Nowa "Lalka" to także film o męskiej przyjaźni? Marek Kondrat i Marcin Dorociński o relacji Rzeckiego z Wokulskim [TYLKO U NAS]
Czy "Lalka" opowiada o przyjaźni?
"Lalka" w reżyserii Macieja Kawalskiego to jeden z najbardziej oczekiwanych tytułów tego roku. To dla tej produkcji Marek Kondrat wrócił z emerytury. W nowej ekranizacji powieści Prusa relacja między starym subiektem a zakochanym kupcem zyskuje nowy, niezwykle autentyczny wymiar. Wszystko dlatego, że odtwórcy tych ról od lat darzą się prywatnym szacunkiem.
– Ta przyjaźń jest oczywiście na kartach książki. My mamy tę w estymę w stosunku do siebie prywatnie w życiu, więc nie było problemu przenieść ją na ekran – przyznał Marek Kondrat.
Marcin Dorociński podkreślił jednak, że filmowa przyjaźń Rzeckiego i Wokulskiego nie jest jedynie laurką.
– Przyjaźń to nie tylko czasy dobre i słodkie, kiedy nam się wszystko udaje, kiedy mamy pieniądze, kiedy wspólnie otwieramy interes – zauważył aktor. Ta szorstka lojalność ma być jednym z najmocniejszych punktów nowej "Lalki".
Jak zmieniło się kino oczami Marka Kondrata?
Dla Marka Kondrata powrót na plan po latach był okazją do gorzkich i zabawnych obserwacji dotyczących ewolucji kina. Aktor z nostalgią wspomina czasy, gdy dyscyplinę na planie wymuszała ograniczona ilość taśmy filmowej. – Kiedy robiłem "Historię Żółtej Ciżemki, to światła na planie zapalały się przez pół godziny, rozżarzały się, a temperatura była jak w hucie Lenina. To jest zmiana – żartował Kondrat.
Dziś, w erze cyfrowej, aktorzy mogą oglądać każdy dubel na monitorach tuż po zakończeniu sceny. Dorociński przyznaje, że technika pomaga zrozumieć uwagi reżysera, ale Kondrat ostrzega przed "zakochaniem się w sobie" przez zbyt długie patrzenie w ekran.
– Styl się pewien zmienia, oczywiście grania, to widać w poprzednich ekranizacjach. To jest dowód współczesności po prostu. Każda ma swój styl, swoją estetykę – dodał odtwórca roli Rzeckiego.
Jak będzie wyglądał film Kawalskiego?
Marcin Dorociński, który na planie spędził aż pięć miesięcy, nie ukrywa, że pierwszy pokaz tzw. "brudnego montażu" wywołał u niego spore emocje.
– Bałem się wczoraj oglądać tego pokazu nieskończonego filmu. Ale jednocześnie, żeby też z szacunku do państwa, do dziennikarzy [...] chciałem wiedzieć więcej, jak mnie tam pocięli – wyznał.
Obaj aktorzy zgodnie twierdzą, że mimo technologicznego przeskoku, serce filmu pozostaje to samo. To wciąż opowieść o wielkim uczuciu, rozmachu i detalach, które pozwalają aktorowi "wejść w skórę" postaci.
– Przestawaliśmy myśleć o tym, że jesteśmy w XIX wieku, tylko po prostu w nim byliśmy. (...) Żeby ten kostium jednak stał się taką drugą skórą i żeby być tym człowiekiem, którego ma się zagrać, a nie być aktorem przebranym w kostium – podsumowali.