Jacek Bończyk w szczerej rozmowie o pracy, muzyce, popularności, depresji i granicach, które musiał postawić. "Pojawiam się i znikam, kiedy chcę" [WYWIAD]

Jacek Bończyk
"Jacy rodzice, takie dzieci?" 2, odc. 3. Marianna Stuhr o relacji z tatą, żałobie i życiowej pasji
Jacek Bończyk to artysta wielu światów - aktor, reżyser, dubbingowiec, autor tekstów i muzyk, który od lat konsekwentnie idzie własną drogą. W rozmowie opowiada o pracy, która "ustawia go do pionu", o kulisach dubbingu i reżyserii, o muzyce, która wraca w różnych momentach życia, a także o cenie popularności. Po raz kolejny bardzo szczerze mówi też o depresji, z którą żyje od ponad 20 lat - bez patosu, za to z doświadczeniem i dystansem. Zapraszamy do kolejnej odsłony cyklu Aleksandry Czajkowskiej na tvn.pl #ZZA KADRU.
W wywiadzie Jacek Bończyk mówił m.in.:
  • O nagłej popularności po "Adamie i Ewie": "Nie przeszedłem tego najlepiej. Szybko przypięto mi łatkę kogoś trudnego"
  • O małżeństwie z Olgą Bończyk i życiu w blasku reflektorów: "Te nasze popularności nakładały się na siebie"
  • O jednym z najtrudniejszych momentów w życiu: "Musiałem zanieść świeżo kupiony sprzęt do lombardu, żeby zapłacić zobowiązania"
  • O życiu z depresją, z którą zmaga się od 20 lat: "Kiedy zacząłem mówić o swoich problemach, często traciłem pracę"

Jacek Bończyk o początkach w dubbingu i trudnej popularności. "Nie przeszedłem tego najlepiej"

Aleksandra Czajkowska, tvn.pl: Dubbingował pan wiele kultowych postaci z bajek dla dzieci - od księcia Dereka w "Księżniczce łabędzi", przez Kudłatego w "Scooby-Doo", po Jerry’ego w "Ricku i Mortym". Zdarza się, że fani najpierw rozpoznają pana po głosie, a dopiero potem po twarzy?

Jacek Bończyk: Zacząłem to zauważać dopiero od jakiegoś czasu. Bywa, że w sklepie coś mówię, ktoś się nagle odwraca, przygląda mi się uważnie i pyta: "Czy my się skądś znamy?". A ja odpowiadam, że to zależy od tego, jakie bajki oglądał w dzieciństwie (śmiech). Na początku mojej drogi zawodowej dubbingu było naprawdę bardzo dużo. Kiedy na początku lat 90. przyjechałem do Warszawy, uczyłem się od Miriam Aleksandrowicz - legendarnej reżyserki dubbingu - która wprowadzała mnie w tajniki tego zawodu. To był czas prawdziwego boomu: w Warszawie działało wiele studiów, a do tego powstawały filmy z pięknymi, śpiewanymi piosenkami. "Księżniczka łabędzi" była jednym z takich tytułów.

Nie ukrywam, że to jedna z moich ulubionych bajek.

Moja również (śmiech). A "Scooby-Doo" to w ogóle fenomen, bo w tym samym, niezmiennym składzie aktorskim gramy tę serię od 24 lat.

Przez ten czas zmienił się sposób pracy przy dubbingu?

Bardzo. Kiedyś nagrywaliśmy wszyscy razem, na "szeroką taśmę". Od wielu lat wygląda to zupełnie inaczej — każdy z nas nagrywa swoje kwestie osobno.

A czy to nie odbiera trochę radości z tej pracy?

Kiedyś były to prawdziwe spotkania towarzyskie i Miriam bardzo tego pilnowała - czy pracowaliśmy przy "Scooby-Doo", czy nagrywaliśmy polską wersję "Przyjaciół". Spędzaliśmy razem kilka godzin w studiu, w szóstkę. Wymagało to dużej dyscypliny, ale też było świetną zabawą: ktoś mówił swoją kwestię, robił unik, żeby kolega mógł wejść z kolejną, potem znowu krążył, by wrócić do swojej. Dziś aktor spotyka się w studiu tylko z reżyserem i realizatorem, na ściśle określony czas. Gra najlepiej, jak potrafi, mając w głowie dialog z kimś, kogo fizycznie obok już nie ma.

To mówi dużo o relacjach. W zawodzie jest dziś więcej dystansu?

Wszystko dziś - w życiu i świecie - robi się jakby... chłodniejsze. Ludzie spotykają się rzadziej. Tak samo bywa z muzykami: każdy nagrywa swoją partię w studio i wychodzi, a kiedyś grało się w zespołach razem, na tzw. "setkę".

Skoro mówimy o dystansie i byciu wśród ludzi - kiedy ta obecność innych: spojrzeń, rozpoznawalności, była dla pana najbardziej intensywna?

Dawno temu - na szczęście (śmiech).

Po "Adamie i Ewie"?

Tak. To był jeden z pierwszych polsatowskich seriali i nikt wtedy nie był w stanie przewidzieć, jak to się wszystko rozwinie. Ja naprawdę miałem z tym problem. Na co dzień jestem introwertykiem - co nie zmienia faktu, że scena i granie sprawiają mi ogromną przyjemność. Ale wtedy kompletnie nie byłem przygotowany na bycie obserwowanym w sklepie, na ulicy, na liczne wywiady i konieczność ciągłej ekspozycji. Nie przeszedłem tego najlepiej.

W jakim sensie?

Do tego stopnia, że kiedy pojawiła się propozycja kolejnego serialu, odmówiłem. Byłem tak zmęczony po dwóch, trzech latach ciągłego kręcenia i bycia w centrum uwagi, że uznałem, iż muszę odpocząć - i że chyba wcale nie mam na to ochoty. Zrozumiałem, że wolę teatr, nagrania w studio. Dziś jest inaczej, bo gram w teatrze, reżyseruję, koncertuję, ale mogę sobie po prostu być tzw. człowiekiem pracującym. Oczywiście czasem ktoś poprosi o autograf czy zdjęcie, ale nie jest to dla mnie tak obciążające, jak wtedy - a było bardzo.

Katrzyna Chrzanowska, Waldemar Goszcz i Jacek Bończyk na planie serialu "Adam i Ewa"
Katrzyna Chrzanowska, Waldemar Goszcz i Jacek Bończyk na planie serialu "Adam i Ewa"
Źródło: kapif

To też zupełnie inny widz niż ten telewizyjny.

Tak, bo w teatrze widz dokładnie wie, dlaczego chce sobie zrobić zdjęcie - właśnie wyszedł ze spektaklu i widział, że przez dwie godziny naprawdę się dla niego "eksploatowałem". Zupełnie czym innym jest sytuacja, kiedy ktoś mówi: "Ja Pana skądś znam. Może zrobimy fotkę?".

Pik pana popularności to początek show-biznesu w Polsce. Kolorowa prasa, plotki. Paparazzi nie dawali panu żyć?

Nie, no bez przesady, daleko mi do popularności Agi Kaczorowskiej czy "Rogasia" (śmiech).

Widziałam, że niedawno zaczęliście współpracę.

Tak, trochę kooperujemy i zbieramy pomysły. Ale wtedy najbardziej nużące było coś innego - propozycje sesji zdjęciowych w kompletnie absurdalnych okolicznościach. Na przykład było lato, a ktoś nagle chciał sesję z choinką, najlepiej jeszcze z żoną i z kotem.

W pewnym momencie zaczęło mi to bardzo doskwierać. Zacząłem odmawiać i szybko przypięto mi łatkę kogoś "trudnego", kto się nie zgadza albo pojawia się tylko czasem. Nie mam do siebie o to pretensji. Zawsze starałem się wyznaczać granice - a dziś mam wrażenie, że te granice właściwie przestały istnieć.

Szczególnie w internecie.

Patrząc na świat sprzed ponad dwóch dekad, stwierdzam, że ja się z niego po prostu urwałem. Poza wszystkim, tamten czas popularności był też związany z tym, że byłem mężem Olgi i te nasze popularności nakładały się na siebie.

To był moment, gdy Olga Bończyk grała w "Na dobre i na złe"?

Olga miała "Na dobre i na złe", a ja "Klinikę samotnych serc". To było niełatwe do pogodzenia - zwłaszcza że Olga jest osobą otwartą i świetnie się w tym odnajdywała, a ja coraz bardziej odczuwałem opór. Takie różnice potrafią prowadzić do napięć i różnych perturbacji. Nie mam nic przeciwko wywiadom ani rozmowom z ludźmi, którzy są do wywiadu przygotowani i chcą rozmawiać o pracy, o wyzwaniach. Mogę rozmawiać na wiele różnych tematów dotyczących mojej twórczości czy intuicji, ale wchodzenie w rejony, do których nie chcę nikogo wpuszczać, nie wchodzi w grę.

Przez lata funkcjonowała opinia, że Bończyk jest trudnym rozmówcą, bo mówi tylko o tym, na co pozwala. A przecież mam do tego prawo. Dziś trochę się z tego śmieję. Ostatnio miałem kilka premier - jako reżyser i jako aktor - i siłą rzeczy trzeba było czasem wyjść na ściankę. Zacząłem więc się pojawiać i natychmiast trafiają się nagłówki: "Dawno niewidziany Jacek Bończyk…"(śmiech).

To w końcu "hot temat" - nie napisali nieprawdy (śmiech).

Mam do tego dziś duży dystans, ale gdy czytam: "Gdzie był przez ostatnie 20 lat?", odpowiadam: pracowałem. W teatrach, w studiach, na uczelni. I to jest praca, która mnie najbardziej kręci. Przyjąłem jednak do wiadomości, że czasem trzeba na tę ściankę wyjść, poprężyć się chwilę - bo to jest wpisane w ten zawód.

Zwłaszcza dziś.

Jeśli teatr, z którym współpracuję, mnie o to prosi, nie uciekam.

A jak się Pan z tym czuje - z wychodzeniem "do ludzi"?

Teraz już dobrze. Chociaż zwykle uprzedzam, że pewnie zaraz po angielsku się ulotnię - bo "Kopciuszek musi wracać do psa" (śmiech).

Jacek Bończyk o muzyce, współpracy ze Zbyszkiem Krzywańskim i Depresjonistach

Dostrzegam wiele podobieństw między panem a Olgą Bończyk: śpiewacie, dubbingujecie, gracie. Na początku kariery ona musiała wybierać: aktorstwo czy śpiew. A pan?

Ja nie wybierałem - chciałem robić wszystko. Ale rzeczywiście, takie momenty się pojawiały. Szczególnie po koncercie "Kombinat" na PPA we Wrocławiu, gdzie zagraliśmy my, aktorzy, razem z zespołem Republika - bez Grzegorza Ciechowskiego. Rok później moja znajomość ze Zbyszkiem Krzywańskim, czyli gitarzystą Republiki zaczęła zmierzać w stronę wspólnego projektu. Pamiętam, że wtedy zarówno ludzie z branży, jak i spoza niej pukali się w czoło i mówili: "Musisz się określić - jesteś aktorem czy rockowym muzykiem?". Zbyszek namówił mnie, żebym porzucił gitarę klasyczną, sięgnął po elektryczną i zaczął śpiewać mocniej, inaczej niż wcześniej.

Jacek Bończyk i Olga Bończyk
Jacek Bończyk i Olga Bończyk
Źródło: kapif

To wtedy powstali Depresjoniści?

Tak. I rzeczywiście moje środowisko oczekiwało ode mnie jasnej deklaracji.

Ale często słyszał pan takie komentarze od starszych kolegów po fachu? Z teatru, od aktorów?

Nie tylko od starszych. Chodziło raczej o samo podejście: "Ty jesteś aktorem - gdzie ty się pchasz? Tamta scena jest zupełnie inna". A ja odpowiadałem, że po prostu chcę spróbować, tego też dotknąć. Tak mam przez całe swoje życie artystyczne - zawsze chciałem wszystkiego, sorry. Wiedziałem, że sam zawód aktora mi nie wystarczy. Mówiłem to już od razu po studiach w PWST.

Zresztą fakt, że od ponad 30 lat nie jestem na etacie, wiele mówi. Zawsze powtarzałem, że uprawiam wolny zawód - a on daje mnóstwo możliwości, mieni się wieloma barwami. Dlatego nigdy nie zdecydowałem się na stałe związać z jednym teatrem.

Był taki moment, gdy wychodziłem na scenę teatralną i jednocześnie wydawaliśmy pierwszą płytę formacji Bończyk/Krzywański - z gatunku rocka progresywnego. Zauważył ją Piotr Kaczkowski (Trójka) i uznał za najważniejszy album tamtego roku. A to, że zacząłem grać rockowe koncerty, nie spotkało się w środowisku z łaskawym odbiorem, ale to były inne czasy - początek lat 2000.

Jacek Bończyk
Jacek Bończyk
Źródło: materiały prywatne

To było już po "Adamie i Ewie"?

Tak. Dziś nikogo nie dziwi, że np. Paweł Domagała jest aktorem i jednocześnie gra koncerty. Wtedy to było duże zaskoczenie, pojawił się nawet lekki ostracyzm, ale poradziłem sobie z tym. Dziś to po prostu jeden z patyczków w wachlarzu moich możliwości.

Mogę grać w teatrze, reżyserować, uczyć studentów, pisać teksty i scenariusze, komponować, śpiewać poezję, musicale i rocka, do tego jeszcze mam dubbing, a ostatnio także - reżyserię dubbingu – dlaczego nie? I wciąż mam kolejne pomysły na siebie, bo zawsze chciałem robić rzeczy różne. Zajmowanie się tylko jedną dziedziną byłoby zbyt uciążliwe.

Jest Pan więc ogromnym szczęściarzem.

Tak, rodzina wciąż mi to powtarza. Jeśli widzę, że kalendarz zaczyna robić się luźniejszy, od razu wymyślam sobie coś nowego. Nawet jeśli nie ma propozycji - choć ostatnie lata były dość intensywne - to wtedy ja mam jakąś nową propozycję dla świata. Zastanawiam się, co jeszcze mógłbym zrobić, w którą stronę pójść. Nie mam więc wielkich przestojów, choć kiedyś one bywały. I nie wstydziłem się tego, że gdy kończył się tytuł albo trasa koncertowa, po prostu brałem telefon i dzwoniłem do studiów dubbingowych czy znajomych reżyserów: "Halo, jestem dostępny. Już nie jestem tak bardzo zajęty". Nie ma w tym nic złego - na tym polega ten zawód, zwłaszcza gdy nie jest się na etacie. Jestem przyzwyczajony do tego, że wieczorem zaglądam do kalendarza i sprawdzam, co robię następnego dnia - a praktycznie każdy dzień wygląda inaczej. To trochę jak z myśliwym, który wychodzi rano z domu i powinien coś przynieść. Albo myślę o tym, co będę robił za jakiś czas, albo siadam do pisania tekstu czy konstruowania spektaklu. W tej wolności - w głowie i w kalendarzu - nie ma dziś miejsca na bycie do dyspozycji teatru między 10:00-14:00 a 18:00-22:00. Oczywiście, mogę tak funkcjonować, ale gdy prowadzę próby albo gram w spektaklu - jak niedawno u Wojtka Adamczyka - wtedy "koszarujemy się" na jakiś czas. Umawiamy się na bardzo intensywną pracę, by doprowadzić do premiery. Ale potem chcę natychmiast uciec i robić coś innego.

Wolność daje ogromne poczucie sprawczości, ale bywa też wymagająca. Na początku kariery momenty przestoju były trudniejsze do udźwignięcia?

Muszę przyznać, że gdy przyjechałem do Warszawy w 1993 roku - ściągnął mnie Jan Szurmiej, który zaczynał wtedy pracę w Teatrze Roma - to pierwszy rok był najtrudniejszy. Mieszkałem na poddaszu teatru, grałem czasem trzy spektakle dziennie i właściwie z niego nie wychodziłem. W pewnym momencie pomyślałem: po co mi ta Warszawa, skoro jej nie widzę? I powiedziałem Jankowi: "Nie chcę tu być, uciekam z etatu", to był 1994 rok. Wszyscy pukali się w głowę - "młody" przyjechał do Warszawy i nagle sobie rezygnuje.

To nawet w dzisiejszych czasach odważne zagranie.

Postanowiłem jednak zostać w Warszawie i dać sobie rok na poszukiwania. Wynająłem mieszkanie i zacząłem szukać różnych dróg. Trafiłem do studiów dubbingowych - początkowo to był jedyny obszar mojej pracy. Myślałem nawet, że do teatru już nie wrócę. Aż nadarzyła się okazja zagrania w polskiej prapremierze spektaklu "Dzieła wszystkie Szekspira (w nieco skróconej wersji)" - i potem zacząłem stopniowo wracać do teatru.

Jacek Bończyk
Jacek Bończyk
Źródło: kapif

Było trudno?

Sam, na własną prośbę, odszedłem z etatu, więc zaczynałem wszystko od nowa. Było nawet tak, że z powodu problemów z wypłatą za jakieś nagrania zmuszony byłem zanieść świeżo kupiony sprzęt - wieżę, głośniki, telewizor - do lombardu, żeby zapłacić zobowiązania. Później, z ogromną satysfakcją, wszystko odzyskałem. Ale to był bardzo trudny czas. Drugim takim momentem była pandemia. Uświadomiłem sobie wtedy dość szybko, że to nie potrwa dwa miesiące. Szukałem jakiegokolwiek sposobu na pracę - zaproponowałem nawet synowi znajomego, który ma restaurację, że będę mu rozwoził jedzenie. Nie zgodził się (śmiech).

Jakie jeszcze były opcje?

Jedynym skutecznym rozwiązaniem było namówienie dyrektorów dwóch teatrów, by mimo pandemii - z zachowaniem zasad bezpieczeństwa - pracować nad premierami. Dzięki temu, gdy teatry się otworzyły, mieliśmy natychmiast gotowe spektakle. I tylko dlatego przetrwaliśmy.

I to się udało?

Jak najbardziej.

Kiedy muzyka zaczęła odgrywać istotną rolę w pana życiu?

Mój pierwszy muzyczny widoczek to dom rodzinny. Kto wstawał pierwszy - zazwyczaj mama - ten włączał radio. Kiedy śniadanie było gotowe, a mama wychodziła, ja z siostrą zbierając się do szkoły słuchaliśmy "Jedynki". Codziennie były więc np. "Sygnały Dnia". Pamiętam taki moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałem Wojtka Młynarskiego. Radio było obecne cały czas i ten mój romans z radiem trwa do dziś, bo ja też zaczynam dzień włączając radio. To moje ulubione medium. W domu zawsze była muzyka - gramofon, winyle, później pojawiła się gitara, mój pierwszy instrument. I tak zaczęła się eksploracja różnych muzycznych obszarów.

Jacek Bończyk
Jacek Bończyk
Źródło: kapif

Ktoś jeszcze w rodzinie grał na instrumencie?

Nie, ale jako że jeździłem na kolonie i obozy harcerskie, zawsze woziłem ze sobą gitarę. Uczyłem się grać coraz lepiej, śpiewałem, poznawałem ludzi. Z czasem stało się to zupełnie naturalne. Muzyka do dziś odgrywa ogromną rolę w moim życiu. Jadę samochodem - słucham radia, gdy ruszam w trasę - przygotowuję sobie płyty, których chcę posłuchać. A od kilku miesięcy mam jeszcze jedną, szczególną przyjemność - wracam do domu, jest po 22.00, i wtedy z przyjemnością słucham całych płyt.

To ogromna frajda - włączyć sobie wieczorem Pink Floyd, Davida Sylviana, czy pierwsze płyty Genesis. Zresztą ostatnio nawet w metrze czy tramwaju zacząłem nosić słuchawki. Mogę więc z pełnym przekonaniem powiedzieć, że muzyka jest wciąż obecna i bardzo różnorodna – od koncertów fortepianowych Rachmaninowa, przez Lubomskiego, aż po Riverside czy Metallicę.

Czyli muzyka pomaga panu wyciszyć się i "ochłonąć". A jak wygląda ten moment schodzenia z emocji? Czy to zawsze jest tylko muzyka?

Wciąż się tego uczę, ale wiem jedno - po trasie albo po spektaklu nie da się od razu zasnąć. Głowa jeszcze długo pracuje albo wciąż prowadzi auto. Czasem więc włączam jakiś "odmóżdżacz" - ale... chyba nie powiem jaki (śmiech).

Szkoda (śmiech).

No, dobrze... może to być np. "Rick i Morty". To śmieszne, bo kilka lat temu Janek Aleksandrowicz powiedział: "Mam bardzo pokręcony serial, zagrasz u mnie?". Zagrałem kilka sezonów, kompletnie nie znając tego formatu. A potem studenci mówili: "Panie Profesorze, Pan przecież zagrał w 'Ricku i Mortym', a to taka kultowa akcja"! A ja o tym nie wiedziałem, dopiero chyba po dwóch latach zacząłem to oglądać. I właśnie takie rzeczy działają na mnie jako "odmóżdżacz". Czasem sięgam też po miniseriale albo dokumenty - jeden, dwa odcinki, a potem spacer z psem i dopiero idę spać.

Jacek Bończyk
Jacek Bończyk
Źródło: materiały prywatne

Jacek Bończyk miał swoich idoli? Na kimś się pan wzorował?

Miałem w życiu szczęście do kilku ważnych spotkań, ale nie ma co ukrywać - największą gratką, jaka mi się trafiła, był Wojciech Młynarski. W pewnym momencie mojego życia zawodowego postanowiłem go po prostu poznać. Specjalnie po to - i tylko po to - pojechałem na Festiwal Piosenki Francuskiej do Lubina, na Dolnym Śląsku, wiedząc, że on zasiada tam w jury.

To był który rok?

1998 albo 1999, bardzo dawno temu. Mieszkałem i pracowałem już wtedy w Warszawie, ale jakoś nigdy nie udało nam się spotkać. Pojechałem więc do Lubina z jasnym planem - i istotnie: dostałem z rąk Wojtka Nagrodę Grand Prix. A on zapamiętał mnie na tyle, że niedługo później zaprosił mnie do współpracy przy spektaklu "Brassens" w Teatrze Rampa.

Jakie to uczucie? To w końcu TEN Wojciech Młynarski.

Przede wszystkim czułem ogromną satysfakcję, że udało mi się zostać zauważonym przez Mistrza. A po drugie, Wojtek rzeczywiście zaczął mnie od tamtego momentu trochę "holować". Potem był Przegląd Piosenki Aktorskiej, który również wygrałem, a następnie jego nieoceniona pomoc przy budowaniu repertuaru na moją pierwszą płytę.

Był to raczej stały rytm pracy czy pojedyncze projekty?

Następowały oczywiste przerwy, ale Wojtek na stałe stał się dla mnie kimś niezwykle ważnym. Bardzo liczyłem się z jego opinią, zapraszałem go na koncerty, pokazywałem mu swoje teksty, które zaczynałem pisać. Z czasem zaproponowałem Festiwal Twórczości Wojciecha Młynarskiego i namówiłem go na coś, co wydawało się niemożliwe, a mianowicie, żeby twórca był gościem honorowym festiwalu poświęconego jego własnej twórczości. Wojtek żartował, że takie festiwale robi się raczej po odejściu, ale udało się. Przyjeżdżał i był zadowolony.

Mam w głowie bardzo wiele rozmów i sytuacji z nim związanych - takich, które do dziś wpływają na moje postrzeganie. Czasem myślę, że należałaby się temu książka. Do dziś, kiedy piszę nowy tekst, zadaję sobie pytanie: "Jak oceniłby to Młynarz?". Czy byłoby wystarczająco lapidarne, czy rym jest precyzyjny, czy trzeba jeszcze nad tym popracować? Mieć w głowie takiego wewnętrznego recenzenta - to ogromny przywilej i jestem za to wdzięczny. Bez wątpienia była to najważniejsza postać w moim życiu zawodowym.

Jacek Bończyk
Jacek Bończyk
Źródło: MWMEDIA

Był jeszcze ktoś?

Był też profesor Jerzy Bielunas w czasie studiów w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej we Wrocławiu - uczył nas analizy wiersza i zaszczepił we mnie miłość do piosenki francuskiej. Zagrałem w kilku jego spektaklach. Generalnie, jeśli chodzi o wzorce sceniczne i wpływy zawodowe, byli to głównie faceci. Dziś często słyszę, że "świat jest kobietą", i ja bardzo wiele zawdzięczam kobietom. Dorastałem w domu prowadzonym przez kobiety - była babcia, mama i siostra, więc jestem przekonany, że sporą część swojej wrażliwości zawdzięczam właśnie im.

A tata?

Taty bardzo szybko zabrakło. Do dziś nie potrafię zawiązać krawata - bo nie miał mi kto pokazać. Myślę, że to też sprawiło, że łatwiej dogadać mi się z kobietami - i w życiu, i w pracy. Nie ma we mnie potrzeby rywalizacji ani prężenia muskułów.

Jacek Bończyk o rodzinie i początkach kariery. "Męczyłem się do tego stopnia, że 'zawaliłem' kilka szkół"

W wywiadach mówił pan, że w domu - kiedy tata jeszcze był - panował raczej surowy model wychowania: "chłopaki nie płaczą".

I nie jedzą czekolady.

Nie jedzą czekolady?

Tak. Byłem tak przejęty tym zdaniem ojca, że dopiero wiele lat później zacząłem sobie pozwalać na słodycze. Naprawdę.

W takim razie jak ten model emocjonalny ma się do wyboru tak wrażliwej, artystycznej drogi?

W moim życiu bardzo wiele rzeczy wydarzało się przypadkiem albo "na szczęście". Nigdy wcześniej nie planowałem, że zostanę aktorem.

Jakie więc były plany?

Trudno je nazwać planami. Raczej żmudnym procesem z elementami zrządzenia losu.

Czyli nie było jasno wytyczonej ścieżki?

Nie, najpierw był etap "hartowania stali". Do pierwszej szkoły średniej zostałem wysłany właściwie decyzją mojej mamy - i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że był to błąd. Miałem wyraźne predyspozycje humanistyczne, ale mama - z racji tego, że dorastaliśmy w biedzie, w bardzo skromnych warunkach - chciała, żebym jak najszybciej zdobył konkretny zawód. I tak trafiłem do technikum. To była fatalna decyzja.

To musiało być trudne.

Męczyłem się do tego stopnia, że "zawaliłem" kilka szkół, które zresztą często zmieniałem w moim rodzinnym mieście. W pewnym momencie sytuacja zapętliła się na tyle, że wielu moich rówieśników robiło już maturę i wyjeżdżało z miasta, a ja wciąż nie bardzo wiedziałem, gdzie jestem i dokąd zmierzam.

Jaki był efekt?

Wszystkie szkoły średnie, które usiłowałem ukończyć, były wbrew mnie. Ostatecznie zdawałem maturę w trzyletnim technikum górniczym - do dziś nie pamiętam nawet dokładnego profilu, chyba była to budowa maszyn. Kompletnie mnie to nie interesowało. Na szczęście w którymś momencie zacząłem trafiać na ludzi, którzy wyciągali mnie w świat poezji, gitary, literatury i teatru. Wtedy postanowiłem, że muszę po prostu skończyć szkołę - nieważne jaką - zrobić maturę i jak najszybciej uciec w świat, który będzie mi bliższy.

I tak się stało?

I tak się stało. Dzięki konkursom recytatorskim i turniejom poezji śpiewanej zacząłem być postrzegany jako ktoś, kto z całą pewnością będzie zdawał do szkoły teatralnej. Kilku moich znajomych próbowało wcześniej, ale nikomu się nie udało. Po maturze - trochę pod presją otoczenia - złożyłem dokumenty zarówno do szkoły teatralnej, jak i na socjologię na Uniwersytecie Wrocławskim. Dostałem się do szkoły teatralnej i wtedy, mówiąc kolokwialnie, "odpaliłem wrotki". Bardzo szybko poczułem, że to jest moje miejsce. Cały ten dokuczliwy balast technicznych szkół, kopalnianego miasta, rodzinnych oczekiwań - to wszystko nagle zniknęło. Rozwinąłem skrzydła i już nigdy nie wróciłem w tamte rejony.

Dostał się pan za pierwszym razem?

Tak - i to było ogromne szczęście, bo studia na Wydziale Aktorskim wspominam wspaniale. To były czteroletnie wakacje albo kolonie, podczas których ktoś nagle poświęcał mi mnóstwo uwagi. Mogłem dotykać wielu dziedzin, rozwijać się, sprawdzać. Wtedy już wiedziałem, że jestem na właściwej drodze i chcę się temu poświęcić.

To był pewnego rodzaju ratunek?

Myślę, że tak. Mój rodzinny Wałbrzych dziś jest pięknym, zielonym miastem, ale ja wyjeżdżałem z miejsca górniczego, gdzie nawet padający śnieg od razu robił się czarny. Teraz wracam tam do zupełnie innego miasta - także dlatego, że od pięciu lat prowadzę swój Festiwal Twórczej Wyobraźni, ale to już inna historia. Ta wrażliwość, która przez lata dzieciństwa i młodości była trzymana na wodzy, nagle dostała przestrzeń i poleciała.

Ja nie mówię, że "idę do pracy". Idę do zadania: do teatru, do muzyki, do nagrań, do pisania. To nie jest praca — to forma aktywności, która mnie niezmiennie ekscytuje, daje ogromną satysfakcję i dodatkowo pozwala z tego żyć.

To piękne, ale też bardzo wymagające. Przy tak wielowymiarowej drodze - nie tylko aktorskiej - kryzysy wyglądają inaczej niż u artystów skupionych na jednej dziedzinie?

Jeśli coś przestanie mnie inspirować - bo wiadomo, nie da się ciągnąć wszystkich wózków jednocześnie - wtedy po prostu coś odczepię i przyczepię coś innego. Ale na pewno nie w sposób radykalny czy nieprzemyślany. Nie jestem gotów - i być może nigdy nie będę - żeby powiedzieć: "nie wejdę już na scenę" albo "nie wezmę więcej gitary do ręki"

Co teraz jest na pierwszym planie?

Teraz, zwłaszcza po pandemii, chyba najbardziej lubię pisać. To wymagało czasu oraz gruntownego opanowania warsztatu. Dziś, gdy ktoś prosi mnie o tekst piosenki czy libretto, wiem dokładnie, jak się za to zabrać, bo wypracowałem sobie własne ścieżki. Mam też świadomość, że jeśli koncertowanie przestanie mi sprawiać przyjemność - jeśli nie będę miał ochoty na kolejne trasy, przejazdy i życie w busie - to po prostu powiem: "czas na coś innego, może bardziej stacjonarnego". Zawsze może się trafić jakaś nieodkryta wcześniej inspiracja czy impuls. Teraz jestem w trakcie pisania scenariusza - "Siódemek" dla Agi i Rogasia [Agnieszki Kaczorowskiej i Marcina Rogacewicza przyp. red.]. To dla mnie nowość, bo wcześniej nie konstruowałem scenariusza do wydarzenia, które w dużej mierze opiera się na tańcu.

Współpracowaliście już wcześniej?

Tak, graliśmy razem w jednym spektaklu przez kilka sezonów. Teraz jednak wchodzę w zupełnie inne obszary - oglądam programy o tańcu, szukam muzyki, sposobów, jak połączyć teatr i choreografię w spójną całość. Bardzo podoba mi się przemiana Marcina - obserwuję jak taniec go pootwierał i jaką sprawia mu przyjemność. Agnieszka jest niesamowicie ambitna i pięknie go prowadzi, bo o tańcu wie wszystko. Spotkania z nimi są mocno inspirujące, a moim zadaniem jako reżysera jest teraz zebrać wszystkie elementy układanki i stworzyć z nich widowisko.

Ma pan jeszcze jakieś nowe projekty, nad którymi pan pracuje?

Zawsze coś się dzieje. Zostałem ostatnio poproszony o adaptację i reżyserię sztuki dla trzech aktorek oraz o napisanie nowego monodramu – napisałem ich już kilka. Kiedyś np. wymyśliłem dla Anny Guzik (w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej) spektakl na zamówienie – "Singielka, czyli na co ja czekam?". To było wiele lat temu.

I cały czas cieszy się on sporym zainteresowaniem.

Tak, to niesamowite. Nie widziałem się potem z Anią po premierze przez kilka lat, a ona w tzw. międzyczasie dorobiła się rodziny i trójki dzieci. I wtedy padł pomysł, żeby napisać kontynuację, więc napisałem kolejny spektakl - "Singielka 2, czyli Matka Polka", gdzie bohaterka mierzy się z zupełnie innymi historiami. Ostatnio zostałem zapytany przez kompozytora tego spektaklu, czy może by tak pomyśleć o "trójce"? (śmiech) To byłby ewenement na skalę krajową, że co parę lat dodajemy kolejną odsłonę.

Niezwykle miło zaskakuje mnie to, że Ania gra zarówno "jedynkę", jak i "dwójkę", i wciąż jest to atrakcyjne dla niej w graniu, jak i dla publiczności. Ludzie chcą "jedynkę" i "dwójkę" oglądać, więc pewnie na "trójkę" też by chodzili.

Czuje się pan doceniony przez branżę?

Nigdy się nad tym szczególnie nie zastanawiałem, ale... faktycznie, czasem ktoś tam odkrywa moją tzw. inną działalność (śmiech).

Koledzy aktorzy niekiedy dzwonią, że chcieliby monodram czy jakiś spektakl dedykowany dokładnie im. I to też jest fajne. Zajmuję się adaptowaniem tekstów i różnych form do teatru, ale pisanie w sposób autorski chyba kręci mnie coraz bardziej. Bo to jest takie w pełni moje, szczególnie jeśli potem można to wyreżyserować i pokazać na scenie. W zeszłym roku zrealizowałem z Przemysławem Bluszczem "Belfra!" w Teatrze Ateneum – spektakl, z którego jestem bardzo zadowolony. Pokazujemy w nim historię nauczyciela literatury oraz niebywałe możliwości aktora, który jest w genialnej życiowej formie. Bardzo się cieszę, że chodziłem za Przemkiem przez dwa lata z tym scenariuszem i w końcu nam się udało. Takie rzeczy dają wielką, wielką satysfakcję.

Brzmi pan jak szczęśliwy zawodowo człowiek.

Tak, jestem szczęściarzem pracującym. Wciąż mam masę pomysłów, lubię chodzić do teatru, siadać po drugiej stronie rampy i po prostu cieszyć się tym, co się dzieje na scenie. A czasem tak pięknie się wszystko składa.

A czy jest pan szczęśliwy w życiu osobistym? Czy to pojęcie jest zbyt ogólne?

Powiedzmy, że... jest nieźle... jak na mnie. Daję radę. Jestem.

Jacek Bończyk o życiu z depresją. "Często traciłem pracę"

Nie jest tajemnicą, że od ponad 20 lat zmaga się pan z depresją. Wolność i jednocześnie praca nad tyloma projektami nie stwarza ryzyka rozchwiania emocjonalnego?

Nie, nie postrzegam tego w ten sposób. Jako facet, który żyje z depresją od wielu lat, wiem, że praca ustawia mnie do pionu. Gdybym nie miał planów, kolejnych projektów, rzeczy które sobie wyobrażam, dawno by mnie tu nie było. Praca jest dla mnie pewnego rodzaju tratwą ratunkową. Sposobem.

A pisanie tekstów to rodzaj terapii?

Tak można to traktować, ale to także efekt wielu rozmów z terapeutami i szukania sposobu na odreagowanie. Swoją drogą, kiedyś po kolejnym epizodzie i wyjściu z niego, poczułem, że wiem już o depresji wszystko lub prawie wszystko. Jedna z terapeutek zasugerowała mi nawet: "Może Pan już pomagać innym, dołączyć do prowadzących zajęcia".

I nie chce pan tego robić?

Nie, nie zdecydowałbym się na taką odpowiedzialność. Zawsze jednak staram się służyć radą czy kontaktami, zwłaszcza, że w naszym artystycznym środowisku coraz więcej osób się przyznaje, że obcuje z "Panią D". Jeśli ktoś naprawdę potrzebuje wsparcia, wie gdzie mnie znaleźć - a ja przekazuję go w dobre ręce.

Jacek Bończyk
Jacek Bończyk
Źródło: MWMEDIA

Jak się pan z tym czuje?

Dobrze. Prędzej czy później każdy z nas będzie potrzebował pomocy.

Czyli cudze problemy nie obciążają pana?

Przeżyłem wiele trudnych sytuacji w życiu i umiem się zdystansować. Potrafię też obśmiać zarówno depresję, jak i siebie. Moi dobrzy znajomi wiedzą, w jakich bywam stanach. Na szczęście od kilku lat nie miałem żadnego poważnego załamania. Lata doświadczeń - często na sobie samym - dały mi narzędzia: wiem, jak reagować, jak "przeformatować" głowę na działanie.

Jak się to robi?

Poznałem dość wnikliwie działanie terapii i farmakologii - w końcu to trwa już ponad dwie dekady. Wiem, że wcześniejsze próby odstawienia leków kończyły się gwałtownym spadkiem formy. Kiedyś pani doktor, zapytana przeze mnie po raz kolejny, czy tak już będzie zawsze, odpowiedziała: "Ludzie biorą leki na cukrzycę, na nadciśnienie, a Pan bierze takie, które Panu pomagają funkcjonować. Dzięki temu działa Pan zupełnie normalnie". I dałem się przekonać. Obserwując siebie, wiem jak mam reagować. Żartuję nawet, że jestem najdłużej działającym "depresjonikiem" wśród aktorów (śmiech). Początki były trudne, bo kiedy zaczynałem mówić o swoich problemach, często traciłem pracę.

Naprawdę?

Tak, 20 lat temu zdarzało się, że ludzie rezygnowali ze współpracy ze mną, a nawet gdy ktoś zapowiadał, że zamierza ze mną współpracować, często spotykał się z pytaniem: "A w jakiej Boni jest teraz formie?". Przeżyłem to.

To bardzo krzywdzące.

Dzisiaj wielu ludzi otwarcie mówi o depresji, ważne, aby tego nie spłycać, bo to poważna sprawa. Pamiętam, jak sam nie wierzyłem terapeutom, którzy mówili kilkanaście lat temu, że ten problem w społeczeństwie dopiero się zaczyna. Dziś świadomość depresji jest większa, ale wciąż wielu ludzi boi się przyznać do diagnozy czy leczenia z obawy przed stygmatyzacją. Znam - albo znałem - wielu, którzy mieli niezdiagnozowaną depresję i przez to ich życie było koszmarne. Na pewno trzeba o tym mówić. Każdego roku, przy okazji Międzynarodowego Dnia Walki z Depresją, staram się konsekwentnie wpuszczać do sieci jakiś utwór z przesłaniem, żeby mieć swoją cegiełkę w budowaniu świadomości. Wiem też, że daje się z tym żyć, bo sam jestem tego dowodem.

A jak to rozpoznać?

Na pewnym etapie życia straciłem poczucie bezpieczeństwa i zacząłem uciekać przed światem. Nie miałem świadomości, że ciemne myśli przyciągają mnie do zamkniętego pokoju, że nie jestem w stanie się skupić ani pracować. Właściwie to jeden ze znajomych wysłał mnie po raz pierwszy do lekarza.

Nie opierał się pan temu?

Nie, bo przyznałem, że potrzebuję pomocy. Inna sprawa, że miałem też traumy z dzieciństwa, które zaczynały się we mnie coraz bardziej panoszyć. Nagle okazało się, że mój świat jawi się wyłącznie w barwach szarych – innych po prostu nie było. To zbiegło się z pewnymi życiowymi deficytami i z tamtym okresem popularności, tym "pikiem", jak pani ładnie to nazwała. Nie radziłem sobie z tym kompletnie. Znajomy powiedział: "Powinieneś się zbadać, niech ktoś to zdiagnozuje". Wtedy dostałem pierwsze leki i zacząłem terapię. Trwało to latami, bo z uporem maniaka próbowałem się "odstawiać" – i to były złe pomysły. Oficjalnie zdiagnozowano u mnie depresję w 2003 roku. To całkiem długi staż, prawda? Ale jestem tu wciąż i działam. Od kilku lat nie miewam już problemu – nic mnie nie ściąga w dół. Jestem przekonany, że to kwestia mojej działalności i obecności ludzi, którzy mnie wspierają.

Środowisko było podzielone?

Zawsze tak jest. Nasze społeczeństwo jest podzielone – od spraw rodzinnych, religijnych, społecznych, aż po te zawodowe. Na szczęście są ludzie, którzy przyjmują do wiadomości nawet najtrudniejsze okoliczności i potrafią towarzyszyć w najgorszych momentach. Nie wolno wtedy mówić: "Weź się w garść, zrób coś ze sobą". Mądra i uważna asysta wystarczy.

Poczucie, że ktoś jest obok. Obecność.

Tak. Czasem wystarczy telefon, czasem sama świadomość, że nie jesteśmy sami. Najważniejsze jest też mówienie sobie i innym: "To minie". Depresja często ma charakter okresowy, związany np. z porą roku czy brakiem światła. Teraz gdy przez wiele dni nie ma słońca, nie poddaję się temu – pojawia się we mnie raczej rodzaj zniecierpliwienia. Nie ulegam, stawiam opór mając świadomość z czym się mierzę, po swojemu. Przełączam się na inny tryb działania i życia. Wtedy, na początku, po prostu zapadałem się i nie miałem siły wstawać z łóżka.

Były decyzje, których pan żałował? Jak ten serial, którego pan odmówił?

Nie, absolutnie. Zrobiłem to w pełni świadomie. Wiedziałem, że to nie mój świat, że chcę robić inne rzeczy. Poza tym... nie cierpię porannego wstawania, a zdjęcia w polskim filmie zawsze startują o świcie (śmiech)       .

W mediach mówi się bardzo niewiele o pana życiu prywatnym. Czy właśnie w okresie tego szczytu popularności nauczył się pan tak "zarządzać" swoją prywatnością?

To była bardzo poważna szkoła, wiele spraw zaczęło się w czasie mojego pierwszego małżeństwa. Wtedy rzeczywiście wszyscy nam mówili: "Powinniście być w mediach" – sesje zdjęciowe, artykuły... Twierdzili, że złapaliśmy Pana Boga za pięty. Tylko, że ja bardzo szybko poczułem dyskomfort. Na początku dałem się trochę przekonać – jedna z sesji odbyła się nawet w naszym domu. Później postawiłem stanowcze weto, co już nie spodobało się producentom ani wydawcom.

Po kilku publikacjach, które były natychmiast przedrukowywane, poczułem, że sprzedajemy za dużo prywatności. W porównaniu z dzisiejszymi czasami to był tylko niewielki promil ingerencji w prywatność, ale bardzo szybko postanowiłem, że tak nie będzie. Niektóre wywiady były autoryzowane, inne nie, i zdarzało się, że ktoś dopisywał mi słowa, a moje wypowiedzi były wyrywane z kontekstu, co mnie zaczęło wkurzać. Wtedy właściwie wydałem małą wojenkę autorom tekstów.

W sądzie?

Nie. Zdecydowałem się po prostu zdystansować, a Olga wzięła odpowiedzialność za swoją karierę i poszła własnym torem, co do dziś szanuję, bo to jej wybór. Ja zyskałem opinię "trudnego gościa", a potem dopięto mi jeszcze łatkę "depresyjniaka". No i tak to zaczęło funkcjonować – trudny koleś.

Kiedy i czy w ogóle udało się pozbyć tej łatki?

Chyba dopiero po czasie - to kwestia dobrych dziesięciu lat, długo to trwało. Ale mam poczucie, że dziś zbieram owoce tego, że kiedyś postawiłem jasne granice. Lepiej się z tym czuję: wywiadów jest mniej, ale są one bardziej konkretne i - co dla mnie ważne - odbywają się na moich zasadach.

Nie jestem ekspertem od wszystkiego. Bywały sytuacje, kiedy ktoś zapraszał mnie, żeby porozmawiać np. o wpływie prądów zatokowych na populację pingwinów (śmiech) albo zapytać, czy zbieram grzyby. Nie, nie zbieram. A wtedy słyszałem: "To może coś tam pogadamy, a przy okazji wspomnimy o płycie". Takie rzeczy mnie nie interesują - i dziś już się nie zdarzają.

Lubię chodzić do teatru jako widz, mówiłem już o tym, ale czy potrafię oceniać spektakle? Nie, i nie chcę - a o to również byłem pytany. Przychodzę jako odbiorca i albo mi się podoba, albo nie. Oczywiście, z racji tego, że reżyseruję, zwracam uwagę na rozwiązania realizacyjne, na światło, na formę — ale nie po to, żeby oceniać. Raczej po to, żeby patrzeć z ciekawością.

W jakich teatrach można spotkać Jacka Bończyka?

Na pewno w Ateneum, bo to dla mnie wciąż teatr z krwi i kości, taki najbardziej bliski. Zresztą sympatyzuję z tym miejscem, bo zrealizowałem tam parę przedstawień, znam i lubię zespół. Z dużą ciekawością zacząłem też oglądać komedie, bo sam gram teraz w dwóch, a nawet w trzech tytułach komediowych. Oczywiście, zwracam uwagę na tekst sztuki i kto reżyseruje.

Czyli to nie jest czysta komercja?

To, że grywam w lżejszym repertuarze? Ależ skąd, to po prostu ciekawa odmiana po latach grania w przedstawieniach głównie z kategorii "ciężkiego kalibru"... Ale wracając do miejsc: oprócz Ateneum, chętnie chodzę do Romy - Nova Scena i do warszawskiego Teatru Współczesnego. Jeszcze nie widziałem najnowszych spektakli w Teatrze Komedia, a słyszę, że są dobre, więc na pewno się wybiorę. Gdy jestem w Krakowie, staram się bywać w "Słowaku", a w Trójmieście — w Teatrze Wybrzeże albo w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Z przyjemnością chodzę do teatru, na koncerty albo do kina. Lubię, kiedy mi się podoba.