Jan Lubomirski szczerze o żonie, dzieciach i rozstaniu. "Dopiero po rozwodzie staliśmy się sobą" [TYLKO U NAS]
- Jan Lubomirski-Lanckoroński o tytułach. Co oznacza bycie księciem we współczesnym świecie? "Nie traktujmy tego jak tabu".
- Jan Lubomirski-Lanckoroński nie dorastał w zamku. W mieszkaniu jego dziadka żył morderca. "Był psychopatą, który krążył po Krakowie i strzelał do ludzi w nocy, mordował ich. Wracał, klękał przed moim dziadkiem i się mu spowiadał".
- Jan Lubomirski-Lanckoroński o biznesie kanapkowym. Dostał pieniądze od Jana Kulczyka? "Zawsze się śmieję, bo wszyscy myślą, że mój zmarły były teść, codziennie wypełniał mi kieszenie jakąś niesamowitą ilością gotówki. Chciałbym (śmiech), bo na pewno byłoby łatwiej. Ale tak nie było. Byliśmy traktowani jako małżeństwo rzeczywiście dosyć krótko i twardo".
- Jan Lubomirski-Lanckoroński o związku z drugą żoną. To ona rządzi w domu. "Spotkałem kobietę, która jest moją partnerką. Myślę, że trochę jako mężczyźni za mało w dzisiejszych czasach szukamy takich kobiet. Trochę się ich boimy".
- Jan Lubomirski-Lanckoroński o byciu ojcem i patchworkowej rodzinie. "Dzwonię codziennie do moich dzieci. Czasem nawet kilka razy".
- Jan Lubomirski-Lanckoroński o ślubie z Dominiką Kulczyk. "Mieliśmy trudną sytuację medialną, jeżeli chodzi o mój pierwszy ślub i moją pierwszą żonę. Właściwie trudno było umknąć jakimkolwiek różnym działaniom mojego byłego teścia i temu, jak był postrzegany przez niektórych. To wszystko nie było łatwe".
- Jan Lubomirski-Lanckoroński o rozstaniu z pierwszą żoną. "Mam wrażenie, że dopiero po wielu latach, może po rozwodzie, staliśmy się rzeczywiście sobą".
- Jan Lubomirski-Lanckoroński czuje się dziś spełnionym mężczyzną? "Na pewno jeszcze wszystkiego nie zrobiłem".
Jan Lubomirski o byciu księciem we współczesnym świecie
Anna Pawelczyk-Bardyga, tvn.pl: Monarchii w Polsce już nie ma. Została zniesiona wiele lat temu. Tytuły wszelkie, książęce, hrabiowskie nie mają już prawnej podstawy. Jednak cały czas istnieją. Co dziś oznacza bycie księciem?
Jan Lubomirski-Lanckoroński: Trochę się śmieję, bo to rzeczywiście jest jeden z czołowych tematów, które się pojawiają wokół mojej osoby. Rzeczywiście Polska nie jest monarchią. To nastąpiło wręcz przez mojego własnego wuja, czyli Zdzisława Lubomirskiego, przyjaciela Józefa Piłsudskiego, który w 1918 roku przekazał władzę marszałkowi. A Piłsudski, będąc przez chwilę regentem, tak jak Zdzisław Lubomirski, spowodował, że w Polsce powstała republika. Nie widzę w tym nic złego, wręcz odwrotnie [...]. Natomiast jest takie stwierdzenie, że tytuły są nielegalne, albo, że wręcz nie wolno ich używać.
Chcę rozwiać jako radca prawny wątpliwości, ponieważ to nie jest zabronione, ale też nikt nikogo do tego nie zmusza. Zawsze to powtarzam. To jest rzecz, którą bardziej traktuję jako taką spuściznę i nawet obowiązek, a nie kwestię dobrego dodatku do nazwiska. W Polsce głównymi obowiązującymi tytułami są tytuły naukowe. Książę nie jest z jednej strony konieczny, ale z drugiej strony też nie przesadzajmy i nie traktujmy tego jak tabu.
Za granicą, nawet w państwach, które są republikami, ta tytulatura jest takim naturalnym określeniem dla człowieka, który na przykład pełni ważną funkcję w swojej miejscowości [...]. U w okresie komunistycznym stało się to synonimem kogoś, kto jest wyzyskiwaczem, kto jest zły, kto jest za bogaty, a przede wszystkim się wywyższa. Z tym mam problem. Mam metr dziewięćdziesiąt pięć. Nie da rady, musiałbym sobie nogi chyba obciąć, żeby się obniżyć (śmiech).
We współczesnej Polsce jest miejsce na to, żeby być księciem?
Muszę powiedzieć, że mnie w naszym wspaniałym, przepięknym kraju żyje się bardzo dobrze. I chciałbym też wnosić coś z naszej strony, czyli całej rodziny, do rozwoju naszego kraju, przy okazji pamiętając o przeszłości. Dlatego otwieramy w Krakowie Muzeum Książąt Lubomirskich, które będzie dobrym miejscem do tego, żeby popatrzeć pod innym kątem na naszą rodzinę i zobaczyć, jak wielokrotnie, w przeciwieństwie do poniektórych rodzin, pozytywnie wpływaliśmy na nasz kraj. Staraliśmy się go budować, rozwijać. Nie uczestniczyliśmy tak jak wiele niestety innych rodzin w Targowicy. Zamiast tego nasza rodzina ogłosiła niepodległość Polski. To bardzo ważny motyw, który wyróżnia nas spośród pozostałych dawnych rodzin arystokratycznych. Regent Zdzisław Lubomirski ogłosił słynną deklarację niepodległości Polski, której oryginał będzie można zobaczyć w naszym muzeum.
Jan Lubomirski nie dorastał w zamku. W mieszkaniu jego dziadka żył morderca
Wśród dorosłych tytuły nie zawsze mają pozytywne konotacje. W przeciwieństwie do dzieci. W dzieciństwie często marzymy o tym, by mieć zamek, karetę z końmi... To wszystko jednak pozostaje jedynie mrzonkami, a u pana stało się to rzeczywistością. Kiedy dowiedział się pan, że ma książęce pochodzenie?
To chyba nigdy nie było powiedziane tak po prostu. Zawsze gdzieś wychodziło w trakcie np. lekcji historii w szkole, w jakiejś sytuacji towarzyskiej, gdzie rzeczywiście ktoś powiedział coś na ten temat.
Jako małe dziecko w pełni rozumiał pan płynący z tych opowieści ciężar noszenia nazwiska Lubomirski?
Oczywiście będąc chłopcem dosyć zainteresowanym historią, dopytywałem zawsze mojego taty, ale nie o sam tytuł, bardziej o rodzinę. Co to znaczy, że właśnie ta rodzina była zaangażowana w tworzenie Polski? Co to znaczy, że nasza rodzina podczas Potopu jako jedyna zachowała się dobrze i nie przeszła na stronę Szwedów? Nie tak jak na przykład Radziwiłłowie czy inne rodziny. To były bardziej takie zapytania do seniora rodu, ale nigdy kwestia tego tytułu nie była istotna. To zawsze był element naprawdę bardzo dodatkowy.
Zawsze była rozmowa o działaniu, o tym, w jaki sposób wpływaliśmy pozytywnie właśnie na kraj [...] i myślenie, co nadal możemy jeszcze wnosić. Mam nadzieję, że wciąż możemy stanowić jakiś pozytywny element w naszym społeczeństwie, zupełnie nie zwracając uwagi na to, czy jest się księciem, czy doktorem, czy radcą prawnym. Najważniejsze, żeby każdy z nas działał dla naszej ojczyzny, zwłaszcza w tak trudnych czasach, które mamy dzisiaj.
Z jednej strony opowieści przodków, a z drugiej szara rzeczywistość, bo nie wychowywał się pan w zamku. Mieszkaliście w kamienicy, w której było wiele osób, również tych nieproszonych.
Tak to wyglądało od czasów II wojny światowej, kiedy nieproszonymi gośćmi byli, chociażby ludzie z gestapo, którzy aresztowali mojego dziadka i moją babcię za działalność w Armii Krajowej. Wcześniej przechowywaliśmy u nas przynajmniej trzy osoby narodowości żydowskiej [...]. Za to była kara śmierci dla całej rodziny, ale udało się jakoś to wszystko przetrwać. Później nieproszonymi gośćmi byli NKWD-iści. Jeden z nich był psychopatą, który krążył po Krakowie i strzelał do ludzi w nocy, mordował ich.
Morderca mieszkał pod pańskim dachem?
Mieszkał w mieszkaniu mojego dziadka. Wracał z tych swoich morderstw i klękał przed moim dziadkiem i mu się spowiadał. Kompletny psychopata. [...] Działy się tam różne wariactwa. W pewnym momencie dosiedlono nam do mieszkania, podkreślam, nie do kamienicy, tylko do mieszkania, 20 żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. [...] Takie były czasy.
Nie były to książęce warunki...
Nigdy nie patrzyłem na to pod kątem bajki i że gdzie jest ta bajka? Że ja coś powinienem... Dosyć szybko doszedłem do tego, że jeżeli sam nie zacznę pracować, działać i tworzyć pewnych zrębów, właśnie takich, jak kiedyś bywały w rodzinie, czyli jednak działalności społecznej, to nic z tego nie będzie. Wiedziałem, że muszę sam zarobić, ponieważ tych pieniędzy specjalnie nigdzie nie było. Nikt ich nam nie dosypywał.
Poza może ciocią Karoliną Lanckorońską, która traktując mnie trochę jak późnego wnuka, pomagała moim rodzicom. Życie w komunizmie nigdy nie pozwalało na to, żeby można było prowadzić działalność prospołeczną, czy jakąkolwiek, która byłaby porównywalna z działalnością w dawnych czasach.
Po 89 roku, widząc już możliwości [...], zacząłem się angażować w różne wydarzenia. Najpierw szkolne, później z moim ojcem w wyjazdy dotyczące Zamku Wiśniczu, czy współpracy z ówczesnymi władzami samorządowymi. A w głowie gdzieś tam kiełkowała myśl, że jednak trzeba zrobić biznes. Ta myśl wykiełkowała we wspólnym interesie, który zrobiłem z moim przyjacielem z Poznania, czyli... kanapki.
Jan Lubomirski o biznesie. Dostał pieniądze od Jana Kulczyka?
To też jest zaprzeczenie tej całej bajki. Książę, który robi kanapki, do tego w nocy i sprzedaje je na stacjach benzynowych.
Zainteresowało mnie to, jak rozwijają się pewne biznesy za granicą. To też nie było jakieś novum niesamowite, natomiast w Polsce nie było wielu tego typu biznesów. Uważałem, że jest to taka nisza, w którą mógłbym wejść. Całkiem nieźle nam to poszło. Później po rozwinięciu, stworzyłem też kawiarnię. Nie ukrywam, że tu była pewna pomoc mojej byłej teściowej.
Natomiast zawsze się śmieję, bo wszyscy myślą, że mój zmarły były teść, codziennie wypełniał mi kieszenie jakąś niesamowitą ilością gotówki. Chciałbym (śmiech), bo na pewno byłoby łatwiej. Ale tak nie było. Byliśmy traktowani jako małżeństwo rzeczywiście dosyć krótko i twardo.
"Musicie sami coś pokazać, musicie coś zrobić". Mnie to z jednej strony jako bardzo młodego człowieka, w pewnym okresie zastanawiało. Kurczę, bo przecież łatwiej by było, prawda? Z drugiej strony, im byłem starszy, coraz bardziej zacząłem stwierdzać, że jednak dużo większą satysfakcją jest prowadzenie samemu biznesu, rozwijanie tego samemu. I jak już wszedłem w biznes, który zawsze chciałem robić, czyli nieruchomościowy, to muszę powiedzieć, że nigdy bym tego nie zamienił na nic innego.
Nazwisko Lubomirski przeszkadza czy pomaga?
Są osoby, które z jednej strony bardzo często hejtują, ale są też tacy, którzy są bardzo pozytywnie nastawieni. Jest i tak, i tak. Myślę, że jednak ten hejt spotyka nie tylko nas. Jest to nieprzyjemna, ale światowa pandemia, która przyszła do nas z mediami społecznościowymi. Więc nie czuję się tu jakoś specjalnie wyróżniony [...]. Nazwisko czasami pomaga, czasami przeszkadza, ale trzeba działać mimo tego. I zdecydowanie łamać stereotypy.
Pana pierwsza żona powiedziała w jednym wywiadów, że zanim pana poznała, nie miała dobrego wyobrażenia o arystokracji. Tymczasem się okazało, że tutaj nie ma miejsca na nadęcia. Jaki jest więc prywatnie Jan Lubomirski-Lanckoroński?
Jestem raczej człowiekiem bardzo pozytywnie nastawionym do życia. Rzadko mi się zdarza być smutnym. Tym, co mnie charakteryzuje, jest humor. To jest coś, co właśnie przebija te stereotypy. Co zmienia trochę to podejście, które bazuje z jednej strony gdzieś tam właśnie na książkach o książętach na białym koniu, a z drugiej strony na przeświadczeniach z okresu komunistycznego, kiedy arystokracja była uznawana za najgorszy element w społeczeństwie. Wszyscy jesteśmy ludźmi i tak samo mamy swoje wzloty i upadki, i troski, i radości.
Jan Lubomirski o byciu ojcem i związku z drugą żoną. Stworzyli patchworkową rodzinę
A na co dzień, kto rządzi w domu? Pan?
Żona oczywiście.
Czyli rozumiem, że pan jest pod pantoflem?
Zwykle nosi szpilki, więc nie wiem, czy tak można powiedzieć (śmiech). To jest dla mnie wspaniała sytuacja, bo rzeczywiście spotkałem kobietę, która jest moją partnerką. Myślę, że trochę jako mężczyźni za mało w dzisiejszych czasach szukamy takich kobiet. Trochę się ich boimy, że one właśnie mogą spowodować tę sytuację i włożyć pod ten pantofel. Ja uważam zupełnie inaczej. Dla mnie osoba, która by nie była podobnie nastawiona do życia, nie miałaby energii, chęci działania i robienia różnych przedsięwzięć, nie byłaby dobrą partnerką dla mnie. Mam to szczęście, że traktujemy się bardzo po partnersku. Równo. Każdy z nas ma jakieś swoje działania i staramy się nawzajem sobie pomagać. Nie wchodzić w pewne sfery też, bo to również jest bardzo ważne, prawda? (śmiech)
Do czego w takim razie nie może się wtrącać żona?
To jest bardzo naturalne. U nas wychodzą te rzeczy, jak to się mówi, w praniu. Wiem, że jej oczkiem w głowie są działania związane ze Szczawnicą. Moja żona jest też świetną finansistką, bardzo lubi układać pewne rzeczy. Ja znowu jestem bardziej takim człowiekiem od szybkiego podejmowania decyzji, od działań aktywnych. Tu się bardzo uzupełniamy. Ona tworzy plany, ja często je realizuję.
Wspólna jest nie tylko energia, ale także korzenie. Wiem, że jesteście w którymś stopniu spokrewnieni. To jest w ogóle legalne?
To jest legalne, a w naszej rodzinie była historia trochę jak z książek.
Mój dziadek i moja babcia byli kuzynami pierwszego stopnia. To bardzo blisko i na to była specjalnie potrzebna zgoda papieża. Mój pradziadek musiał się udać do Rzymu. Tu wrócę do tego tytułu, który czasami pomaga. Jako książę Świętego Cesarstwa Rzymskiego, bo taki jest pełny tytuł, mój pradziadek mógł liczyć na bezpośrednią audiencję u papieża. Pradziadek musiał zakupić woreczek, taki mieszek ze złotymi monetami i położyć go u stóp papieża, który siedział na tronie. [...] Wydano odpowiednią decyzję. Woreczek musiał być dostatecznie ciężki, więc wszystko się udało.
Na początku związku podjeżdżał pan po żonę karetą. Wasze pierwsze spotkanie było bajkowe?
Może mniej bajkowe, ale rodzinne. Pierwszy raz spotkaliśmy się na ślubie mojego najbliższego kuzyna. Natomiast później już po rozwodzie spotkaliśmy się na przyjęciu w Krakowie, w słynnym Pałacu pod Baranami. Wtedy, przynajmniej miałem taką nadzieję, chyba coś zaiskrzyło.
Doczekaliście się wspólnej córeczki. Pan ma jeszcze dwójkę dorosłych już pociech z pierwszego małżeństwa.
Córka to jest w ogóle najwspanialsza rzecz na świecie. To jest tak cudowne, zwłaszcza dla starego ojca. Taka malutka córeczka, najcudowniejsze historie, jakie mogą być, to jej opowieści, to jak my już ze sobą rozmawiamy. To nie są tylko spotkania i zabawy, tylko to już są poważne pytania, na które czasem robię wielkie oczy i się zastanawiam, jak tu córce wytłumaczyć. Jedno z podstawowych pytań, które oczywiście żona na mnie zwaliła, to jak się pojawiają dzieci (śmiech). Musiałem trochę przejąć inicjatywę, ale chyba sobie nie poradziłem na razie z tym najlepiej (śmiech).
Pojawiają się pytania o rodzinę?
Pojawiają się oczywiście. Ona ogromnie jest zakochana zwłaszcza w swoim bracie. Uwielbia też starszą siostrę, zresztą bawią się cały czas, a Jeremi, jako ten taki właśnie najstarszy ze wszystkich, zawsze o nią bardzo dba i z ogromnym rozczuleniem się na to patrzy, naprawdę.
Jak stworzyć rodzinę patchworkową, która się dogaduje, będąc jednocześnie na medialnym świeczniku?
Nie wiem...
Ale jakoś się to panu udało, i to całkiem dobrze.
Nie wiem, naprawdę nie wiem. Mówię szczerze. Myślę, że to nie jest łatwe, ale chyba najważniejsze jest poświęcanie jak najwięcej, ile się da, czasu. Żadne pieniądze, żadne karety, żadne zamki, żadne prezenty. Czas.
Czyli rozumiem, że w kalendarzu zawsze jest wydzielone miejsce dla rodziny?
W miejsce i w czas dla rodziny jakoś wkleja się pracę i inne sprawy. Rodzina jest najważniejsza.
A jakim na co dzień jest pan ojcem?
Mam nadzieję, że dobrym. Na pewno, dla mnie rzeczywiście najważniejsze jest spędzanie czasu z młodzieżą. Czasami myślę, że nawet może przesadzam, bo dzwonię codziennie do moich dzieci. Czasem nawet kilka razy, więc może mają mnie dosyć, ale to chyba jest taki chyba najważniejszy element w ogóle bycia rodzicem.
Dał im pan wolną rękę co do przyszłości i kontynuowania pana drogi?
Tak. Uważam, że to jest bardzo ważne, bo jeżeli za wcześnie i za bardzo zacznie się naciskać na dzieci w jakiejś konkretnej sprawie, to mogą się zniechęcić. Widzę to u dzieci różnych znajomych. Nie wiem, ale udało się mnie, mojej żonie, jakoś doprowadzić do tego, że rzeczywiście dzieci są zainteresowane historią rodziny, są zainteresowane kontynuacją, fundacjami, muzeum. To jest na pewno wielka satysfakcja, ale jest to dla mnie troszkę też zaskakujące, patrząc, jak dzisiaj młodzież podchodzi do pewnych spraw, idei, wartości. Po prostu często nie mają na to czasu nawet, będąc cały czas czy w telefonie, czy spotykając się z rówieśnikami, czy zajmując się w ogóle jakąkolwiek inną aktywnością.
Jan Lubomirski o uderzeniach "sodówki", ślubie i rozwodzie z Dominiką Kulczyk
Uderzające jest to, że Weronika i Jeremi są bardzo skromni i nie ma o nich za dużo w sieci. A są to dzieci, które były już wychowywane w zamkach i pałacach. Mogłaby im uderzyć do głowy przysłowiowa sodówka.
Moja była żona bardzo ładnie prowadzi edukację dzieci i to, w jaki sposób one są oswajane z tym jednak trudnym, wielkim światem. Bardzo jej jestem za to wdzięczny. Mam nadzieję, że ja też dokładam odpowiednią ilość takiego uspokojenia, jeżeli chodzi o przesadę czy to w funkcjonowaniu w świecie, czy chęci pokazania możliwości. Nie do końca swoich, tylko właśnie może bardziej rodziców, dziadków. Uważam to za akurat nie do końca pozytywne, żeby będąc młodym człowiekiem się chwalić czymś, co się samemu nie zrobiło. Więc cieszę się, że to widać, bo to znaczy, że rzeczywiście ta robota została dobrze wykonana.
Panu również sodówka nigdy nie uderzyła do głowy?
Może gdzieś tam na samym początku. My mieliśmy trudną sytuację medialną, jeżeli chodzi o mój pierwszy ślub i moją pierwszą żonę. Właściwie trudno było umknąć jakimkolwiek różnym działaniom mojego byłego teścia i temu, jak był postrzegany przez niektórych. To wszystko nie było łatwe. My gdzieś byliśmy może tłem, ale zawsze jednak się pojawialiśmy. Mam wrażenie, że dopiero po wielu latach, może po rozwodzie, staliśmy się rzeczywiście sobą, sami sobą i rzeczywiście mogliśmy zacząć decydować o tym, co dzisiaj się dzieje, jak nas ludzie też postrzegają.
To na pewno zabrało dużo czasu, żeby może nie z jakiegoś takiego uderzenia wody sodowej, ale po prostu z uderzenia naporu zainteresowania, pójść w te swoje kierunki, gdzie rzeczywiście teraz się odnajdujemy. Dominika świetnie działa w biznesie, a ja staram się łączyć biznes z działalnością prospołeczną. To dla mnie było bardzo istotne [...].
Jan Lubomirski o poczuciu szczęścia i spełnienia w życiu
Patrząc dziś na to wszystko, czuje się pan w pełni szczęśliwy i spełniony? Czy może brakuje wisienki na torcie?
Czuję się bardzo szczęśliwy, bardzo spełniony, ale na szczęście cały czas mam jeszcze różne plany. Na pewno jeszcze wszystkiego nie zrobiłem, na pewno można by lepiej, na pewno można by więcej, ale jestem bardzo, bardzo szczęśliwy. Rzeczywiście pewna część z tej działalności społecznej się udała. Działalność biznesowa też, Bogu dzięki, mimo tego, że była rozpoczęta na kanapkach (śmiech).
Klienci wiedzieli, że kanapki mi sprzedaje książę? Miały emblemat? (śmiech)
Nie wiem, ja tam nawet podjadałem czasami te kanapki (śmiech). Zresztą do dzisiaj mi zostało trochę [brzucha - przyp. red.]. My sami je przygotowywaliśmy, jeżeli na przykład ktoś się rozchorował. To było zupełnie naturalne, normalne, że w tej naszej pierwszej dziupli to się zaczynało.
Ale wracając, czuję ogromne spełnienie. Natomiast jeszcze jest dużo różnych projektów przede mną. Dużo roboty w różnych miastach w Polsce.
Czego panu życzyć w takim razie?
Dalej tej samej energii i tego, co do tej pory, żeby dalej wszystko się udawało.