet brat kablował mamie, że znowu czytam po nocach.

A kiedy ta nieśmiałość zaczęła ustępować miejsca odwadze?

Z wiekiem. Im człowiek starszy, tym lepiej zna siebie i nabiera pewności. Ale nadal nie jestem osobą bardzo śmiałą. Kiedy znajduję się wśród większej liczby osób, nie czuję się swobodnie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że nadal jestem nieśmiała.

Nie lubi pani tłumów?

Nie, nie jestem lwicą salonową.

To w jakich sytuacjach czuje się pani bezpiecznie?

Poczucie bezpieczeństwa mam w sobie. Nie potrzebuję, by ktoś mi to zapewniał z zewnątrz. Nie martwię się na zapas, nie mam chorych ambicji. Raczej jestem leniwa i spokojna. Nie mam wielkich wymagań. Nie muszę być sławna ani bogata. Nie przywiązuję się do tego. Nawet gdybym nie była aktorką, to nic by się nie stało, pracowałabym gdzie indziej.

Renata Dancewicz o szkole aktorskiej, łatce "seksbomby" i kompleksach

Ale jednak została pani aktorką na przekór Janowi Machulskiemu, który wyrzucił panią z łódzkiej filmówki. Dlaczego w ogóle szkoła aktorska?

Jak większość dziewczynek chciałam być królewną. To było dziecięce marzenie o świecie, który wydawał się inny, ale te wyobrażenia nie miały nic wspólnego z prawdziwym zawodem. To ironia losu, że decydujemy się na wybór zawodu, w momencie kiedy nie mamy pojęcia, z czym to się wiąże.

Spotkała się pani później z Janem Machulskim?

Tak, przelotnie. Raz w jakiejś kawiarence hotelowej, a drugi raz podczas akcji "Artyści dzieciom".

Mieliście okazję porozmawiać o tym, co się wydarzyło?

Nie, dlatego, że nie mieliśmy bliskiej relacji, więc to były tylko krótkie, powierzchowne rozmowy. Powiedział kiedyś, że widzi, że dobrze mi się wiedzie.

Po filmach "Deborah", "Diabelska edukacja" i "Pułkownik Kwiatkowski" okrzyknięto panią seksbombą. W każdym z tych filmów miała pani nagie sceny. To było trudne doświadczenie dla młodej kobiety?

Wystawienie się na widok publiczny jest wstydliwe. Zdecydowana większość osób nie jest zadowolona z tego, jak wygląda.

To znaczy, że miała pani kompleksy?

Jak każdy. Szczególnie kobiety są narażone na ocenianie już od najmłodszych lat. Słyszą, że są za grube, za chude, za niskie czy za wysokie i takie komentarze gdzieś zostają z tyłu głowy. Z wiekiem człowiek uczy się to oswajać i rozumieć, ale młoda osoba często nie ma jeszcze narzędzi ani świadomości, by sobie z tym poradzić. Zresztą zawsze dziwiło mnie podejście do scen erotycznych z moim udziałem.

Dlaczego?

Nie byłam przecież pierwszą aktorką, która je grała. Kino lat 80. i 90. było pełne takich scen i wiele aktorek miało je w swoim dorobku. Nigdy jednak nie budowałam swojej kariery na seksualności. Kiedy ktoś nazywał mnie seksbombą, reagowałam z dystansem i śmiechem, bo nigdy tak siebie nie postrzegałam. Nie czułam się nią. To po prostu nie byłam ja.

Renata Dancewicz
Renata Dancewicz
Źródło zdjęcia: cyfrowo

Przeszkadzała pani ta łatka?

Nie przejmowałam się tym, ale z perspektywy czasu widzę, że wpłynęło to mocno na mój wizerunek i było obciążające.

Dziś na planach filmowych obecni są koordynatorzy intymności, którzy dbają o komfort i bezpieczeństwo aktorów podczas realizacji intymnych scen. W czasach, gdy pani zaczynała, o takiej funkcji nawet nie śniono. Czy miała pani wtedy poczucie, że brakuje odpowiednich standardów? Zdarzyły się sytuacje, w których ktoś przekroczył pani granice lub sprawił, że czuła się pani niekomfortowo?

Praktyka na planach (przynajmniej tych, w których ja brałam udział) wyglądała tak, że kiedy mieliśmy kręcić takie sceny, osoby niepotrzebne opuszczały plan, zostawali tylko niezbędni. W związku z tym nie miałam nieprzyjemnych doświadczeń, pomijając to, że to w samo w sobie nie jest przyjemne (śmiech).

Jak wspomina pani pracę przy "Deborze"?

Bardzo dobrze. Lubię ten film i swoją rolę. Warunki były dosyć trudne - bo było zimno, mało pieniędzy i mało czasu, ale wyszło nam coś ciekawego. Uważam, że ten film był niedoceniony.

Renata Dancewicz
Renata Dancewicz
Źródło zdjęcia: MWMEDIA

Renata Dancewicz o plotkach o romansie z Markiem Kondratem i hejcie

"Diabelska edukacja", „Ekstradycja” i "Pułkownik Kwiatkowski" - te tytuły połączyły panią zawodowo z Markiem Kondratem. Jak wam się układała współpraca?

Marek jest fantastycznym aktorem i człowiekiem. Kiedy pierwszy raz spotkałam się z nim na planie Janusza Majewskiego w "Diabelskiej educkacji" byłam zachwycona.

Był wymarzonym partnerem?

Zdecydowanie. Na planie panowała dobra atmosfera i zawarłam tam przyjaźnie, które trwają po dziś. Aczkolwiek byłam bardzo zdziwiona, kiedy prasa zaczęła pisać o naszym romansie, tylko dlatego, że mieliśmy nagie sceny i zagraliśmy w kilku produkcjach z rzędu. Plotki oczywiście były wyssane z palca - nigdy nawet nie byliśmy razem na kawie.

W jednym z wywiadów powiedziała pani: "czasem nawet lubię aktorstwo". To pokazuje, że nigdy nie podchodziła Pani do tego zawodu w sposób bezkrytyczny czy romantyczny. Czy w takim razie miała pani kiedyś plan B na siebie?

Nie znalazłam nic ciekawszego. Może gdyby mi nie wyszło, wymyśliłabym coś innego. Nie jestem ortodoksyjną aktorką i czasem nawiedzają mnie takie myśli, że być może zajmuje komuś miejsce. Dużo osób marzy o pracy w tym zawodzie, a liczba ról jest ograniczona. Nie spędza mi to oczywiście snu z powiek, ale czasem zatrzymam się przy tym na chwilę.

Czy moment, w którym media szeroko rozpisywały się o relacji z Markiem Kondratem, był jednocześnie pierwszym doświadczeniem z hejtem i tak dużym zainteresowaniem pani życiem prywatnym?

Szczęśliwie były to jeszcze czasy przed Internetem, więc nie nazwałabym tego hejtem, raczej plotkami. Wtedy mimo wszystko bardziej uważano na słowa i sposób pisania. Istniała też większa obawa, że ktoś może pójść z taką sprawą do sądu. Dopiero wraz z nadejściem Internetu i portali plotkarskich wszystko naprawdę ruszyło. Dlatego cieszę się, że zaczynałam karierę właśnie w tamtych czasach. Dziś przecież często wartość aktora mierzy się liczbą obserwatorów i od tego zależą nawet stawki.

A kiedy pojawił się już Internet i portale plotkarskie, zdarzało się pani czytać komentarze na swój temat?

Nie. Na początku nawet nie wiedziałam, jak to sprawdzać. Pamiętam jednak wywiad, którego udzieliłam, będąc w ciąży.

Wtedy, kiedy powiedziała pani, że nie zmieni swojego życia dla dziecka?

Tak, że nie zamierzam być podnóżkiem i też chcę mieć normalne życie. Wtedy przeczytałam komentarze, że współczują mojemu dziecku, które będzie podrzucane, że na pewno będę złą matką. To było absurdalne. Ale wiedziałam, co powiedziałam w tym wywiadzie, więc osoby piszące te komentarze uważałam za wtórnych analfabetów, którzy mają zły nastrój i nie rozumieją tego, co czytają, więc uznałam, że nie będę się takimś czymś przejmować.

Myślała pani o napisaniu autobiografii?

Kiedyś ktoś mi to proponował, ale nie doszło do skutku i to widocznie był palec Boży (śmiech). Sama jestem na to za leniwa, musiałby się ktoś tym zająć. Może i dobrze. Nie mówię "nie", ale na razie nie czuję potrzeby.

Jest szansa, że otworzyłaby się pani w niej bardziej na temat życia prywatnego?

Raczej nie. Uważam, że prywatność to prywatność. Nie chcę ludziom zajmować czasu swoimi sprawami. Jestem staroświecka w tym temacie. Nie mam takiej potrzeby i też trochę się wstydzę.

Renata Dancewicz o macierzyństwie, upływającym czasie i "Na Wspólnej"

Nie wchodzi pani w prywatę w wywiadach, ale nie ma pani problemu z tym, aby mówić o macierzyństwie.

Tak, mówiłam na ten temat całkiem sporo i dużo rzeczy, które kiedyś wcale nie były popularne, jak to, że to nie jest tylko szczęście i miłość, ale też zapie***l, nuda i masę trudnych chwil. Byłam wtedy mocno krytykowana.  

Bo nie odnajdywała się pani w stereotypie "Matki Polki"?

Dla mnie ważna jest wolność, dużo bardziej niż poczucie bezpieczeństwa. I tak też wychowywałam swoje dziecko. Nie miałam żadnych metod, po prostu traktowałam go z szacunkiem i dawałam przestrzeń. Oczywiście mój syn musiał obejrzeć wszystkie bajki, które ja oglądałam w dzieciństwie (śmiech).

Czyli?

"Krecik", "Korkodyl Gienia", "Był sobie człowiek" czy "Gąbka i latające talerze". Dla mnie to było świetne, bo mogłam wrócić do dzieciństwa i przypomnieć sobie to wszystko (śmiech).

Najważniejsze to znaleźć wspólny język?

Kiedyś trafiłam na świetną rozmowę z pedagożką z Brazylii, która powiedziała, że najważniejszą rzecz, jaką możemy zrobić dla naszych dzieci, to wybór miejsca zamieszkania. Ale jest to bardzo prawdziwe, bo w pewnym momencie tracimy wpływ na dziecko i "przejmują" go równieśnicy. To bardzo ważne, jakimi ludźmi się otacza i wokół jakich ludzi mieszka.

I wybór padł na...

Na miejsce, w jakim sama żyłam. Nie uważam, że jak pojawia się dziecko, trzeba wszystko rzucać i zmieniać całkiem swoje dotychczasowe życie, tylko dziecko ma się znaleźć w zastanej rodzinie. I to wtedy jest zdrowe i normalne. Bo jeśli jest traktowany jak król, a potem idzie w świat i jest jednym z miliona takich królów to czeka bo bardzo nieprzyjemne rozczarowanie.

Mocne zderzenie z rzeczywistością.

Podobnie jest dziś z psami. Mam wrażenie, że wiele osób podchodzi do nich w sposób trochę niezdrowy, a efektem bywają później znerwicowane zwierzęta. Często zapominamy, że pies nie jest ani dzieckiem, ani zabawką - to wciąż zwierzę, bardzo mocno przystosowane do życia z człowiekiem, ale nadal mające swoje instynkty i naturalne zachowania, których często nie dostrzegamy. Sama mam psa i bardzo go kocham, ale jednocześnie wiem, że to ja wyznaczam granice i podejmuję decyzje. Oczywiście można psa rozpieszczać i okazywać mu czułość, jednak w relacji musi istnieć pewna równowaga. Inaczej, moim zdaniem, można wyrządzić zwierzęciu więcej szkody niż dobra.

Powiedziała pani kiedyś, że, kiedy robiła rzeczy wbrew sobie, one często okazywały się błędem. O czym to była lekcja?

Przede wszystkim o słuchaniu siebie. Nawet jeśli popełnię błąd, ale będzie to moja decyzja, łatwiej mi ją zaakceptować, bo wiem, że postąpiłam w zgodzie ze sobą. Kilka razy zdarzyło mi się jednak posłuchać innych ludzi - często z dobrych pobudek - ale to nie był mój wybór ani moje wewnętrzne przekonanie. I właśnie wtedy miałam do siebie największe pretensje.

A jak jest teraz?

Dziś myślę, że lepiej brać odpowiedzialność za własne decyzje i żyć na własny rachunek. Oczywiście warto słuchać innych, ich rad i doświadczeń, ale mam też poczucie, że kobieca intuicja, przez lata niedoceniana, bardzo często okazuje się trafna. Czasem pierwsze wrażenie bywa mylące, na szczęście może być jeszcze drugie i trzecie (śmiech).

Zdarzyło się pani podjąć decyzję o odrzuceniu roli na podstawie tego pierwszego wrażenia, czego później pani żałowała?

Nie. Wszystko, co zrobiłam, było wypadkową czasu i okoliczności, i nie mam poczucia żalu. Natomiast to, jaka jestem w pracy - na scenie czy na ekranie - nie jest pełnym obrazem mnie. To nie definiuje mnie w całości. Nie traktuję pracy jako przestrzeni, w której muszę się "spalać" ani koniecznie pokazywać, jaka jestem naprawdę. Gdyby ktoś budował swoją opinię o mnie wyłącznie na podstawie zawodowych ról, byłby to obraz niepełny i nie do końca prawdziwy.

W filmie "Deborah" pani bohaterka postawiła wszystko na miłość, mimo że groziła jej pewna śmierć. Czy pani w życiu prywatnym byłaby w stanie dla miłości również postawić wszystko na jedną kartę?

Oczywiście. Miłość jest bardzo ważna. Trzeba robić to, co się czuje, nawet jeśli popełnimy błąd.

Czyli nie kierowała się pani przesadnie racjonalnym myśleniem, tylko robiła to, co czuje?

Jestem mieszanką uczuć i rozumu, i lubię szybkie decyzje.

Jaki ma pani stosunek do upływającego czasu?

Niezbyt entuzjastyczny. Starzejemy się - to nieuniknione, a cała ta droga prowadzi do śmierci, której, jak żartował Woody Allen, wolelibyśmy uniknąć, najlepiej nie uczestnicząc w niej (śmiech). Ale nie lubię się tym zamartwiać. Dbam o siebie, staram się dobrze odżywiać, zaczęłam chodzić na siłownię, choć wszystko w rozsądnych granicach.

A medycyna estetyczna?

Wszystko, co służy ludziom i przynosi im korzyść, jest w porządku. Jeśli coś komuś pomaga i sprawia, że czuje się lepiej, to dlaczego z tego nie korzystać? Ja sama zawsze dbałam o siebie - lubiłam dobre kremy i różne zabiegi pielęgnacyjne. Uważam, że to po prostu kwestia komfortu i dobrego samopoczucia.

Chodzi pani jeszcze na castingi czy częściej dostaje zaproszenia?

Różnie to wygląda. Zdarza się, że nadal chodzę na castingi, choć nie jest to dla mnie szczególnie przyjemne doświadczenie - raczej traktuję to jako element zawodu, który po prostu trzeba zaakceptować. Czasem też dostaję bezpośrednie zaproszenia, więc wszystko zależy od projektu i sytuacji.

W "Na Wspólnej" gra pani od samego początku, czyli już od 23 lat. Po tak długim czasie nawet najbardziej lubiana rola może się przecież oswoić. Jak dziś patrzy pani na swoją serialową Weronikę i relację z tą postacią?

Bardzo dobrze. Na początku Weronika miała być bezdzietną prawniczką, ale w pewnym momencie zaszłam w ciążę i scenarzyści naturalnie włączyli ten wątek do serialu. Można powiedzieć, że życie napisało wtedy własny scenariusz. Lubię tę postać i mam do niej duży sentyment. Po tylu latach pracy mam też przyjacielskie relacje z wieloma osobami z planu - w końcu pracujemy razem od dawna, więc zdążyły się zbudować bliskość i zaufanie. Atmosfera jest naprawdę dobra, co bardzo ułatwia codzienną pracę.

Jest pani teraz szczęśliwa?

Tak, bywam szczęśliwa często. To dobry czas. Oby trwał jak najdłużej.

Renata Dancewicz
Renata Dancewicz
Źródło zdjęcia: MWMEDIA
Autorka/Autor: Aleksandra Czajkowska