"Uczę się, jak być synem". Jakub Świderski w szczerym wywiadzie o trudnej relacji z ojcem, wierze w Boga i miłości do dzieci

co za facet_16x9
"Szpital św. Anny". Wroński upokorzy Zosię! Zrobi to przy jej narzeczonym [PRZED EMISJĄ W TV]
Na ekranie jego obecność wprowadza niepokój i mrozi krew w żyłach. Poza nim to normalny gość, który od życia chce czegoś innego niż popularność i fortuna. W rozmowie z Aleksandrą Głowińską opowiada o swojej niełatwej relacji z tatą, mamie, która odeszła zbyt wcześnie, narkotykach na szkolnych korytarzach i z humorem zdradza kulisy partnerstwa w małżeństwie (czasem negocjacje są ostre jak w thrillerze, ale zawsze z happy endem). Wyjaśnia, dlaczego wychowywanie dzieci to najlepszy kurs cierpliwości, jaki można sobie zafundować. No i wreszcie – przyznaje, że granie czarnych charakterów działa na niego jak emocjonalny detoks, bo tam może legalnie wyrzucić z siebie wszystko to, czego nie wypada w realu. Nie interesują go drogie auta ani ubrania z metkami. Ważniejsze jest, co mówi i jak mówi - a to słychać w każdym zdaniu. Jakub Świderski kolejnym gościem cyklu #CoZaFacet. Zaskakująco lekki, szczery i... jeszcze ciekawszy niż jego ekranowe wcielenia.

"Chłopaki nie płaczą" i "Ojcze nasz". Jakub Świderski o męskich wzorach w dzieciństwie i wierze w Boga

Aleksandra Głowińska: Męskość. Jak ją rozumiałeś, gdy byłeś małym chłopcem?

Jakub Świderski: Przed oczami od razu staje mi Rambo, Jean-Claude Van Damme i Tom Selleck. I kierowcy Formuły 1, mimo że to zupełnie inny rodzaj męstwa, niekoniecznie związany z tężyzną fizyczną i siłą mięśni, a bardziej z odwagą i stawianiem czoła czemuś tak przerażającego, jak wchodzenie w zakręty przy zawrotnej prędkości. Generalnie byli to silni mężczyźni, którzy się nie bali, nie ronili łez, nie pokazywali słabości. Okazywanie uczuć czy emocji… To nie przystawało prawdziwym mężczyznom.

Często słyszałeś, że chłopaki nie płaczą?

Oczywiście. „Nie becz tyle”, „Nie bryncz”. Musiałem tłumić w sobie bardzo wiele emocji i myślę, że stąd wziął się mój talent aktorski. Grałem w prawdziwym życiu silniejszego niż jestem. Zakrywałem się, żeby nikt nie zobaczył, z czym walczyłem w środku.

Kto był pierwszym twoim wzorem mężczyzny?

Tata, chociaż bardzo dużo pracował, więc rzadko go widywałem. I dziadkowie – jeden z Kalisza, drugi z Krotoszyna. To były dwa skrajne wzorce męskości. Jeden dużo mówił o pracy i szacunku do człowieka, drugi mniej mówił, ale więcej pokazywał. I był emocjonalnie zdecydowanie bardziej otwarty.

A twój tata? Którego z nich przypominał bardziej, kiedy byłeś dzieckiem?

Słabo pamiętam. Częściej widywałem go pracującego niż bawiącego się ze mną.

Nie masz żadnych wspomnień z tatą?

Może jedno. Uczył mnie „Ojcze nasz”. Czas modlitwy to był mój czas z nim. Ale głównie na niego czekałem.

Aż wróci z pracy?

Jako dziecko miałem wypełniony kalendarz po brzegi. Trenowałem łyżwiarstwo figurowe, później szedłem na balet, potem na taniec towarzyski, a potem miałem kolejny trening na łyżwach. I kiedy kończyłem swoje zajęcia, on kończył pracę.

Byliście, mimo braku czasu, związani ze sobą?

Emocjonalna więź pomiędzy mną a ojcem wytworzyła się może z 10 lat temu. Mieliśmy lekki poślizg.

Wiara była ważna w twoim domu?

Nie pamiętam, żeby mnie ktokolwiek, kiedykolwiek zapytał, czy wierzę w Boga. A wydaje mi się, że od tego powinno się zacząć. Pamiętam za to, że byłem uczony na pamięć wszystkich regułek. I powtarzanie ich to był nieodłączny element tygodnia. Dla mojego ojca to było ważne. Był bardzo uduchowiony. W kościele zachowywał pełną powagę. Był skupiony. Oddawał się modlitwie. A my z mamą, która była bardzo utalentowana muzycznie, stroiliśmy sobie żarty z ludzi, którzy strasznie zawodzili, śpiewając kościelne pieśni.

Lubiłeś chodzić do kościoła?

Nie czułem się tam dobrze. Nie czułem się dobrze z tym klepaniem regułek, powtarzaniem słów bez sensu. Jak tekst wylatuje z ciebie bezmyślnie – to to jest marnowanie życia. Jeżeli nie dotykasz serca, po co się odzywać?

Słowa modlitwy nie dotykały twojego serca?

Nadal mam mieszane odczucia. Strefa intelektualna bardzo się kłóci ze strefą religijną. Dlaczego akurat nasz Bóg jest bardziej boski od innych bogów?

Jest teoria, że we wszystkich religiach ludzie modlą się do tego samego Boga, tylko różnie go nazywają.

I jestem bliższy tej teorii. Ale jest jeszcze jeden wątek około religijny, który nie daje mi spokoju. Na przykład św. Antonii jest patronem rzeczy zagubionych, św. Krzysztof – kierowców. I modlimy się do nich, by nam pomogli. Czym to się tak naprawdę różni od wielobóstwa? Strefa intelektualna nie ułatwia mi stwierdzenia, że wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego. Wierzę w stwórcę, ale czy ma na imię ABC czy XYZ – nie ma to znaczenia. Czuję, że to wszystko musi mieć jakiś wyższy sens. Że każdy z nas ma w sobie ten boski wektor. Ale staram się oddzielić to, co człowiek wykorzystuje, by wzbogacić się na czyjejś wierze, od tego, co faktycznie się na tę wiarę składa.

A dzisiaj? Zdarza ci się chodzić na mszę?

Zdarza mi się. I nie mówię tu o świętach. Idę do kościoła wtedy, kiedy potrzebuję coś zrozumieć, o coś zapytać, zatrzymać się na chwilę. Czasem zamiast iść do świątyni gaszę światło czy zasłaniam zasłony, żeby porozmawiać ze Stwórcą. Pytam go wtedy, co robię nie tak, a co idzie mi dobrze. Mówię mu, za co jestem wdzięczny. Staram się nie prosić. Głównie dziękuję za to, co mam.

Rodzice nie rozmawiali z tobą o Bogu. Ty ze swoimi dziećmi próbowałeś?

Moja córka ma 8 lat. Chodzi na religię. Lubi te zajęcia. To była jej decyzja, a my nie chcemy jej ograniczać w żaden sposób. Ma wolną rękę, by sama zdecydować, w co wierzy.

Zdecydowała się przyjąć sakrament? Bo, o ile mnie obliczenia nie mylą, to czas pierwszej komunii.

Tak. O ile nie zmieni zdania. Nie ustalam jej żadnych ram w tej kwestii. Ani w ogóle w żadnej innej, poza tym, że godzina 20 to czas na sen, żeby rodzicie mieli czas dla siebie (śmiech). Oczywiście – jeśli mnie zapyta, co ja o tym myślę – nie będę kłamał. Powiem szczerze i nie będę udawał, że to wygląda inaczej. Ja też cały czas szukam. Może spojrzenie mojej córki pomoże mi to odnaleźć? Najważniejsze teraz jest to, żeby nie klepać regułek tylko dlatego, że tak od lat robiło się w mojej rodzinie. W wierze musi być wiara. I u mojego ojca ją widziałem.

Ojciec. Pierwszy wzór męskości. Niedaleko pada jabłko od jabłoni?

Z perspektywy dorosłego mężczyzny i głowy rodziny, doceniasz, że ojciec tak się poświęcał, by zapewnić rodzinie byt?

Przede wszystkim jestem wdzięczny za to, że udało nam się po wielu latach wrócić do tematu ojcostwa i więzi, która pokryła się kurzem. Na nowo odkrywam, jak to jest być synem. Uczę się tego. Oczywiście dziś na innym zasadach, bo jestem już niezależną jednostką, ale nadal potrzebuję i poszukuję nauk ojca.

Pracujesz tyle same co on?

Niestety, pracuję równie dużo, ale staram się być w domu i pokazać dzieciom, że to jest rodzaj pracy, która buduje człowieka i jest nierozłączną częścią jego życia. Że można pracować w sposób, który daje nie tylko pieniądze, ale i satysfakcję. Dlatego na przykład nie poszedłem do teatru zaraz po szkole. Bo chciałem kupić dzieciom wózek. Chciałem, żeby było mnie stać na przedszkole. Stabilność mojej rodziny była priorytetem. Kariera zeszła na drugi plan. Spełnieniem artystycznym nie zapłaciłbym rachunków. Na szczęście po trzech latach udało mi się wypracować schemat, który działa. Jeśli w poniedziałek pracuję do późna, to we wtorek jestem dla dzieci cały dzień. Tak sobie to wynagradzamy.

Macie swoje rytuały?

Każdego dnia na dobranoc dziękujemy pozostałym domownikom za dwie rzeczy.

Kiedy zrozumiałeś, że pracujesz dużo? Albo za dużo.

Kiedy podczas tych codziennych podziękowań mój syn przytulił się do mnie krótko po tym, jak skończył opowiadać i powiedział: teraz już możesz iść pracować. To był dla mnie bardzo wzruszający moment. Stwierdziłem, że faktycznie tego jest za dużo, skoro mój syn uważa, że o tej porze powinienem iść pracować.

I co z tym fantem począłeś?

Pracuję mądrzej.

To znaczy?

Decyduję się na pracę tylko w dwóch przypadkach. Musi dawać mi albo dużo pieniędzy, albo bardzo dużo satysfakcji. Chwile z dziećmi już się nie powtórzą. Mam to z tyłu głowy. I zawsze kalkuluję: czy na pewno muszę to teraz robić?

Kiedy pierwszy raz poczułeś się mężczyzną?

Nie pamiętam. Nie wiem. Mentalnie cały czas mam 25 lat. W gorsze dni 27 (śmiech). Myślę, że z narodzinami Nastki poczułem, że to już nie są przelewki. Że każda moja decyzja rzutuje na jej życie. Każde moje niewłaściwe zachowanie, każde moje odchylenie będzie miało bardzo duży wpływ na to, jak ona się będzie rozwijała. I nie wiem, czy wtedy poczułem się mężczyzną, czy po prostu moje wartości stały się tożsame z wartościami mężczyzny. Nie rozpatrywałem nigdy siebie w tym kontekście: czy ja już jestem mężczyzną, czy nie jestem mężczyzną.

W dzieciństwie uważałeś, że męskość tkwi w sile. Głównie mięśni. Jak ta definicja zmieniła się przez lata?

Totalnie ją zredefiniowałem. Ale nie tylko ja. W ogóle męskość w ostatnich latach mocno się zmieniła. Dziwię się , że coraz mniej mężczyzn otwiera kobietom drzwi, że coraz rzadziej ustępuje się miejsca starszym osobom. Dziś dla mnie męstwo jest na pewno spokojem. Postrzegam mężczyznę jako kogoś, kto stoi twardo na ziemi, potrafi oddzielić część emocjonalną, wyciąga wnioski. Nie reaguje impulsywnie. Zachowuje się odpowiedzialnie. Nie jesteś mężczyzną, jeśli nie bierzesz pod uwagę konsekwencji swoich działań. Zawsze masz wybór. Męstwo to opiekowanie się – nie tylko sobą, ale i ludźmi w twojej strefie wpływów, czyli rodziną, przyjaciółmi, znajomymi z pracy. Zrozumienie, że nie jesteśmy niezależnymi elementami. Jeśli jestem w stanie wpłynąć na to, że ktoś będzie miał dobry dzień po spotkaniu ze mną – robię to. Męstwo i siła tkwią w drobnych gestach. I jest to proces. Pracuję nad tym każdego dnia na nowo.

Przyznajesz się czasem przed sobą i światem, że nie dajesz rady?

Nie korzystam z tego przywileju zbyt często. O ile w ogóle. Cieszę się, że mówi się o emocjach coraz więcej. Że mówi się o nich bez wstydu. Że szukanie siebie przestało być tematem tabu. Że coraz mniej jest etykietowania. Że ludzie, wychodząc z domu rodzinnego, resetują wpajane im przez lata zasady. Tabula rasa. Zaczynają od nowa. Szukają siebie, tworzą własną piramidę wartości. Bywa to problematyczne. Czasem nawet problemogenne. Może cię to popchnąć w bardzo złe uliczki, ale jeśli nie zasiedzisz się w nich zbyt długo, to wyniesiesz z tego naukę. Zrozumiesz, że może niektóre zasady, które wcześniej uważałeś za bezzasadne albo nawet głupie, mają sens. Ale to się wydarzy dopiero wtedy, kiedy wypełnisz je własnym doświadczeniem. Poczujesz na swoich ranach, bliznach, cierpieniach, bólu, płaczu. Wtedy przestaną być wyłącznie słowami kładzionymi do głowy i zaczną nieść za sobą wartość.

Na szkolnych korytarzach

W szkole też zawsze trzymałeś gardę?

Też. Chodziłem do specyficznych szkół. Przez to, że jeździłem na łyżwach, uczyłem się w prywatnym liceum. Narkotyki były tam „normalne”.  Koledzy na przerwach robili tysiące kroków, żeby „wychodzić” amfetaminę. Wszystko, co odstawało od normy, było tępione. Czy byłeś gruby, czy chudy, czy dziwnie chodziłeś, czy głośno się śmiałeś, czy nie mówiłeś „r” – wszystko było dobrym pretekstem do tępienia przez kolegów.

Za co tobie się obrywało?

Jazda na łyżwach i taniec towarzyski to nie jest specjalnie męska sprawa. Szczególnie, jeśli twój kumpel chodzi na boks. Wtedy dostajesz punkty ujemne (śmiech). Więc to nie ułatwiało. Dogryzali każdemu i w pewnym momencie przestałem to zauważać. Lekarze z dużym stażem, badając pacjentów, przestają widzieć ciało jako ciało. Widzą materiał do badań. I podobnie miałem w tej kwestii. Te wszystkie docinki spowodowały totalne zobojętnienie. A może łatwo mi się o tym mówi, bo minęło 30 lat.

Czyli to podstawówka była najgorsza?

Nigdy w życiu nie doświadczysz tak wiele przykrości, jak w podstawówce. Dzieci bywają okrutne. Mają nieograniczoną pulę wyzwisk. A jednocześnie każde z nich jest tak delikatne i kruche… W tym wieku trudno o głęboko zakorzenione poczucie własnej wartości, które pozwoli ci stać stabilnie, kiedy rówieśnicy obrzucają cię inwektywami. Twoja pewność siebie jest jak świeczka na wietrze. Bardzo łatwo jest zgasić ten ledwo tlący się płomień. Starałem się chronić ten ogień. I w sobie, i w innych.

Byłeś tym chłopakiem, co mówił „stop”, kiedy docinki osiłków wymykały się spod kontroli?

Raczej tym, który podchodził po wszystkim i mówił: nie przejmuj się, jesteś super. Nie miałem w sobie tyle odwagi, żeby chłopakom dwie głowy wyższym ode mnie mówić: stop. Kalkulowałem, jak to się może skończyć. I dziś też, jeśli sytuacja nie zagrażałaby mojej rodzinie, pewnie też bym nie zareagował. Wiem, co się może wydarzyć na ulicy. A ja wolę żyć.

Z czego twoim zdaniem wynika przemoc wśród najmłodszych?

Na pewno każdy próbuje znaleźć swoją wartość. I są ludzie, którzy szukają swojej wartości w obniżeniu wartości innych, wtedy ich przeciętna wartość wydaje się być wyższa. Nie ma tu chyba filozofii. Na szczęście są jeszcze ludzie, którzy podnoszą swoją wartość w inny sposób.

A jak ty to robisz?

Jestem przykładem budowania własnej wartości poprzez współpracę i budowanie drugiej strony. I w ten sposób zresztą, jest – nomen omen – zbudowane może małżeństwo. Kiedy przez pięć lat dużo grałem – wszystko, co zarobiłem, inwestowaliśmy w rozwój studia wokalnego mojej żony. A kiedy był okres, że ról było mniej - utrzymywaliśmy się z tego, co zarobiliśmy w studiu. Sinusoida życiowa uzupełniała się w każdym momencie naszego życia. Wspieraliśmy siebie nawzajem i budowaliśmy naszą relację nie na seksie i pożądaniu, chociaż to też są składowe, ale jesteśmy przede wszystkim dobrymi przyjaciółmi. I to jest najważniejsze.

Jakub Świderski
Jakub Świderski
Źródło: MWMEDIA

Czyli dojrzewanie to była walka, po której przyszedł spokój.

Pomiędzy słowami dojrzewanie i siłowanie mógłbym wstawić znak równości. Siłowałem się cały ten okres. Jak chodzisz na siłownię, to twoje mięśnie budzą respekt. Jak jesteś wątłej postury, to tego szacunku jest mniej. Więc się siłujesz z inwektywami, które padają pod twoim adresem, z przekłamanymi opiniami, z urojonymi faktami. Siłujesz się, żeby to wszystko udźwignąć.

Skąd brałeś siłę na siłowanie się?

Z domu. Wracałem do domu i czułem się bezpiecznie. Wiedziałem, że nikt mnie w nim nie zaatakuje. To dało mi balans psychiczny.

Były rzeczy, których mimo poczucia bezpieczeństwa, wstydziłeś się powiedzieć rodzicom?

Wstydziłem się mówić o słabości emocjonalnej. Że ktoś mi powiedział, że jestem głupi, albo brzydki i że mnie to dotknęło. Czułem dosyć duży dyskomfort w wypowiedzeniu tego na głos.

Rozmawialiście o emocjach?

Nigdy. Z ojcem nie podejmowałem tematu, a mama umniejszała wadze przeżycia. Mówiła: „oj tam, oj tam”. Ale przytulała mnie zawsze, gdy coś się działo. W harmonii brzmi tutaj wstyd, nieporadność, wstyd przed nieporadnością i udawanie przed całym światem, że dam radę i nie trzeba się mną martwić. Moi rodzice rozwodzili się, gdy dorastałem. Wszystkie moje przeżycia, słabości, rany wolałem zostawić dla siebie, żeby ich nie martwić, nie dokładać im i nie robić przykrości.

Rozwód zachwiał twoje poczucie bezpieczeństwa, skoro od początku dom był jego najważniejszym filarem?

Czym innym jest wizja rodziny: tata, mama, wspólna starość, my – jako rodzina,  a czym innym jest poczucie, że oni nadal są dla mnie rodzicami, którzy chcą jak najlepiej. Widziałem, że więź między moimi rodzicami nie istnieje. Wspierałem ich w tej decyzji. Już wtedy uważałem, że lepiej, żeby się rozstali i byli szczęśliwi, niż trwali w związku za wszelką cenę. Życie jest jedno. I szkoda przeżyć je w obopólnie pasożytniczej relacji.

I faktycznie odzyskali radość z życia po rozstaniu?

Tak. Później byli szczęśliwi. Wolałem ich widzieć takimi osobno, niż razem.

Gdybyś miał ich określić jednym słowem: jacy byli twoi rodzice?

Ogólnie oboje byli pracoholikami, tylko z innych pobudek. Tata był pracoholikiem, bo pracował z pasji. A mama uciekała w pracę, bo nie umiała rozmawiać. Nie mówiła o swoich emocjach. Nie umiała też słuchać. Mimo że wzrok miała skierowany w moją stronę, kiedy coś mówiłem, myślami była gdzieś indziej. Pewnie to też jeden z powodów, dla których nigdy nie uzewnętrzniałem się za bardzo. Czułem, że to nie ma sensu, bo choć zostanę wysłuchany, to moje słowa nie zostaną usłyszane.

Oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci

Ale w twoim życiu jest jeszcze jedna ważna kobieta. Agnieszka. Twoja żona. Małżeństwo cię zmieniło?

Małżeństwo nie zmieniło nic w moim życiu, poza tym, że łatwiej było wziąć kredyt (śmiech). To nie podpisanie kontraktu w kościele czy urzędzie stanu cywilnego wpłynęło na to, jakim jestem człowiekiem, ale to, co obiecuję mojej żonie każdego dnia, odkąd zaczęliśmy tworzyć związek. To nasza umowa między sobą jest najważniejsza, nie etykieta męża czy żony. I na tym fundamencie będziemy opierali naszą starość, przyszłość naszych dzieci, komfort naszego życia, dlatego musi być na tyle mocny, żeby to wszystko wytrzymał.

Od razu byliście tak idealnie dopasowani, czy jednak zdrowy, dobrze funkcjonujący związek wymagał obustronnych wyrzeczeń i zmian?

Żeby nie było: tarcia są (śmiech). Deskę już opuszczam, ze skarpetami nigdy nie było problemu.

(śmiech)

Najczęściej „kłócimy się” o wielki symulator do wyścigów w salonie, a konkretniej o to, ile ubrań zużywam w czasie jeżdżenia. Zdarza się tak, że Aga wraca do domu po pracy w studiu i mówi, że nic nie ogarnąłem. Wtedy wulkan wybucha. Bo to, że jestem w domu, nie oznacza, że nie pracowałem.

Co jest waszym kluczem do udanej relacji?

Dwie rzeczy. To, co nam pomaga najbardziej, to to, jak o sobie mówimy. Nomenklatura jest ważma. Nie mówię o niej „stara”, tylko „moje kochanie”, „moja druga połówka”. To totalnie buduje więź. Nie używam określeń, które są nieszlachetne. Żeby nie było: oczywiście mogę powiedzieć, że mnie strasznie wku*wiła (śmiech), ale nigdy nie użyję brzydkiego słowa, opisując ją.

A druga rzecz?

Nigdy nie zamiatamy nic pod dywan. Jeśli coś nam się nie podoba – od razu o tym rozmawiamy. I czasem to jest jak bomba w twarz, ale przyjmujesz ją w momencie, w którym coś się wydarzyło, a nie pięć lat później, bo coś przez bardzo długi czas cię uwierało, ale nigdy o tym nie powiedziałeś.

Nie boisz się bomby zwrotnej?

Nie, bo uważam, że jeżeli nie rozminujesz pola teraz, to wybuchnie w momencie, kiedy się nie spodziewasz.

Co jest dla ciebie najtrudniejsze w relacji?

Czasem coś mi przeszkadza i trudno mi jest znaleźć w sobie siłę, żeby zrozumieć, że moja druga połówka nie jest mną. Ma swoje pole do orania. Lubi inne rzeczy. Ma inne oczekiwania od życia. Oczekiwanie najpierw od siebie, a potem od innych. Przyznanie się do błędu nie należy do łatwych, ale wydaje mi się, że im częściej to robisz, tym łatwiej to przychodzi.

Przy żonie łatwiej ci mówić o emocjach niż przy rodzicach?

Tak. Z łatwością mówię, kiedy czuję się nieprzytulany, kiedy czuję, że moje potrzeby są spychane albo coś jest dewaluowane. I tego samego oczekuję od drugiej osoby.  Nie chcę dowiedzieć się ostatni, że moje zachowanie skrzywdziło moją żonę, bo z pewnością to nie było moją intencją. Chcę wiedzieć o tym tu i teraz, żeby móc to skorygować.

Widziałeś nagłówki, że twoja żona zrezygnowała z kariery aktorskiej dla ciebie?

Nie mają za dużo wspólnego z prawdą. Kiedy dostałem pracę w serialu, Aga też próbowała swoich sił w zawodzie, ale kobiet jest zdecydowanie więcej, ról – przynajmniej wtedy – dla kobiet było mniej i to był zdecydowanie trudniejszy zawód dla kobiet niż mężczyzn. Zaczęliśmy wspólnie szukać sposobu na to, żeby stanęła na własnych nogach. Wszystkie pieniądze inwestowaliśmy w jej rozwój: szkolenia, certyfikaty, studio. Jest absurdalnie uzdolniona muzycznie. Jak weźmiesz talent Edyty Górniak i dodasz jedną oktawę więcej, to wyjdzie z tego talent mojej żony. Ale jest zbyt skromna, żeby eksponować swoje zdolności z taką nachalnością, jaka teraz jest sprzedawana. My oboje poświęciliśmy się dla siebie. Dla budowania tej relacji. Dla stworzenia rodziny.

"Dzieci wniosły w moje życie wszystko, co ma wartość"

I przy rodzinie zatrzymajmy się na chwilę. Co dzieci wniosły w twoje życie?

Wszystko, co ma wartość. Wielokrotnie mówiłem o tym kolegom, którzy nie doświadczyli ojcostwa, że to uczucie miłości, którym darzysz swoje dziecko, jest nieporównywalne z czymkolwiek innym, jeśli chodzi o jego intensywność, siłę, zakorzenienie, walkę o tę drugą osobę.

Wzruszyłeś się.

Zawsze się wzruszam, gdy mówię o swoich dzieciach, dlatego trudno mi zrozumieć, kiedy dwoje zdrowych ludzi nie decyduje się na ich posiadanie. Patrzenie na człowieka, który tak bardzo przypomina ciebie, widzisz w nim swoje przywary, swoje talenty. Obserwujesz jak rośnie. Jak się zmienia. To jest coś magicznego. Dzieci to wartość bezwzględna. Masz fajny samochód? Spoko, ale ten mniej fajny też dojedzie do celu. Dzieci nadały sens mojemu życiu. Pokazały mi, co jest naprawdę ważne. Nie musze jeździć Porsche i mieszkać w pałacu, chociaż nie ukrywam, że przydałoby nam się zmienić mieszkanie na większe, bo z dwójką dzieci na 55 metrach robi się ciasno. Ale damy radę. Nie widzę sensu w dodatkowych zerach na koncie, jeśli nie mógłbym obserwować rozwoju moich dzieci.

Każdy rodzic, zanim dzieci pojawią się na świecie, wyobraża sobie swoje rodzicielstwo. Nierzadko te wyobrażenia zostają zweryfikowane przez rzeczywistość.

Już mówiliśmy o tych bombach w twarz. I to była jedna z nich (śmiech). Rzeczywistość zweryfikowała bardzo mocno moje założenia, ale nadal próbuję wprowadzać element baśniowy w życie swoich dzieci. Natomiast rodzicielstwo to góry i doliny. To nie jest jazda po równinach. To nieustanna…

Walka? (śmiech)

(śmiech). Negocjacje cały czas trwają. Cały czas zastanawiam się, na ile możesz pozwolić i na ile to pozwolenie poskutkuje tym, że konsekwencje tej decyzji będą jeszcze długo rzutowały na codzienność.

Jakie macie zasady, których bezwzględnie przestrzegacie?

Próbowaliśmy wprowadzić zasadę, że słodycze jemy tylko raz w tygodniu – w niedzielę.

Próbowaliśmy. To znaczy, że nie wyszło?

No upiekłem pierniczki. Zjedli je na dobranoc. Były tak dobre, że chcieli też od nich zacząć dzień. Pozwoliłem im. A nie ma niedzieli. Bycie konsekwentnym jest bardzo trudne. Wiem, że stałe wzorce są dla nich bardzo ważne, że budulec życiowy musi być niezachwiany, że pewne wartości są niezmienne.

Czego uczysz swojego syna?

Teraz? Głównie tego, że kobiety się przytula, o kobiety się dba, kobiet się nie bije, nie rzuca się w nie książeczkami ani kolorowankami, ani nie wygina się okularków mamusi (śmiech).

I jak idzie?

Teraz jesteśmy na etapie, że Antek bierze pierwszą rzecz, jaka mu wpada w ręce, np. uchwyty do robienia pompek, które trochę ważą i chce nimi rzucić. Pytam go wtedy: czy jak to zrobisz, to będzie lepiej, czy będzie gorzej? Po krótkiej refleksji przyznaje, że będzie gorzej i mówi wprost, że jest zły. Powtarzam pytanie. On ponownie odpowiada, że będzie gorzej i odkłada przedmiot na miejsce. Półtora roku pracy nad tym temperamentem i wybuchowością, nad tym wystrzałem testosteronu, który chce zniszczyć świat.

I nad swoją cierpliwością.

Tak (śmiech). Stąd wzięły się właśnie lekcje pianina – żeby się zrelaksować i znaleźć balans. Jeśli nie jesteś spokojny, to paluszki nie chodzą dobrze po klawiaturze

Wychowujesz swoich dzieci tak, jak Ciebie wychowywali rodzice?

Zupełnie nie.

Co się różni?

Rozmawiamy. Nie powtarzały regułek o Bogu. Staramy się przestrzegać 7 paragrafów, od czwartego do dziesiątego, ale nie ma absolutnie żadnego przymusu do pierwszych trzech. Pomimo tego, ile pracuję, jestem dla dzieci. Jestem ojcem obecnym. I widzę, że to odkładanie telefonu i poświęcanie 100 proc. uwagi ich potrzebom, zabawie, pasji – procentuje.

Bierzesz pod uwagę, że twoja córka będzie szukała partnera na wzór ojca?

Nie, dlatego chodzę na siłownię. Dlatego ćwiczę. Po prostu będę weryfikował każdego innego po kolei. Będzie komponował, recytował, grał na pianinie i robił pompki. Nie będzie lekko. Ona jeszcze tego nie wie. Podejrzewam, że zostało mi z 8-10 lat. I muszę być gotowy. To będzie bolesne, brutalne, będzie okrutne, więc jak się ktoś tam szykuje, to tu będzie zło (śmiech).

A w drugą stronę. Twój syn będzie takim ojcem i partnerem jak ty. Cieszysz się czy martwisz?

W dobre dni się cieszę (śmiech), w złe się smucę i martwię. Ale staram się każdego dnia podejmować właściwie wybory. Dobre wybory. I przepraszam, kiedy podejmę złe decyzje. I tłumaczę, że mama i tata to nie są roboty. Jestem tylko człowiekiem. Mogę mieć głowę w czymś innym i coś palnąć niepotrzebnie, albo zachować się w nieodpowiedni sposób, albo w sposób, który jest niezgodny z regulaminem, który ja ustaliłem.

Jako jedną z najtrudniejszych rzeczy w małżeństwie wymieniłeś przyznawanie się do błędów. Jako ojciec też przychodzi ci to z trudem?

Chyba nie. Przed dziećmi jest mi łatwiej.

Pamiętasz, kiedy zrobiłeś to ostatni raz?

Całkiem niedawno odbierałem z przedszkola Antka. Nie zabrałem mu nic do jedzenia, ale zaproponowałem wyjście do piekarni – z zaznaczeniem, że nie kupujemy słodkich przekąsek. Była z nami Nastka. Dotarliśmy na miejsce. Stoimy przed wyborem. Minutę, dwie, trzy, pięć. Oni nadal wybierają. Przepuszczam już czwartą rodzinę w kolejce, bo moje dzieci nadal nie mogą się zdecydować. Nie ma palucha, którego on chciał i mimo że jest taki sam paluch, ale zwinięty w okrąg, to on takiego nie chce. To nie, tamto nie. Wszystko nie. I w końcu zapytałem: chcesz drożdżówkę z serem? Skinął głową. Zapytałem Nastkę, czy też chce. Odpowiedziała, że tak. Kupiłem te drożdżówki. I oczywiście – popełniłem błąd, byłem niekonsekwentny, co wynikało z tego, że miałem już dość stania w piekarni i wybierania bułek. Po wyjściu zwróciłem się do moich dzieci i powiedziałem wprost, że czuję się oszukany, bo miało nie być słodkiego, a wykorzystali sytuację i wybrali słodkie. I wtedy moja córka się obruszyła. Powiedziała, że to ja się zachowałem nieładnie, że jej kupiłem tę drożdżówkę, bo to ja jej ją zaproponowałem. Przyznałem jej rację. To ja zaproponowałem jej słodką przekąskę, a potem miałem do niej pretensje, że ją wzięła. Więc to był mój problem, moja wina i moja mina, na którą wprowadziłem córkę.

Co poczułeś, kiedy wytknęła ci błąd?

Wdzięczność. Przyznałem jej się do tego. Ta sytuacja utworzyła kolejny szlak neuronowy, dzięki któremu kolejnym razem będzie mi jeszcze łatwiej przyznać się, kiedy zrobię coś nie tak. A może nawet wyciągnąć wnioski i nie popełnić tego błędu w przyszłości.

Pan z telewizji

Popularność przeszkadza w byciu dobrym mężem, dobrym ojcem?

Nie, kompletnie nie przeszkadza. Ja też zupełnie nie jestem popularny.

Nie? Fani nie proszą na ulicy o zdjęcie?  

Proszą, ale są bardzo mili. Robią zdjęcie i sobie idą (śmiech).

Dzieci już się do tego przyzwyczaiły, czy za każdym razem robi to na nich wrażenie?

Chyba nie widzą w tym niczego szczególnego. Traktują to na luzie, jako jeden z elementów życia z tatą-aktorem.  

Oglądają cię w telewizji?

Codziennie. Moja córeczka ogląda „Szpital Świętej Anny”. To gwóźdź programu.  

I co sobie myśli, kiedy widzi tatę w takiej paskudnej roli?

Ale to jest wielowymiarowa rola.

Wielowymiarowa. I paskudna w każdym wymiarze (śmiech).

Jak się zastanowimy nad korzeniami zachowań Łukasza Wrońskiego, dojdziemy do tego, z czego wynika to molestowanie. Ja tu widzę bardzo duże niedostatki ze strony ojca mojego bohatera. I jestem od tego, żeby go bronić.

Dyrektor Wroński w drugim sezonie był zdecydowanie jednym z najczarniejszych charakterów. Być może nawet przebił swojego syna. Co czuje ośmiolatka, która widzi swojego ukochanego tatusia jako złego pana, który fatalnie traktuje innych ludzi?

Pyta mnie przy każdym kolejnym filmie czy serialu, w którym będę grał: tatusiu, znów będziesz ten zły?

I co odpowiadasz?

Rozmawiamy o tym. Pyta mnie czasem, dlaczego tak zrobiłem. I zawsze jej tłumaczę: to nie ja, tylko mój bohater. Uczę ją oddzielać te dwie strefy. Jestem aktorem, który użycza swojego ciała, talentu, wrażliwości do odegrania emocji swojego bohatera. I dlatego bronię Łukasza Wrońskiego. Zrozumiałem, dlaczego on się zachowuje w ten sposób. To jest człowiek, który poprzez rzeczy, które się wydarzyły w jego życiu w przeszłości, znalazł się w takiej ciemnej uliczce i on – naprawdę - próbuje robić jak najlepiej, ale mu nie wychodzi. Dostał nauczkę, mocno odczuł, że nie tędy droga i scenarzyści tak wspaniale napisali jego postać, że widać pod koniec drugiego sezonu, że Łukasz Wroński uczy się na błędach. I wyciąga wnioski.

Widzowie martwią się, że Wroński nie będzie już zły w trzecim sezonie.

Zło ma różne oblicza. Tyle mogę zdradzić na ten moment.

Lubisz grać „tego złego”?

Pierwszy raz gram przeciwko swojemu emploi. Zdecydowanie więcej jest możliwości stworzenia chaosu, niż posprzątania po nim. I muszę przyznać, że gra się to obłędnie przyjemnie. Uwalniasz całą toksynę, którą gdzieś widziałeś w świecie i robisz użytek ze wszystkich bolesnych doświadczeń.

Myślisz, że rola w „Szpitalu św. Anny” będzie przełomowa w twojej karierze?

Zagrałem kiedyś w filmie „Wściekłość”. To była moja pierwsza główna rola w filmie. To był 2017 rok. Michał Węgrzyn to reżyserował, Wojtek Węgrzyn robił zdjęcia. To jest film, który jest oparty na jednym bohaterze, który biegnie. I kręciliśmy master shoty po 35 minut. Przebiegałem tam 5-6 kilometrów. Odwozili mnie meleksem na pozycję pierwszą i biegłem znowu. I robiliśmy takie 4 ujęcia. Biegłem 24 kilometry jednego dnia, 24 kilometry drugiego dnia. Później mieliśmy jeden dzień na sceny kaskaderskie, jeden dzień na sceny w domu. To był cały film, 83 minuty, które zrealizowaliśmy w te 4 dni. Przygotowania do filmu trwały 2 miesiące. Wszystkie rozmowy, które prowadziłem w tym filmie, odbywały się przez telefon. Z różnymi osobami rozmawiałem, z różnych stref życiowych. I ja byłem pewny, że ten film dla mnie będzie przełomowy. To jest główna rola, jestem tylko ja na ekranie. Natomiast przełom nie nastąpił. To było jak klaśnięcie w zajebiście wytłumionym pomieszczeniu. Dźwięk, po którym nic nie ma. Cisza. Czułem pustkę. Miałem oczekiwania. Włożyłem w to mnóstwo pracy, serca, wyrzeczeń i miłości. I to po prostu zniknęło, jakby czarna dziura to wessała. Nie myślę już o rolach w tych kategoriach. 

A najlepsza rola jaką zagrałeś?

Kiedyś miałem dziewczynę, którą darzyłem bardzo wielkim uczuciem. I ona ze mną zerwała. W wigilię. Na Gadu-Gadu. Minutę po przeczytaniu wiadomości, że już nie jesteśmy razem, w dodatku na komunikatorze, zostałem zaproszony do stołu. Usiadłem do kolacji z rodziną. I wydaje mi się, że to była jedna z najgenialniejszych ról, jakie zagrałem. Byłem w świątecznym nastroju na zewnątrz, a wewnątrz działo się coś nie do opisania. I nikt się nie połapał. Życie nauczyło mnie aktorstwa.

Czujesz presję bycia „panem z telewizji”?

Tylko ze strony mojej żony (śmiech). Mówi: ubierasz się jak wieśniak. Idź sobie kup coś. Ja mówię: nie, to co mam jest wystarczające, nie potrzebuję nic więcej. Nie muszę się pokazywać przed kimś. Nie interesuje mnie to. Dla mnie dużo ważniejsze jest, czy ja się wypowiadam w sposób składny, czy zdania, które formułuję, mają sens. I to jest dla mnie dużo ważniejsze od tego, czy mam drogie, wypastowane buty i uprasowaną koszulę. Mam to w dupie. To jest przerażające, jak bardzo mam to w dupie. Kupuję ubrania tylko dla mojej żony i córki, bo one widzą w tym sens.

A mimo tego, jak bardzo masz to gdzieś, nadal masz etykietkę amanta.

Powiem więcej. Mam przekonanie, że jeżeli będę bez ubrań stał, to nadal będę amantem. I żadne ubranie tego nie zmieni. Nie lubię krzyczących logotypów. Rozumiem, dlaczego płacimy więcej za ubrania wysokiej jakości. Za naturalne materiały. Ale nie rozumiem płacenia za markę.

To na co wydajesz pieniądze?

Nie wydaję.

Nic sobie nie kupujesz?

Kiedyś kupowałem. Miałem cztery zegarki, ale trzy sprzedałem i zostawiłem jeden. Nie potrzebowałem aż tylu. Żyjemy w czasach, w których bardzo łatwo jest wydawać pieniądze. Jest mnóstwo rzeczy, które możesz kupić i mnóstwo rzeczy, które wołają, potrzebujesz mnie, ale jak idziesz do łóżka i myślisz sobie, no nie, nie potrzebuję. Mam jeden zegarek, który ma już swój wiek i nie mam nowego samochodu. Zawsze kupuję używany samochód po największej utracie wartości. Ale dzięki temu kupuję spokój, bo wiem, że w przyszłym miesiącu będę mógł Antkowi zapłacić za prywatną szkołę, bo ta szkoła jest blisko i ma dobre wartości, a jednocześnie mój syn uczy się języka. Dla mnie dużo ważniejsze jest, że moje dzieci będą miały lepszy start.

Ok, ubrania są dla ciebie nieistotne. A inne aspekty wyglądu zewnętrznego? Zmieniająca się wraz z wiekiem twarz, która jest twoim narzędziem pracy? Ulegasz modzie na medycynę estetyczną?

W tym jest również pewien aspekt wdupizmu, ale nie z tego powodu nie zdecyduję się na botoks. Jest coś pięknego w naturalności. Coś fundamentalnie ślicznego w akceptacji i jest coś dla mnie niezaprzeczalnie pociągającego w byciu sobą ze swoimi bliznami.

Nie boisz się starości?

Nie boję się wieku. Bardziej boję się, że wysiłek, który wkładam w zdrowie fizyczne nie opłaci. Boję się chorób. Może przez to, że moja mama zmarła na raka. Że ta choroba przychodzi znienacka.

Masz sprawdzony sposób na przegonienie defetyzmu?

Po pierwsze uświadamiam sobie, że statystycznie większe szanse są na to, że wszystko będzie dobrze. Po drugie nie pakuję w siebie żarcia, które jest syfem. Chodzę na spacery. Robię trening raz w tygodniu. Czasem zawrotne dwa. I wierzę, że to się opłaci. Że będę żył długo i szczęśliwie.

"Szpital św. Anny". Wroński i Kaja
"Szpital św. Anny". Wroński i Kaja
Źródło: x-news