Aleksandra Głowińska: Jak wyglądał twój pokój w rodzinnym domu?
Mateusz Kmiecik: Dwie ściany miałem pomarańczowe i dwie zielone. Nie taki był plan (śmiech).
A jaki?
Chciałem mieć pomarańczowy pokój, ale…
Ale?
Ale były tylko trzy czy cztery rolki tapety w tym kolorze, więc brakujące dokupiłem… zielone. Nie wiem dlaczego, ale finalnie miałem kolorowe ściany (śmiech).
Wieszałeś na nich plakaty?
Miałem szalik francuskiego klubu piłkarskiego, który dostałem po rozegranym meczu, świadectwo pierwszej komunii świętej i ze dwa dyplomy za osiągnięcia sportowe. I medale. Wszystkie wieszałem na wkrętach, które zamocowałem przy wiszącej półce. Ale miałem w pokoju telewizor. Bardzo stary. I jeszcze starszą szafę, która na pewno pamiętała początki PRL-u.
Ale miałeś swój pokój. W latach 90. to i tak ogromny luksus.
To prawda, ale nie było tak od początku. Mimo że mieszkaliśmy w dużym domu, dostałem pokój dopiero jak moja śp. babcia zmarła i kiedy dwójka starszego rodzeństwa się wyprowadziła.
Wieszałeś szaliki piłkarskie i trenowałeś piłkę nożną, bo chciałeś zostać piłkarzem, czy nigdy nie było takich planów?
Do pewnego momentu była to wyłącznie forma spędzania wolnego czasu. Na wsi mieliśmy tylko boisko i przystanek autobusowy. I salę rolnika, w których zimą rozkładane były stoły do ping-ponga. Zimą więc królował tenis stołowy, a wiosną i latem graliśmy w piłkę.
A potem?
Potem na zawodach szkolnych wyłapał mnie trener z klubu i powoli zaczęło robić się dość poważnie. Zarabiłem pieniądze na graniu w piłkę. Niewielkie, ale jednak.
Ile miałeś lat?
Może z 15. Wtedy powoli myślałem, że może piłka nożna to coś więcej niż hobby, ale nigdy nie miałem myśli, że w 100 proc. chcę to robić. Miałem dużo innych zainteresowań, które kolidowały z byciem piłkarzem.
Na przykład?
Dziewczyny i koledzy (śmiech).
(śmiech). Nie żałujesz czasem, kiedy porównujesz zarobki w teatrze do zarobków w Ekstraklasie, że nie wybrałeś jednak kopania piłki?
Z perspektywy czasu już nie, chociaż mam kilku kolegów, którzy wysoko zaszli, grają w naszej polskiej Ekstraklasie i na pewno zarabiają dużo lepsze pieniądze niż ja, ale gdybym nie został aktorem, nie poznałbym Marty, nie miałbym rodziny i nie byłbym w punkcie, w którym jestem teraz. A to dobre miejsce, więc nie ma we mnie żalu czy sentymentu do przyszłości, która mogła skręcić w innym kierunku.
Poza szalikami wisiało też świadectwo pierwszej komunii świętej. Wiara zawsze była ważna w twoim życiu?
My byliśmy taką standardową rodziną lat 90. z małej wioski i kościół był jednym z elementów tygodniowego rytuału. Msza święta była ważną częścią życia. Nie chcę, żeby ktoś mnie źle zrozumiał i poczuł się urażony, ale na przełomie wieków była to też w pewnym stopniu jakaś forma „rozrywki”. Moja rodzina jest mocno wierząca.
A ty?
Dziś rzadziej bywam w kościele, o ile w ogóle. Pojawiam się zwykle przy okazji uroczystości i nie wynika to z niechęci, tylko z braku czasu. Jestem aktorem, gram w teatrze. A teatr rządzi się swoimi prawami.
To znaczy?
Pracujemy wtedy, kiedy wszyscy inni mają wolne, czyli wieczorami, w święta i w weekendy. Jeśli gram spektakl o 16 w niedzielę, to do godziny 15 chcę spędzić jak najwięcej jakościowego czasu z rodziną, zjeść wspólne śniadanie, bo bardzo często to jedyne kilka godzin w ciągu całego tygodnia, kiedy możemy być wszyscy razem. W tygodniu dzieci są w szkole/przedszkolu, moja partnerka w pracy, ja na planie zdjęciowym, studiu dubbingowym albo radiowym, a jak oni wracają, to mijamy się w progu, bo wychodzę na spektakl. Niedziela jest czasem dla rodziny. Nie chcę wtedy wychodzić z domu. Dziś już mnie to tak bardzo nie boli. Cały czas wierzę, modlę się, ale kościół odwiedzam rzadko.
Byłeś ugodowym dzieckiem czy dawałeś rodzicom popalić?
Nie, no ja byłem przerąbany (śmiech). Perspektywa rodzica mi to pokazała.
Masz jakąś anegdotę?
Mam jedną, która idealnie obrazuje losy mojego dzieciństwa aż do pełnoletności.
Opowiadaj.
Miałem może z 7-8 lat. W sobotę o 10 rano wyszedłem z domu, wsiadłem na rower i zwiedzałem domy kolegów, jeżdżąc po całej wiosce. A że to były czasy bez telefonów, to nikt nie wiedział, gdzie jestem. Wróciłem o 22 do domu. I oczywiście załapałem za to odpowiednią karę. A później było tylko gorzej.
„Traktowałeś dom jak hotel”, cytując klasyka?
W domu byłem właściwie tylko wtedy, kiedy była robota w gospodarstwie albo w polu. Wtedy wiedziałem, że muszę pomóc i że nie ma szans na realizację żadnych innych planów. Miałem poczucie obowiązku. A tak to byłem albo w szkole, albo na treningach, albo z kumplami. I miałem taki charakter, że ciężko było ze mną pogadać. Miałem bardzo mocno ugruntowane swoje zdanie, trzymałem się go kurczowo i byłem szalenie buntowniczy. Dużo wcześniej niż w wieku buntu. W zasadzie od zawsze.
Domyślasz się, z czego to wynikało?
Myślę, że to wynikało w dużej mierze z tego, że przez zdecydowaną większość dzieciństwa wychowywałem się bez ojca, więc nie było – że tak powiem – „ręki”, która by mnie trzymała.
Jaki był twój ojciec?
Był bardzo twardym gościem i to była jedyna osoba, przed którą czułem respekt. No i jak go już nie było, to robiłem, co chciałem. Teraz dostaję rykoszetem, bo mój starszy syn jest bardzo zbliżony do mnie charakterem.
Jako młody chłopak czułeś presję bycia mężczyzną takim jak ojciec?
Na pewno byłem dużo większym marzycielem niż mój ojciec. Do dzisiaj mam tak, że potrafię się wyłączyć, patrzeć w ścianę, albo jechać samochodem przez trzy godziny i nie odzywać się do nikogo w samochodzie, bo układam sobie plan na życie albo snuję marzenia, które wybiegają 10 lat do przodu. Staram się być bardziej odpowiedzialny niż on, ale mamy też cechy wspólne: mocny i ugruntowany charakter. I obaj staraliśmy się przełożyć pewne wartości męstwa, które w naszym odczuciu były najistotniejsze, na synów.
Jakie na przykład?
Odpowiedzialność. Jeśli chcesz ją wziąć za kogoś – nieważne, czy chodzi o kolegę, dziewczynę, czy dziecko – bierz tę odpowiedzialność do końca. Jeśli coś komuś obiecałeś – dotrzymaj obietnicy, choćby nie wiem co. Zadeklarowałeś się. Ta forma odpowiedzialności – bardzo prosta i męska – przeszła z mojego ojca na mnie zdecydowanie. I wiem, że to jest czasami bardzo trudne, jestem uparciuchem i z takim człowiekiem ciężko się żyje, ale to są wartości, jedne z niewielu, jakie w życiu posiadam.
Gdybyś miał stworzyć dziś definicję męskości, co byłoby obok odpowiedzialności i dotrzymywania słowa?
Te definicje oczywiście z czasem ulegają pewnej ewolucji. Dziś z pewnością dodałbym: chronić swoich najbliższych i dać im miłość.
Co w tej definicji rozumiesz przez miłość?
Nie chodzi mi o mówienie „kocham cię” i o taką otwartość i ciepło, jakie mają kobiety. W tym kontekście przekładam to na czyny, czyli: chcę, żebyście byli bezpieczni, więc kupię bezpieczniejszy samochód, chcę, żebyś miał własny pokój, więc zarobię na to, żeby wybudować dom i zrobię wszystko, żebyś mógł pojechać na wakacyjny obóz z klasą. Otaczam opieką finansową swoich najbliższych, odciążam wszystkich wkoło, dzięki czemu oni mogą spokojniej żyć i nie myśleć o tym, czy jutro będziemy mieli na coś pieniądze. Ja wiem, ile muszę przepracować i ile zarobić, żeby mojej rodzinie było lepiej. To moja brocha i ja się nią zajmuję. To moja forma okazywania miłości.
Każdy ma swój język miłość. Swoją definicję szczęścia. Wizję rodziny. Ale mam poczucie, że i ten „ogólny” obraz się zmienia. Szczególnie jeśli chodzi o ojców. Dziś patrzymy na ich rolę inaczej niż wyłącznie żywiciela rodziny.
Na pewno. I to wywodzi się moim zdaniem w dużej mierze ze zmian kulturowo-społecznych. Bo kiedyś były tak zwane domy rodzinne. Czyli w jednym domu mieszkało się z babcią, z rodzicami, z rodzeństwem i bardzo często jeszcze później ze szwagrem czy szwagierką, którzy przyszli do tego domu po ślubie, rodzeństwu rodziły się dzieci i była pełna chata. Ja miałem taki dom i w dużej mierze tak funkcjonował świat jeszcze powiedzmy 20 czy 30 lat temu. W pewnym momencie w moim domu mieszkała cała rodzina, więc taka odpowiedzialność za wychowywanie dzieci się rozchodziła na wiele elementów ludzkich. Moje pokolenie, milenialsów, miało zawsze świetny kontakt z dziadkami, bo tak naprawdę ci dziadkowie w dużej mierze nas wychowywali. I dlatego ojciec mógł sobie pozwolić na to, że mógł pracować na dwóch etatach, bo nie musiał brać na swoje barki wychowania dzieci. A ludzie ciągle byli na dorobku.
A teraz?
Teraz mamy trochę inaczej. I ja, i moja partnerka, jesteśmy warszawskimi słoikami. Jedna babcia mieszka 200 km dalej, druga 300. Nie możemy „podrzucić dzieci” na dwie godziny, bo musimy gdzieś wyskoczyć i coś załatwić, więc ciągamy je ze sobą wszędzie.
Do pracy też?
Na plany zdjęciowe staram się nie zabierać dzieci, bo jest bardzo dużo ludzi, kamera, ciężko to ogarnąć, ale w teatrze czy dubbingu moje dzieci są ze mną bardzo często. Jadą ze mną na plac budowy domu, jeśli muszę doglądać pracy, a Marta jest w pracy. Nie mam ich z kim zostawić. Odpowiedzialność i zaangażowanie ojca jest dużo większe niż to było 30 lat temu i wynika nie tylko z większej świadomości, jak ważna jest rola taty w życiu, ale też z tego, że nasi rodzice często nie uczestniczyli w naszych życiach tak bardzo, jak byśmy tego chcieli. Próbujemy zakleić tę dziurę. Czasem przez to jesteśmy nadopiekuńczy. Czasem naszej obecności w życiu dzieci jest może za dużo. Ale z pewnością jest to zmiana na lepsze.
Zapytał cię ktoś kiedyś, jak łączysz pracę z tacierzyństwem? Bo kobiety słyszą takie pytania na każdym kroku.
Nie, jeszcze nikt mnie o to nie zapytał (śmiech). My, rodzice, skazujemy w pewnym sensie dzieci na to, że są częścią naszego życia zawodowego właśnie przez to, że ten świat tak pędzi, a my wciąż go gonimy, chcąc mieć wygodniejsze i lepsze życie i zapewnić im lepszy start niż sami mieliśmy.
Jak wpłynęło na twoich synów to, że są częścią twojej pracy i kulisy teatru znają od podszewki?
Mój starszy syn jest już trochę na to skazany (śmiech). Sam zaczyna grać w teatrze. W jednym spektaklu zagrał nawet ze mną, ale to nie była moja decyzja – nie maczałem w tym palców.
To jak do tego doszło?
Zostałem zapytany, czy mój syn nie chciałby przyjść na casting. Odpowiedziałem, że jeśli wyrazi chęć, to przyjdzie ze mną, ale nie zamierzam go zmuszać.
I jak zareagował, kiedy zapytałeś?
Zgodził się, więc dałem mu tekst, którego musiał się nauczyć przed castingiem i od razu zaznaczyłem, żeby nie liczył na to, że pomogę mu dostać tę rolę, bo musi sam to sobie wypracować. Wyjaśniłem, jak ważne jest to, żeby żadnego etapu w tym zawodzie nie przeskakiwać, że nie może podpierać się nazwiskiem, tylko musi wyrobić własną markę. Co to znaczy? To znaczy, że musi nauczyć się tekstu, pójść na casting i zagrać.
Nie przeraziło go to?
Wręcz przeciwnie. Poszło mu tak dobrze, że dostał dwie role. Ale to na pewno wynika też z tego, że on drugiego roku życia spędził ze mną w tym teatrze bardzo dużo czasu. Naoglądał się tego wszystkiego do tego stopnia, że zaczął traktować scenę i teatr jak naturalne środowisko, w którym się wychował, dlatego w ogóle się nie stresuje.
Zanim dostał propozycję wzięcia udziału w castingu, usłyszałeś kiedyś z jego ust: tato, też chcę zostać aktorem?
Nie, nigdy nie mówił w ten sposób. Aktorstwo go interesowało, ale „technicznie”. Pytał, czy dziecko, które zagrało w filmie, który razem oglądaliśmy, też musiało przyjść na casting, czy musiał się nauczyć tekstu. Dużo pytał też o samą kamerę – jak się coś nagrywa i tak dalej, ale nigdy nie padło: tato, chcę zostać aktorem.
Czy teraz, kiedy już trochę poznał tego świata i okazało się, że ma do tego dryg, będziesz go wspierał w tej drodze?
Ja mam trzy warunki wobec moich synów: angielski perfekcyjnie, zdać z klasy do klasy, uprawiać jakikolwiek sport. Kropka. Nie mam ciśnienia, żeby on był kimś, kim ja sobie wymyślę. Wiem, że jeśli będzie się czymś pasjonował, to na tym zarobi, więc będzie robił, co będzie chciał. A jeśli będzie się pasjonował filmem czy teatrem, będę go namawiał na szkołę aktorską, żeby nabył podstawowy warsztat i narzędzia do uprawiania tego zawodu. Zresztą – mój syn ma taki charakter, że gdybym mu odradzał bycie aktorem, to uparcie by do tego dążył, bo dałoby to odwrotny skutek.
Ale jest duża szansa na to, że te pierwsze próby w teatrze przerodzą się w pasję, bo jak to mówią, czym skorupka za młodu…
Dokładnie. Chce? Niech próbuje, niech pracuje. Zresztą, ja w jego wieku też zarabiałem.
Też w teatrze?
Nie. Hodowałem króliki i sprzedawałem je na mięso (śmiech).
Hodowałeś króliki?! Ile miałeś lat?
Miałem osiem czy dziewięć lat, jak zacząłem. U mnie na wsi każdy miał króliki.
Dużo ich było?
Miałem kilka samic i jednego rozpłodowca. Kiedy rodziły się młode, doprowadzałem je do wagi około 3 kg i wiozłem rowerem dwie wiochy dalej na skup. Dla mnie to były wtedy gigantyczne pieniądze. Za jednego królika dostawało się trzydzieści parę złotych, a ja wiozłem ich pięć, osiem czy dziesięć sztuk, więc był to dla mnie kosmos finansowy. Hodowałem króliki na cukierki i chipsy (śmiech). I może dlatego jestem dziś dość surowym ojcem.
Co znaczy „dość surowy ojciec”?
Jestem dość surowy, nie będę ukrywał, jeśli chodzi o wypełnianie obowiązków. To wynika na pewno z tego, że ja od małego pracowałem – jak nie z tymi królikami, to w gospodarstwie, czy na polu – zawsze była jakaś robota do zrobienia i wiedziałem, że są pewne obowiązki, które trzeba wykonać. I mam pewne zasady, których moi synowie muszą przestrzegać.
Podaj jakiś przykład.
Wstają rano – muszą pościelić swoje łóżko, złożyć ładnie piżamę i ją odłożyć na miejsce, umyć zęby, włożyć talerz do zmywarki, posprzątać po sobie. Przyszedłeś w brudnych butach? Tu jest szczotka, miska, musisz je umyć. To są proste i małe czynności, ale one pomagają narzucić pewną życiową dyscyplinę. Chcę, żeby byli obowiązkowi i żeby nie było im w przeszłości wszystko jedno.
Odrabiasz lekcje ze starszym syna?
Nie, do nauki się nie dotykam. Tym zajmuje się ich mama. Teraz mój syn miał egzamin trzecioklasisty. Zapytałem go tylko: zdasz? Odpowiedział: no chyba tak. I dla mnie to jest ok. Chcę, żeby moi synowie byli dobrymi ludźmi. Żeby umieli mówić proszę, dziękuję, przepraszam.
Buntują się czasem przeciwko domowym obowiązkom?
Już teraz nie. Młodszy jest trochę bardziej ugodowy, ma trzy lata i widzi, że jestem nieustępliwy względem starszego, więc nie dyskutuje (śmiech).
Mówiłeś, że milenialsi obecnym rodzicielstwem trochę łatają dziury ze swojego dzieciństwa. Mnie ciekawi, czy nie masz czasem poczucia, że my chcemy dać dzieciom dużo, ale nie do końca to, czego potrzebują? Skupiamy się na zapewnieniu dóbr materialnych, ale brakuje nam czasu, który jest najcenniejszy.
Oczywiście tak jest i czasem, przez ilość roboty, którą mam, zdarza mi się o tym zapominać. Patrzę na swój kalendarz na maj i na 31 dni mam 3 dni wolnego. I oczywiście to jest czas, który ja wtedy poświęcam w stu procentach rodzinie. I każdy taki maraton w pracy staram się im rekompensować, ale jednocześnie nie mam poczucia, że jest mnie za mało, bo rozmawiam z moimi dziećmi i tłumaczę im swoją nieobecność, a oni otwarcie komunikują, że wszystko między nami dobrze. Rozumieją to, że pracuję dużo, bo budujemy dom po to, żeby mieli własne pokoje, żeby mieli ogród, w którym będziemy się bawić. A czasem odnoszę wrażenie, że nawet się cieszą, kiedy wyjeżdżam, bo wiedzą, że z każdego wyjazdu przywożę im jakieś upominki. My bardziej odczuwaliśmy brak rodziców, bo nikt z nami o tym nie rozmawiał. „Starzy są w pracy”. Ok, nie ma tematu. My mamy świadomość, że wszystko należy tłumaczyć, dlaczego jest tak, a nie inaczej. I nie jestem typem ojca, który po pracy „musi odpocząć”. Moje ADHD nie pozwala mi usiedzieć w miejscu, więc jak mam dwa-trzy dni wolnego, to jedziemy dokądś przeżyć jakąś przygodę – czy to nad morze, czy w góry, czy do parku rozrywki. I tam spędzamy ze sobą 24 godziny na dobę.
Dotąd nie mówiłeś za dużo o sobie, o swojej rodzinie. Na twoim profilu na Instagramie też pojawiają się głównie treści poświęcone pracy. To taktyka czy może tak „po prostu wyszło”?
Profil na Instagramie założyłem tylko dlatego, że moja agentka kazała mi zrobić (śmiech). Bardzo długo nie miałem profilu w mediach społecznościowych i jeszcze dłużej się przed tym wzbraniałem. I w zasadzie prowadziłem ten profil od początku bez jakiegoś konkretnego planu. Nie poświęcam na niego zbyt dużo czasu, bo go po prostu nie mam. Jeśli biorę udział w jakimś fajnym projekcie i mam z tego projektu jakiekolwiek zdjęcie, to je publikuję. Ale z tym też bywa różnie.
Nie cykasz selfie?
W ogóle robię mało zdjęć. Kiedy kręciliśmy „Prostą sprawę” zorientowałem się po 50 dniach zdjęciowych, że mam trzy zdjęcia. Jedno z Maćkiem Musiałem, które ktoś nam zrobił i przesłał. Drugie to selfie po scenie bójki, bo byłem cały we krwi, więc chciałem uwiecznić charakteryzację i trzecie z Piotrem Adamczykiem, jak siedzieliśmy na krzesłach i gadaliśmy. Ktoś z garderoby albo z make-upu je zrobił i nam wysłał. Czasem więc nic nie wrzucam nie dlatego, że nie chcę, tylko po prostu nie mam co wrzucić i czekam na materiały promocyjne od fotosistów. Albo udostępniam zdjęcia, na których mnie ktoś oznacza. Na InstaStories wrzucam czasem nagrania czy zdjęcia z moimi dziećmi i partnerką, więc to nie jest żadna strategia na ukrywanie życia prywatnego.
Kiedy po raz pierwszy pomyślałeś: jestem stworzony do wyższych celów?
Pierwszy raz pomyślałem, że mogę robić fajne rzeczy, kiedy dostałem się na studia aktorskie. Startowało 1100 osób, na liście wywieszono 22 nazwiska. Wśród nich moje. Czułem, że mogę wszystko. A potem długo, długo nie było nic. Żadnych propozycji, żadnych punktów zwrotnych. Na szczęście byłem otoczony świetnymi ludźmi, aktorami starej szkoły, którzy mieli bardzo mocny kręgosłup zawodowy, znali etykę tej pracy i tłumaczyli mi, jak mam postrzegać ten zawód i jakie kroki powinienem stawiać, żeby znaleźć się w wymarzonym miejscu. Bardzo tym nasiąknąłem i wdrożyłem w życie.
I kiedy po tym „długo, długo nic” przyszło „coś”?
Kiedy dostałem rolę w teatrze i serialu „Morderczynie” – obie w tym samym roku. I byłem w stanie to pogodzić, udźwignąć i mimo że czułem, że na moich plecach spoczywa ciężar odpowiedzialności, że jestem w pewnym sensie lokomotywą całego składu, to wiedziałem, że jestem w dobrym miejscu i dokąd zmierzam. Pierwszy raz pomyślałem: jestem w stanie robić bardzo duże rzeczy z bardzo dobrymi reżyserami. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że ja nie jestem taki…
Jaki?
Nie jestem takim aktorem jak Bartek Bielenia, któremu wystarczyła rola w „Bożym Ciele”, żeby wszyscy oszaleli na jego punkcie. Dostał niesamowitą szansę od Jana Komasy i ją cudownie wykorzystał, zagrał kapitalnie. Ale to nie jest moja droga. Ja jestem rzemieślnikiem. Muszę wziąć łopatę i sam sobie te doły wykopać. Wiem, że to się wydarzy. Skrupulatnie dążę do tego.
Twoje nazwisko zaczęło być kojarzone z twarzą na szerszą skalę po „Papierach na szczęście”. Czy się mylę i przegapiłam pierwsze „boom”?
To był przełomowy czas. Jeśli dostajesz w dużym serialu jedną z trzech czy pięciu głównych ról, to jest to potwierdzenie tego, że rzeka płynie w dobrym kierunku.
Wtedy ludzie zaczęli zaczepiać cię na ulicy?
Mnie, na szczęście, do dzisiaj nikt nie zaczepia na ulicy (śmiech).
Nigdy nikt?
Może to wynika z tego, że ja wyglądam po prostu dość nieprzyjemnie. Całe życie wyglądam na zdenerwowanego.
A jesteś?
Zamyślony. Ale też marszczę brwi i wyglądam, jakbym chciał wyciągnąć nóż z kieszeni. I dlatego ludzie mnie nie zaczepiają. Ja siebie też bym nie zaczepiał (śmiech).
To cieszy czy smuci?
Cieszy. Moje życie jest dzięki temu spokojniejsze.
Ale to mnie zaskakuje, bo po ogłoszeniu, że dołączysz do obsady „Szpitala św. Anny”, fani serialu oszaleli z radości.
Wiesz, to nie jest tak, że nie mam żadnego kontaktu z ludźmi. Komentarzy co prawda nie czytam, ale widzę wiadomości na Instagramie, czasem ktoś na planie pokaże jakieś wpisy, więc ten feedback do mnie dociera.
I czujesz się lubiany?
Tak. Zobaczyłem na własne oczy, że mimo wcielania się zwykle w niezbyt przyjemnych ludzi, przeoranych życiem, to spotykam się z dużą sympatią widowni.
Jakie to uczucie?
Bardzo mnie to cieszy. I nie chodzi tylko o sympatię. To mnie utwierdza w przekonaniu, że robię coś fajnego, skoro potrafię zagrać totalnego zwyrola tak, że ludzie są w stanie żywić do niego pół pozytywnej emocji.
Sukces przyszedł do ciebie szybciej niż byłeś na niego gotowy?
On jeszcze w ogóle do mnie nie przyszedł. Jestem na niego gotowy, ale nie czuję jeszcze, że to już. I żeby nie było – jestem megadumny i szczęśliwy z tego, co zrobiłem do tej pory. Nie potrzebuję Orłów i Oscarów. Nie marzę o Berlinare i czerwonym dywanie w Cannes. To mnie w ogóle nie interesuje. Nagrody to boczny tor.
To co jest dla ciebie miarą sukcesu?
Kiedy film, czy serial, w którym zagrałem, nie schodzi przez kilka miesięcy z pierwszego miejsca. Albo ma oglądalność na poziomie półtora miliona w telewizji. To jest największy sukces, bo to znaczy, że trafia do ludzi i ludzie to doceniają. No i cieszę się z tego podwójnie, bo dostaję za to pieniądze. Chcę swoją robotą przyciągać jak największą widownię. To dla mnie największy sukces.
To teraz zjedźmy windą na parter, tam, gdzie wszystko się zaczęło. Co jest trudniejsze na początku kariery – brak pewności siebie czy brak kasy?
Kiedy nie zarabiałem, nie bałem się o finanse. Paradoksalnie im więcej ich mam, tym bardziej się nimi martwię. Kiedyś mnie to w ogóle nie obchodziło. Na czwartym roku studiów urodził mi się syn. Nie miałem wtedy pracy. Byłem bez grosza przy duszy. Student aktorstwa. Jak to powiedziałem mojemu przyszłemu teściowi i zobaczyłem jego minę, to od razu chciałem odwrócić się na pięcie, powiedzieć: przepraszam, dziękuję, do widzenia (śmiech).
Wyznawałeś zasadę „jakoś to będzie”?
Zawsze jakoś było! Człowiek dawał radę, funkcjonował, był szczęśliwy i miał wolną głowę. Ale to wynika głównie z tego, że na swojej drodze spotkałem cudownych ludzi, którzy zbudowali we mnie poczucie, że jakościowa praca zawsze się obroni. Do dzisiaj w to wierzę. I nawet jak brałem udział w czymś, w co nie do końca wierzyłem, robiłem wszystko, żeby dowieźć i zagrać najlepiej jak potrafię. To zawsze było dla mnie priorytetem: dać z siebie wszystko, zagrać jak najlepiej, a sfera finansowa i ten cały blichtr, który otacza naszą robotę, zawsze tworzyły tylko tło.
Możesz dzisiaj przebierać w ofertach?
Może nie do końca mogę sobie przebierać w propozycjach, ale mam komfort, żeby na niektóre propozycje móc odpowiedzieć „nie”. I jestem z tego dumny.
Z czego ostatnio zrezygnowałeś?
Niedawno dostałem ofertę, która była pieruńsko korzystna finansowo.
O jakich kwotach mówimy?
O pięciu zerach za liczbą.
Dlaczego odmówiłeś? I czy trudno się odrzuca roczne zarobki Polaka?
To była totalna komercha. Wiedziałem, że podpisanie tego dealu będzie mnie bolało. Że nie chcę reklamować tego produktu. To było totalnie sprzeczne ze mną. Odmówiłem. Zarobię te pieniądze gdzieś indziej. Może nie w kilka dni zdjęciowych, ale w zgodzie ze sobą.
Reklamy też lubią się przyklejać. Z niektórych trudno się oswobodzić nawet po 20 latach.
Nie mam problemu z tym, że komuś pasuje bycie bardziej twarzą czegoś niż swoją. Jeśli komuś to pasuje, to bierze za to pieniądze i promuje. Koniec historii. Tu chodzi tylko o mnie. Kiedyś Andrzej Strzelecki, świętej pamięci rektor i opiekun roku, dostał w wieku pięćdziesięciu kilku lat propozycję reklamowania kleju do protez.
I co?
Powiedział, że zarobiłby za nią tyle, ile zarabia przez dwa lata bycia rektorem i robienia spektakli.
Ale nie zgodził się?
Powiedział, że nie, bo w tym wieku proteza jeszcze mu się nie odkleja. I to jest kwintesencja tego. Nie o hajs w tym wszystkim chodzi.
Czego nigdy byś nie zareklamował?
Na pewno nie chcę reklamować czegoś, co jest sprzeczne z moimi wartościami. Chciałbym być dumny z tego, że zrobiłem fajną reklamę, a nie tylko cieszyć się, że kasa wpłynęła na konto. Niekoniecznie chciałbym reklamować alkohol przez kwestie społeczno-moralne i historię alkoholową mojej rodziny. Nie byłbym fair sam ze sobą, gdybym wziął udział w czymś takim. Oczywiście kwoty za reklamowanie alkoholu są takie, że trudno jest powiedzieć "nie". Ale na szczęście nie potrzebuję dużo do życia: mieć samochód i na to, żeby go zatankować, mieć na zakupy spożywcze w supermarkecie i super, jak się uda pojechać ze dwa razy w roku na jakieś wakacje do Grecji czy gdzieś. Wszystko ponad to jest tylko jakąś fanaberią, której ja nie potrzebuję. I chociaż kwestie finansowe reklamowania produktów na grząskim gruncie są szalenie kuszące, to zawsze warto zadać sobie pytanie, czy pieniądze z tej reklamy są nam na pewno potrzebne?
Promowanie alkoholu – nie tylko w kampaniach reklamowych, ale nawet w mediach społecznościowych - spotyka się teraz z ostracyzmem. I, zostawiając na chwilę z boku kwestie moralne, chociaż jest opłacalne finansowo, to wizerunkowo już kompletnie nie.
Niektórym do dziś odbijają się czkawką reklamy wódki. I niektórzy wzięli za nie jakieś ochłapy. To znaczy – będąc uczciwym – dla wielu ludzi to są gigantyczne pieniądze, ale biorąc pod uwagę, ile te nazwiska zarabiają, to są jakieś drobne. I za te „ochłapy” promujesz wódę, przez którą rozpadają się rodziny, ludzie popełniają samobójstwa, pijani kierowcy zabijają na drodze, a ty z uśmiechem na ustach zachęcasz do spróbowania. Nie reklamujemy w telewizji papierosów i nie powinno być reklam piwa.
Za dużą pobłażliwość mamy jako społeczeństwo dla koncernów alkoholowych?
Jeżeli ktoś, i mówię to z autopsji, miał w rodzinie alkoholika i ma w swoim organizmie gen alkoholowy, czyli jest DDA, wie, z jakimi tragediami życiowymi się to nierozerwalnie wiąże. I rozumiem, że jeśli ktoś nie zna alkoholu od tej strony, to traktuje to jako formę rozrywki i relaksu. Ale reklamowanie alkoholu w ten sposób jest niebezpieczne, bo granica jest cienka, a rodzina najważniejsza.
Rodzina jest najważniejsza – zostańmy na chwilę przy tej myśli. Jak poznałeś Martę, z którą założyłeś swoją? To była historia jak z filmu? Zupełny przypadek?
To była historia jak z teatru (śmiech).
Opowiadaj!
Mieszkałem wiele lat temu w Krakowie i moja Marta również. I poznaliśmy tam tego samego człowieka, z którym oboje się zaprzyjaźniliśmy. I szczęśliwy traf chciał, że kiedy przeprowadziłem się już do Warszawy, ten człowiek wpadł na spektakl, który grałem w stolicy. I zabrał ją ze sobą. To było 12 lat temu.
„Żona z dostawą do domu” to jak tytuł komedii romantycznej.
Spektakl się oczywiście przedłużył i zamienił w spotkanie, które trwało do rana. Na drugi dzień nie dotarłem na zajęcia w szkole. To było moje pierwsze wolne w historii całej kariery naukowej.
Od początku wiedzieliście, że „to jest to”?
Ja wiedziałem od początku, że to ta jedyna. Ale Marta nie do końca (śmiech). Musiałem ją zdobywać przez wiele miesięcy. Nie była do końca przekonana z uwagi na różnicę wieku. Jest ode mnie siedem lat starsza, więc kiedy się poznaliśmy, była już ustatkowaną kobietą z pracą i mieszkaniem, a ja byłem początkującym studentem drugiego roku w Akademii Teatralnej, który chodził w dresie, śmierdział i miał rozczochrane włosy.
Co ją przekonało?
Moja ambicja, którą zobaczyła, kiedy poznała mnie bliżej. I szczęśliwie się udało, i szczęśliwie to trwa.
Czytając czasem nagłówki w serwisach plotkarskich, odnoszę wrażenie, że Polska nie jest gotowa na związki mężczyzn ze starszymi kobietami. Wam się udało uniknąć podobnych komentarzy?
Nawet jeśli Polska nie jest gotowa, to ja nie mam z tym absolutnie żadnego problemu. Nigdy nie interesowały mnie młodsze dziewczyny. Moje partnerki były w moim wieku albo starsze. Na studiach pozwiedzałem, pobawiłem się, powyjeżdżałem, poromansowałem, poimprezowałem. Byłem gotowy na poważny związek. I wbrew liczbom – byłem naprawdę bardzo dojrzałym mentalnie człowiekiem. I Marta to we mnie dostrzegła. Uznała, że dobrze rokuję i dała mi szansę.
I się nie pomyliła. Dzisiaj ogląda twoje wszystkie produkcje? Jest najbardziej zaufanym krytykiem?
Jest pierwszą i największą fanką, która była na wszystkich premierach w teatrze, oglądała wszystkie seriale i produkcje, a nawet słuchała większość audiobooków i audycji radiowych, które zrobiłem. A krytykiem bywa. Na szczęście konstruktywnym, który od razu uzasadnia swoją opinię. To bardzo cenne.
Ostatnio rozmawiałam z Kasią Gałązką, której partner nie jest związany z aktorstwem. Wyznała mi, że choć są razem od lat, obojgu zdarza się czuć niekomfortowo, oglądając sceny intymne. U was jest podobnie?
Nie i uważam, że to jeden z powodów, dla których jesteśmy nadal razem. Marta doskonale zna moje podejście i wie, że jeżeli widzę sens i cel, to zrobię wszystko dla projektu i pozwolę na to samo ze swoim ciałem. Ale wie też, że do wszystkich diapazonów emocjonalno-miłościowo-seksualnych podchodzę dość krytycznie, więc nawet jeśli pojawia się u niej ukłucie zazdrości – nigdy nie dała mi tego odczuć, a ja dokładam wszelkich starań, żeby te emocje odpędzić. Twardo stąpam po ziemi, wiem, czym jest robota, odróżniam ją od prywatnego życia i nie łączę tych dwóch elementów ze sobą.
Konsultujesz z nią zawodowe wybory? Czy to zawsze wyłącznie twoja decyzja?
To jest moja decyzja, ale nie wyłącznie. Podejmuję ją wspólnie z dziewczynami z agencji. Z Martą nie konsultujemy wzajemnie decyzji zawodowych. Ja nie mówię jej, w jakim kierunku ma prowadzić swoją karierę i ona też nic mi nie sugeruje. Oczywiście – informuję ją, w czym zagram, daję jej do przeczytania scenariusz, ale zwykle to już się dzieje albo kiedy projekt wystartował, albo zaczęły się próby, albo kiedy podjąłem decyzję i podpisałem umowę.
Co powiedziała, kiedy okazało się, że będziesz grał w „Szpitalu św. Anny”?
„A, czyli teraz będziesz do Krakowa jeździł?” – to było pierwsze, co powiedziała. Niestety, nie oglądamy zbyt dużo telewizji, więc nie widzieliśmy formatu wcześniej. Oczywiście, kiedy dostałem propozycję, włączyłem kilka odcinków, żeby rozeznać się, o co chodzi, co to za serial i w co mam wejść. Obejrzeliśmy je razem i podczas jednego z odcinków rzuciła, że to jest bardzo dobre i naprawdę fajnie się to ogląda, więc zostałem pobłogosławiony, że to jeżdżenie do Krakowa ma sens (śmiech).
Brzmi to wszystko jak idealne dopasowanie. Bliscy nigdy nie „suszyli wam głowy” o ślub?
Nigdy nie usłyszeliśmy pytania „kiedy ślub?”. Żadna ze stron nie naciskała. Ani moja rodzina, ani Marty. Może się bali zapytać, bo wiedzieli, że oboje jesteśmy bardzo świadomymi ludźmi, którzy trzymają się podjętych decyzji i nie podejmują ich pochopnie. Nikt nam się nie wpierdzielał. Uszanowali ten wybór.
A wy nigdy nie czuliście potrzeby sformalizowania związku?
Myślę, że weźmiemy ślub, jak zbudujemy dom i kupimy taki samochód, że nie będziemy się bać, że stanie na autostradzie. I jak będziemy finansowo zabezpieczeni, czyli spłacimy kredyty. Ohajtamy się dla funu i imprezy. Jesteśmy ludźmi, którzy mocno stąpają po ziemi i nie potrzebujemy deklarować przed urzędnikiem cywilnym, księdzem, czy kimkolwiek, że chcemy być ze sobą na zawsze. My chcemy być ze sobą, więc pracujemy na to tu i teraz. Papier nie obliguje cię do tego w żaden sposób i z niczego nie zwalnia. Wcześniej nie mieliśmy pieniędzy na ślub, teraz nie mamy czasu i to są główne argumenty, ale ani wtedy, ani teraz nie mieliśmy też potrzeby. To się pewnie kiedyś wydarzy w celu uporządkowania rodzinnych spraw, ale każdego dnia swoimi czynami staram się wykazywać, że i zdrowiu, i w chorobie, i że nie opuszczę aż do śmierci.