Aleksandra Głowińska: Jaką Maria Winiarska była dziewczynką?
Maria Winiarska: Mam świetną historię, ale nie wiem, czy nadaje się do druku (śmiech).
Wszystkie świetne się nadają (śmiech).
Miałam może cztery latka. To były czasy, kiedy żyło się spokojnie, nikt nie porywał dzieci, a beztroska istniała naprawdę, a nie tylko we wspomnieniach poprzednich pokoleń. I można było zgubić się rodzicom bez konsekwencji, więc się zgubiłam. Na spacerze zniknęłam im z oczu. Zaniepokojeni znaleźli mnie uśmiechniętą w innej części parku. W najlepsze zjeżdżałam na zjeżdżalni (śmiech). Na krzaku obok wisiały moje majtki. Przemoczyłam je, więc chciałam je wysuszyć, zanim rodzice wpadną na mój trop. To było moje pierwsze dziewczyńskie zetknięcie się z samodzielnością.
I z beztroską.
Otóż to. Człowiek czuł się bezpiecznie. Piliśmy wodę z saturatorów, które stały na ulicach. Nikt nie był chory, nikogo brzuch nie bolał, chociaż to wszystko wyglądało tak, jakbyśmy się myli w tej samej wodzie, którą potem piliśmy (śmiech). A dzisiaj? Dzisiaj dzieci nawet nie chodzą. Są wożone do szkoły, lub jeżdżą niebezpiecznymi elektrycznymi hulajnogami. Rodzice wydają na to kupę pieniędzy, a dzieci coraz częściej mierzą się z problemem nadwagi czy otyłości. My biegaliśmy całymi dniami. Do szkoły chodziliśmy nawet w soboty. Nie mieliśmy wolnych weekendów, a i tak na wszystko znajdowaliśmy czas. Po szkole wracaliśmy z kluczem na szyi, nikt nikogo nie okradał, a jak chcieliśmy się pobawić na dworze, to sąsiadki zrzucały nam kanapki przez okno.
Z czym te kanapki?
Były dwa rodzaje. Jedne z masłem i cukrem, a drugie ze smalcem. I nawet nie chodzi o to, że była bieda, ale myśmy tak lubili. Nikomu się do domu nie spieszyło. Całymi dniami graliśmy w klasy, wisieliśmy na trzepakach. Byliśmy cały czas w ruchu. Wieczorem wracało się do domu, odrabiało lekcje. Nikt nie wymagał od nas, Bóg wie jakich rzeczy. I co? Nasze pokolenie na ludzi wyrosło. Jak patrzę na swoich znajomych z podstawówki czy ogólniaka, to jestem z nich dumna.
Czyli cytując klasyka: kiedyś to były czasy, a teraz to nie ma czasów.
Z Wiktorem często o tym rozmawiamy, że to już nie są nasze czasy. Dzisiaj jest inaczej. Wszystko jest skomputeryzowane.
No ale nauczyła się pani. Konto na Instagramie influenserki z Warszawy świetnie prosperuje.
No nauczyłam się, ale i tak, jak nie zapiszę, to nie zapamiętam. To jest za trudne.
I co wtedy?
No idę i błagam Zośkę, żeby mi pomogła, a ona cholery dostaje (śmiech). To nie jest nasza epoka. Reasumując: kiedyś było fajniej, mimo że czasy były ciężkie.
A to nie jest tak, że uwalnia się tęsknota nie za czasami samymi w sobie, tylko za młodością?
No tak. Zawsze się tęskni do młodości, jaka by ona nie była.
A jaka była pani młodość?
Cudowna. Dzieciństwo też. Miałam siostrę, którą bardzo kochałam. Życie z nią było piękniejsze. Jeździłyśmy do dziadków seledynowym mikrusem, który ledwo jechał. Z tyłu była ławeczka, na której mogły usiąść tylko dzieci. Ale ten samochód, chociaż rozpędzał się maksymalnie do 80 czy 90km/h, to była nasza duma. "Pan doktor się dorobił seledynowego mikrusa" (śmiech). To była wielka radość, że nie trzeba już jeździć pociągiem. Chociaż i to miało swój urok.
Co było najfajniejsze?
Śpiewałyśmy z Basią w pociągu przez całą drogę. Nasz późniejszy duet zdecydowanie początki miał w naszym wczesnym dzieciństwie. Jak nam dawali cukierki, to śpiewałyśmy jeszcze głośniej. Od zawsze znałyśmy wartość – może nie pieniądza – ale nagrody. Siostry nie ma już ze mną 25 lat. Zaraz po jej śmierci odeszli rodzice. Na szczęście mam teraz swoją rodzinę, którą kocham nad życie. Jestem babcią, żoną i mamą.
A jaka była pani mama?
Moja mama była tylko 19 lat starsza ode mnie. Była bardzo zgrabna, ładna i wesoła. Wszyscy ją lubili. Jak zdawałam maturę, to była młodsza niż moja Zośka teraz. Pamiętam, jak przedstawiałam jej Wiktora. Był wtedy z kolegą, którego puknął w ramię i wycedził: "ale fajna dupa" (śmiech). On po prostu był w szoku.
Odziedziczyłyście z Basią po niej urodę?
My z Baśką byłyśmy fajne, podobałyśmy się, ale nie miałyśmy nóg do samych uszu. Nie byłyśmy seksbombami. A mama tak. Chociaż nigdy nie patrzyłam na nią jak na kobietę. Widziałam w niej przede wszystkim mamę. Całe życie prześpiewała na estradzie. Byłam z niej taka dumna.
A tata?
Mój ojciec był lekarzem, ale kochał grać na fortepianie. Chciał nawet to robić zawodowo, ale powiedzieli mu, że ma za małe dłonie, więc poszedł na medycynę. Pięknie grał Chopina. Córka Basi, Ania, zawsze pozna Chopina, bo często grał go dla niej.
Czyli muzyka w domu była od zawsze.
Byłyśmy wychowywane w duchu muzyki. Chodziłyśmy do szkoły muzycznej, a ojciec obliczał konkursy chopinowskie, w których będziemy brały udział.
Konkursów nie było, ale miłość do muzyki została.
I to wykształcenie muzyczne nam się cholernie przydało. Mogłam rozmawiać z dyrygentem, znałam solfeż, wiedziałam, jakie są tonacje, umiałam je obniżyć i podwyższyć, znaleźć drugi głos.
Śpiewaliście w domu? Całą rodziną?
Oczywiście! A rodzice nie tylko w domu. Klub lekarza dawniej był blisko Placu Trzech Krzyży. W klubowe czwartki rodzice dawali koncerty. Ojciec grał na pianinie, a mama śpiewała. Ślicznie śpiewała. To było piękne spędzanie czasu we dwoje. A najlepsze było to, że ojciec miał tylko taką malutką karteczkę, na której wypisywał tytuły piosenek i obok tonacje, w jakich ma grać. Grał bez nut. Nie mieli z tego żadnych pieniędzy, ale mieli ogromną satysfakcję i wdzięczność słuchających. Jedna z moich wnuczek dostała imię Nadzieja, właśnie po mojej mamie.
I pani córki mogły być dumne z Pani tak, jak pani była dumna ze swojej mamy.
I były, bo śpiewałyśmy dla dzieci przebrane za czarownice, występowałyśmy z miotłami i to było cudowne uczucie słyszeć: to moja mama. A koleżanki córek patrzyły z lekką nutą zazdrości.
Czym się różniło wasze macierzyństwo?
Ja byłam po 30., kiedy urodziłam pierwsze dziecko, czyli byłam tak zwaną „starszą mamą”. Moja mama była dużo młodsza. Mniej się przejmowała, nie sterylizowała wszystkiego dookoła, nie uważała tak bardzo na to, gdzie możemy się bawić. Nie sprowadzała macierzyństwa do szaleństwa. Miała więcej luzu. I jestem jej bardzo wdzięczna za to, że wszystko robiła z serca. Nie było książek o wychowaniu dzieci, internetu, w którym można było wszystko sprawdzić. Dzisiaj dziewczyny mają wszystko podane na tacy. Kiedyś kobiety musiały szukać swojej drogi. Kierowały się intuicją. I mama miała dobrą intuicję, bo wychowała nas na dobrych ludzi. Nauczyła nas miłości – do ludzi i do zwierząt. Nawet do roślin.
I przekazała to pani dalej.
To prawda. Trudno mi oglądać krzywdę zwierząt. Jestem trochę jak Violetta Villas – w moim domu nigdy nie zabraknie dla nich miejsca. Ale miłości do psów – takiej silnej i prawdziwej – nauczył mnie Wiktor. Bo choć mama kochała wszystkie stworzenia, nigdy nie mieliśmy zwierząt w domu.
Jak to się stało, że zaczęliście mieszkać z psami pod jednym dachem?
Na Mazurach przybłąkała się do nas sunia. Była w ciąży. Wiktor przyjął poród, rozdał szczenięta do dobrych domów, a sunia została z nami. Ale wracając do mamy…
… i estrady…
my tę estradę wybrałyśmy dzięki mamie. Zjeździła ona całą Europę z Mieczysławem Foggiem jako członkini zespołu Karaty i Klipsy. Zresztą nie tylko Europę. Koncertowali też w Stanach Zjednoczonych. Ale moja ulubiona anegdota jest z występów w Finlandii.
Co tam się wydarzyło?
Polscy muzycy, którzy wyjeżdżali z Finlandii, nauczyli fińskich muzyków powitania po polsku, żeby byli gotowi na przyjazd kolejnych artystów z naszego kraju.
To bardzo miły gest.
No, bardzo, zwłaszcza kiedy Fogg z zespołem przyjechali i usłyszeli od jednego z fińskich muzyków polskie powitanie: "Swędzą mnie jaja" (śmiech).
(śmiech).
Wtedy mama podeszła do niego, dygnęła, uśmiechnęła się i powiedziała słodki głosem: „to się podrap!”. Miała wdzięk, refleks i ogromne poczucie humoru, które zresztą odziedziczyłyśmy po niej.
Ale w waszej rodzinie trudno mówić o przypadku. Sztukę – szeroko pojętą – macie we krwi.
To prawda. I to z każdej strony. Przypomnijmy, że śp. Jan Kobuszewski to rodzony brat mamy Wiktora, więc jest przedłużenie, ale nie ma co się dziwić. My z Basią też się wychowałyśmy za kulisami. Jeździłyśmy z mamą na koncerty, wyjadałyśmy kanapki muzykom, przesiąknęłyśmy tym wszystkim.
Ale zawód-lekarz też często przechodzi z pokolenia na pokolenia. Medycyna pani nie kusiła?
W naszej rodzinie nawet medycyna była naznaczona sztuką, bo tata dostał pracę w szpitalu na Szaserów właśnie dlatego, że grał na pianinie.
Jak to?
Po pierwsze potrzebowali dobrego anestezjologa, a po drugie kogoś, kto przy okazji poprowadzi chór pielęgniarek. I dlatego ojciec przeprowadził się ze Skierniewic do Warszawy.
Jest takie powiedzenie, że kobiety szukają męża na wzór ojca. Sprawdziło się?
(śmiech).
Żałuję, że czytelnicy nie zobaczą pani miny.
Wiktor nie przypomina mojego ojca w ogóle.
Kto kogo poderwał?
Mój mąż mnie bardzo długo zdobywał. Kokietowałam go. Pozwalałam się zabrać na randkę, porwać do tańca, pocałować. Ale nie dawałam żadnych deklaracji. Wtedy nie było telefonów komórkowych, więc dzwonił do mnie na telefon stacjonarny i godzinami wypytywał, czy będę jego dziewczyną.
I w tym roku szykuje się piękny jubileusz 50-lecia małżeństwa.
Zosia powiedziała, że nam go zorganizuje. I że mamy się nie wtrącać (śmiech). Od razu jej powiedziałam, żeby nie spraszała całej Warszawy, bo chcielibyśmy świętować kameralnie. Tylko w gronie najbliższych.
Wiele osób może wam zazdrościć rodzinnych relacji.
Cudowną mam rodzinę. Naprawdę. Teraz na ferie pojechali do Zakopanego. Andrzeja tata uczył Nadziejkę jazdy na nartach – w tym samym miejscu, w którym uczył Andrzeja trzydzieści cztery lata temu. Wszyscy cały czas płakali ze wzruszenia. Żałuję, że nie pojechałam. Jako babcia zostałam odstawiona lekko na bok, ale Zosia ma naprawdę fajną teściową. I nie dość, że fajną, to jeszcze ładną, wysoką, zgrabną, z dołeczkami. To po niej Andrzej jest taki przystojny.
Pięknie pani o niej mówi. Często teściowe w przestrzeni publicznej pokazuje się jako rywalki.
Jeżeli teściowe się nie rozumieją, to jest rywalizacja. A jeśli są mądre, to jest współpraca. Nasze dzieci się kochają. I my ich w tej miłości wspieramy. Oczywiście nie zawsze się z nimi zgadzamy. Z wieloma rzeczami się nie zgadzamy. Również z tym, że nie można się wtrącać (śmiech).
Gdzie się tak zżyłyście z teściową Zosi? Na tym wyjeździe do Paryża?
No tym wyjazdem to nam taki prezent zrobili, że my ciągle płakałyśmy ze wzruszenia, jakie mamy wspaniałe dzieci. Płynęłyśmy po Sekwanie i roniłyśmy łzy nad obiadem. Ale z tym wyjazdem wiąże się jeszcze jedna zabawna anegdota.
Tak?
Zosia do mnie zadzwoniła, mówi, że na pięć dni do Paryża nas wysyłają i pyta, czy w jednym pokoju mogą nas położyć.
Zgodziła się pani?
A skąd.
Dlaczego?
Ja o czwartej wstaję, zapalam światło, idę do łazienki, robię sobie kawę, coś poczytam, krzyżówkę rozwiążę, trochę pohałasuję. Kto by to wytrzymał? To mógłby być pierwszy i ostatni nasz wspólny wyjazd. A tak poszłyśmy razem na burleskę, nie zrozumiałyśmy ani słowa, ale bawiłyśmy się świetnie. I każda mogła w samych majtkach swobodnie chodzić po swoim pokoju (śmiech).
A skoro już o teściowych… Pani miała ze swoją dobre relacje?
Tak, chociaż strasznie mnie wkurzyła, jak powiedziała, że przy Zosi już mi nie pomoże, bo nie ma siły. Dzisiaj ją rozumiem, bo jak urodziła się Zosia, to teściowa była w moim wieku. Dziś moja najmłodsza wnuczka ma rok i osiem miesięcy i dla mnie, jak Boga kocham, to jest wyzwanie, żeby za nią nadążyć. Kiedy była młodsza, spacerować z wózkiem mogłam pół dnia, ale teraz bieganie za nią jest bardzo męczące… Dlatego te rolki instagramowe powstały u Zośki: babcia aktywna i babcia pasywna. Ta ładna i młodsza o trzy lata stoi z wózkiem i usypia dziecko, a ja śpię jak zabita na kanapie (śmiech).
Wychowywała pani dzieci tak samo jak pani mama?
A skąd. Po pierwsze moja mama była młodsza, więc miała więcej siły. Ja byłam bardziej wystraszona.
Dlaczego?
Sterylizowałam wszystko, co nadawało się do sterylizacji. Drżałam o wszystko co związane z dzieckiem. I nawet nie chodzi o wyprawkę, bo w stanie wojennym to gdybym chciała, nie mogłam kupić za dużo ubrań. Stary wózek dostałam od malarza. I zazdrościłam trochę Maryli Rodowicz.
Maryli?
Ktoś puścił plotkę, że jej mąż kupił ciężarówkę pieluszek jednorazowych (śmiech). A ja dostałam jedną i nie wiedziałam, kiedy ją założyć dziecku. To był mój największy skarb. Pieluchy tetrowe to koszmar.
I mimo że wiedziała pani, z czym to macierzyństwo się je, i tak zdecydowała się pani na drugie dziecko.
Bardzo chciałam mieć dwoje dzieci. Bardzo! Mało tego, byłam wówczas w takich rozjazdach, że żeby to wszystko zaplanować i zebrać do kupy, to potrzebna była niemała gimnastyka. Wiktor zarabiał na dom, dużo grał w teatrze, ciągle się mijaliśmy. W międzyczasie odeszłam z teatru.
Żeby skupić się na muzyce?
Duet z siostrą odnosił sukcesy. To był genialny czas: Wojtek Młynarski napisał dla nas recital, występowałyśmy w Kabarecie Jeszcze Starszych Panów i kabarecie „Kur” Andrzeja Strzeleckiego. Jeden z programów Andrzeja zatytułowany był „Kur wie najlepiej”, ale cenzura go nie puściła. Ciekawe dlaczego (śmiech).
Rodzice byli dumni?
Później już tak (śmiech). Ojciec na początku się wstydził, jak śpiewałyśmy przebrane za sprzątaczki przy zlewozmywaku z karaluchami.
A potem?
Pojechałyśmy kiedyś grać koncert do Berlina Zachodniego. Nasz występ odbił się echem w Szwajcarii i to echo dotarło też do szpitala taty. Wtedy powiedział, że marzył o czymś takim dla nas. Żebyśmy śpiewały tak pięknie i elegancko ubrane. Był dumny.
Brzmi jak sen. Nie bała się pani, że macierzyństwo przekreśli szansę na karierę? Że będzie trudno wrócić do zawodu?
Moja siostra całkowicie zrezygnowała z pracy po urodzeniu dziecka. Jej córeczka urodziła się z porażeniem mózgowym. Poświęciła się całkowicie opiece nad nią. A ja wycofałam się, bo czułam, że bez siostry nie dam rady.
Co dziś zrobiłaby pani inaczej?
Wróciłabym do teatru, uczyła się zawodu, szlifowała umiejętności, by być coraz lepszą. Teatr był dla mnie wszystkim. To na deskach uczysz się zawodu. Jak jesteś dobrą aktorką teatralną, to będziesz dobrą aktorką w filmie. A ja odeszłam, bo nie wyobrażałam sobie, jak mogłabym bez Basi pracować. Dopiero po latach dotarło do mnie, że mogłabym.
Tęskni pani za nią?
Bardzo mi jej brakuje. Nigdy nie miałam przyjaciółki. Nie dlatego, że nie chciałam, ale nie potrzebowałam. Ona mi wystarczała. Zawsze mogłam się jej wygadać. I ponadawać na rodziców (śmiech). Koleżance nie powiedziałabym tyle, ile jej mówiłam. I gdyby tu była, mniej bym się denerwowała. Nie wahałabym się przed przyjęciem roli, kiedy scenariusz mi się podoba.
Na szczęście przełamała się pani i teraz widzowie zobaczą Marię Winiarską w drugiej części filmu "Dalej jazda".
Ale niewiele brakowało, żeby tak się nie stało.
Jak to?
Mój mąż, Wiktor, jest bardzo dobrym aktorem. Można go lubić lub nie, ale warsztatu i talentu nie można mu odmówić. Zna mnie ponad pięćdziesiąt lat. Wie, czy się denerwuję, czy uśmiecham szczerze i kiedy chcę kogoś zabić (śmiech). Powiedziałam mu, że nie przyjmę tej roli. Od razu zapytał: jak to? Dlaczego? Wytłumaczyłam mu, że boję się, że spojrzy na mnie w trakcie nagrań, będzie wiedział, że się stresuję, on się zacznie denerwować, bo ja się denerwuję i nic dobrego z tego nie wyjdzie.
I jak zareagował?
Powiedział, że przecież siebie zagram, bo buzia mi się nigdy nie zamyka i cały czas gadam (śmiech).
To prawda?
No mówię dużo, bo on prawie nie mówi. No to jak mogę nie mówić? W ciszy mamy siedzieć?
(śmiech). A jak wam się grało w duecie?
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ja musiałam się nagadać w tych scenach, a on głównie siedzi i milczy, bo tak jest nieśmiały (śmiech). To nie jest wcale proste zapamiętać tyle tekstu, gdy już człowiek jest w moim wieku. Ale Wiktor był bardzo profesjonalny. Podobało mi się to, że na planie traktuje mnie jak aktorkę, nie jak żonę. Nie mówił mi: weź się przesuń, bo nie tak stoisz. Tak mógłby powiedzieć do żony. Na planie byłam jego partnerką filmową. Jego spokój i opanowanie dodały mi dużo pewności siebie. Podrzucał wskazówki, które ułatwiały mi pracę. Był bardzo wspierający.
Trudno jest zagrać zauroczenie z mężczyzną, którego kocha się od wielu lat?
Przez moment byłam trochę stremowana jak uczennica przy mistrzu. A przez to, jak cudownie traktował mnie na planie, zapomniałam, że mam udawać, że się zakochałam.
Nie trzeba było udawać?
Nie. I bardzo dobrze zrobiło to naszemu związkowi. Granie zakochanej pary zdmuchnęło kurz z naszej relacji. Przynajmniej dla mnie. Jesteśmy zabiegani. Mamy za mało czasu dla siebie. Wciąż nie jesteśmy parą staruszków, która spaceruje po parku, trzyma się za dłonie i patrzy sobie w oczy. To byłoby piękne, ale my tacy nie jesteśmy. Wróciło do mnie wszystko, co było kiedyś. Znów mogliśmy się przytulić, pocałować i położyć obok siebie. Naprawdę fajnie się bawiliśmy ze sobą i staramy się pielęgnować to w życiu codziennym.
W waszym domu są głośne kłótnie czy ciche dni?
Teraz to się zdecydowanie mniej kłócimy – wymieniamy „ciosy” szybko i krótko, ale nigdy nie złościmy się na siebie.
Szybko i krótko, czyli po włosku.
O, tak. U nas nigdy nie było cichych dni.
Chciałaby pani zagrać z mężem w trzeciej części, jeśli taka powstanie?
Bardzo. Nie wiem, czy sobie poradzę, bo wtedy mogą być już większe wymagania co do mnie. Ale granie z Wiktorem przypomina mi o tym, jaki mój mąż jest świetny i jak fajnie jest go podrywać.
I w filmie, i w życiu poderwała pani skutecznie (śmiech).
Tak, ale przysięgam, że gdyby Wiktor w prawdziwym życiu zabrał mnie do mieszkania, które wyglądałoby jak miejsce, w którym zagraliśmy scenę łóżkową, to nigdy bym się w nim nie zakochała (śmiech).
Spodziewali się państwo nagłówków: Maria Winiarska i Wiktor Zborowski w łóżkowej scenie?
Nie! A są takie nagłówki?
No są.
To dobrze, bo ludzie przyjdą nas zobaczyć. A jest na co patrzeć! Zresztą ja zareagowałam podobnie. Pierwsza przeczytałam scenariusz i w trakcie zawołałam do Wiktora z drugiego pokoju: widziałeś?! Mamy scenę łóżkową! Nie wierzył. „Co? Jak to?” – zapytał.
Co pani odpowiedziała?
Że sobie przypomnimy, jak to było 50 lat temu, jak latałeś za mną z pękiem bzu zimą (śmiech). Teraz jest zupełnie inaczej.
Fajniej?
Po prostu inaczej. Są momenty bardzo miłe, a są takie, kiedy jedno drugie chce wyrzucić przez okno. I najgorsze jest to, a może najlepsze, że my się tak dobrze znamy, że doskonale wiemy, jak sprawić sobie nawzajem radość i przykrość. Jak to mówią: nie jest źle, byle zdrówko dopisało. Zakładam, że będę żyć do 90., bo jeszcze wnuczki dorosłe chcę zobaczyć.
Jest coś czego się pani boi?
Tylko jednej rzeczy.
Jakiej?
Strasznie boję się Alzheimera.
W filmie idealnie pokazano oblicze tej choroby. Ale ten obraz jest mimo wszystko romantyczny.
Ta choroba ma różne etapy i my chyba potrzebujemy, żeby przestać się jej bać, uczyć się cierpliwości, starać się jak najdłużej być przy chorej osobie i być z nią w miłości. Pokazać światu i rodzinom, które mierzą się z skutkami Alzheimera, że to, czy będziemy z tym walczyć, czy to przyjmiemy/zaakceptujemy, zależy też od nas. Bo przecież nie wiadomo co będzie dalej.
Autorka/Autor: Aleksandra Głowińska